1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Powstaje tyle produkcji superbohaterskich, a ja wciąż wolę Batmana Nolana

Batman Nolan

Odnoszę wrażenie, że filmowcy odpowiedzialni za współczesne ekranizacje komiksów za bardzo starają się uchwycić formę graficznej noweli. A przecież język filmu rządzi się zupełnie innymi prawami.

Zanim zacznę, muszę się wam do czegoś przyznać. Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem komiksów. Lubię wiele z nich, jednak ta forma sztuki nie rusza szczególnie moich emocji. Moje spojrzenie na filmowe ekranizacje graficznych nowel jest więc z punktu widzenia ich fanów całkowicie laickie. Jest to jednak również spojrzenie entuzjasty kina i dobrych filmów. Przy czym dobry film nie musi być ambitny – ma za zadanie nas bawić. Poruszanie naszych zwojów mózgowych to pożądana, ale niekoniecznie wymagana cecha.

Jeśli chodzi o ekranizacje komiksów, to pierwszy film z tego gatunku, jaki wywarł na mnie ogromne wrażenie, to Sin City – Miasto grzechu. Dzieło absolutnie wyjątkowe, które jak żadne inne wprowadzało nas w świat komiksowej estetyki i narracji. Było ono jednak na tyle przewrotowe, że nie doczekało się naśladowców. Każda próba imitacji formy, jaką ten film wykorzystał, byłaby wtórna i nudna. Pamiętajmy też o 300 i Strażnikach, bazujących również na ciekawej estetyce, choć w sposób nieco bardziej subtelny.

Oryginalność to jednorazowy trik. Dlatego też dziś gwarantem sukcesu ma być rozmach.

Należące do Disneya studio Marvel nie prowadzi artystycznych eksperymentów. Trudno mieć im to za złe – to pułapka, która nieuchronnie sprowokuje chęć zestawienia marvelowskich produkcji z prekursorami gatunku. Studio stara się więc wyróżnić w inny sposób, poza samym posiadaniem praw do uwielbianych przez masy postaci. Tym czymś jest prezentowanie na ekranie równie niemożliwych scen, co komiksy.

Filmy Marvela są bez wątpienia niebywale imponujące wizualnie. Seans z nimi to prawdziwa uczta dla oka. I, muszę przyznać, całkiem niezła zabawa. Jako-taka fabuła, kilka śmiesznych żartów i 50 tys. widowiskowych eksplozji na ekranie to dobry przepis na wakacyjne kino akcji. Niestety, to również kino pozbawione własnej tożsamości czy jakiejś głębi. To papka. Nawet smaczna, ale dla historii kina pomijalna.

Kilka miesięcy temu zorientowałem się, że na Netfliksie jest już całkiem sporo filmów Marvela. Ucieszyłem się, bo to oznaczało, że nadrobię zaległości i obejrzę te produkcje, które przegapiłem w kinie. Po przejrzeniu katalogu stwierdziłem, że ja w sumie to już nie wiem co widziałem, a czego nie. Te filmy są tak do siebie podobne i tak masowo produkowane, że zlewają mi się w jedną mglistą całość.

Tymczasem jest pewna komiksowa trylogia, którą obejrzałem kilkadziesiąt razy. I którą kupiłem dwukrotnie.

Raz na płytach Blu-ray, drugi raz po remasterze do Blu-ray UHD. Mowa tu o tak zwanej Trylogii Mrocznego Rycerza, na którą składają się filmy Batman: Początek, Mroczny Rycerz i Mroczny Rycerz Powstaje. Na pewno udział ma w tym fakt, że jestem dużym fanbojem Christophera Nolana, autora tych dzieł. Tyle że filmy o Mrocznym Rycerzu obejrzałem dużo częściej niż na przykład Dunkierkę czy Prestiż tegoż reżysera. Dlaczego tak bardzo mi się one podobają, a filmy Marvela czy DC Universe nie potrafią mnie jakoś szczególnie zainteresować? Dobre pytanie. Mam na ten temat pewną teorię.

Ekranizacje komiksów popełniają ten sam błąd co ekranizacje gier wideo – choć bez wątpienia te pierwsze prezentują statystycznie znacznie wyższy poziom. Starają się one bardzo mocno przypominać swoje komiksowe pierwowzory. Fani nowel Marvela: nie protestujcie. Wiem, że rozbieżności koncepcyjne momentami są spore. W ujęciu całościowym próbują uchwycić to, co w graficznych nowelach najbardziej charakterystyczne. Filmy Nolana podążają w zupełnie innym kierunku.

Nolan zadbał o to, by jego Batman był przede wszystkim dobrym filmem.

We wszystkich trzech obrazach pełno mrugnięć do fanów komiksów o Batmanie, są one jednak bardzo subtelne. Cała budowa każdego z elementów tego filmowego tryptyku opiera się jednak na starej szkole filmu. Na stosownym tempie i rytmie akcji. Na odpowiednim kadrze i dobraniu do niego odpowiedniego udźwiękowienia. Na wspólnej pracy oświetleniowca, operatora i aktora.

W efekcie Anne Hatheway nawet nie musiała ubierać kostiumu, by każdy wiedział, że gra ona Catwoman. Za każdym razem, gdy Joker pojawiał się na ekranie, czuć było niepowtarzalną atmosferę grozy, której nie udałoby się osiągnąć, stosując typowo komiksowe podejście. Postawienie na ograniczenie cyfrowych efektów specjalnych do minimum zbliżyło świat Gotham do widza, czyniąc go wiarygodniejszym, bardziej namacalnym. Nawet postacie drugoplanowe – jak na przykład ta grana przez Morgana Feemana – są budowane na schematach utartych przez Hollywood, a nie zdolnych rysowników graficznych opowiadań.

Filmy z cyklu Mrocznego Rycerza miażdżą ciężarem, realizmem, grą aktorską, muzyką, pracą kamery i estetyką stawiającą na realizm. Sięgają więc po elementy komiksom obce i zbędne. Bo – ależ to będzie głęboka myśl – nie są komiksami, a filmami.

Może to właśnie tędy droga?

Nie mogę w tym wszystkim pominąć faktu, że kolejne superprodukcje Marvel Studios są absolutnymi hitami w box office. To odbiera mi możliwość napisania pozornie oczywistej pointy, że świat nie potrzebuje kolejnej marvelowskiej filmowej interpretacji Avengerów czy Czarnej Pantery. Nie zmienia to faktu, że szczerze wątpię, by za 15 lat ktoś o tych filmach pamiętał. Tymczasem trylogia Nolana, a zwłaszcza jej druga część, wpisały się już do annałów historii kina.

Wychodzi na to, że ekranizacje gier czy komiksów nie powinny przenosić artystycznej formy adaptowanych dzieł na ekrany kin. Dużo lepszym pomysłem wydaje się ich przepisanie na nowo, opierając się o gramatykę języka filmu. Bo film – jak już niezmiernie błyskotliwie zauważyliśmy – powinien być przede wszystkim dobrym filmem. A dopiero później można ewentualnie dodawać do niego komiksowe smaczki.