Zbiórki w sieci. Otrzącha mnie z zażenowania, gdy widzę, o co proszą młodzi Polacy

Remont BMW, koparka kryptowalut, komputer do gierek. Przejrzałem dla was prośby Polek i Polaków o wsparcie w serwisach pomocowych.

Co tam znajdziemy? Nie chcę, żebyście odnieśli wrażenie, że serwisy pomocowe to jedna wielka zgraja naciągaczy. Zdecydowana większość zrzutek odnosi się do pomocy osobom niepełnosprawnym. W niektórych autorzy proszą o pieniądze na leczenie, w innych o środki, które będą mogły przeznaczyć na utrzymywanie się samodzielnie. Coś w rodzaju: pomóżcie mi kupić wędkę, rybę złapie sobie sam.

Generalnie nie mam z takimi zbiórkami żadnego problemu. Tak samo jak nie mam problemu ze zbieraniem pieniędzy na samochody służące do określonego przez autora celu. Użytkownicy piszą na przykład, że spłonął im dom albo potrzebują auta, bo po godzinach pomagają chorym zwierzętom. Inni podkreślają, że mieszkają na wsi i nawet kilka tysięcy złotych pozwoli im kupić używaną furę i dojechać do zakładu albo chociaż na najbliższy przystanek autobusowy. Nie rozumiem tylko jednego.

Przybywa zbiórek w stylu: dej, bo chcę

A takich zbiórek jest niestety zatrzęsienie. Jeżeli obiła wam się o uszy zrzutka, w której pewna lewicowa aktywista zbierała pieniądze na komputer stacjonarny do „pracki, grania w gry i terapii” (potem wersja zmieniła się na – potrzebuję go do działalności aktywistycznej), to muszę powiedzieć, że była to i tak dość wyważona prośba. Owa pani zamiast zakładanych 5 tys. zł zebrała ponad 9,5 tys. zł. Okej, użytkownicy nie wpłacali złotówek pod przymusem. Nikt tu nikogo nie okradał.

Chodzi o minimum życiowej samodzielności.

Twórcy zbiórek traktują serwisy pomocowe jak rodziców. Szukają w internecie nowych dawców kieszonkowego. W wieku 18, 20 czy tym bardziej 40 lat trochę głupio iść do mamy i prosić o pieniądze. Od czego jednak sieć? Kilka kliknięć i wpis z zachętą do wsparcia szlachetnego marzenia ląduję na stronie.

Z tym szlachetnym oczywiście żartowałem. Chyba, że za takowe można uznać na przykład to, w którym pewna pani pisze, że ma 400 zł a potrzebuje 26 tys. Dlaczego dokładnie tyle? Otóż jest to cena Hondy, którą chce sprowadzić z Niemiec.

Nie chcę jakiegoś opla do 10 tysięcy, który rozwali się po miesiącu

– zaznacza

Nie chciałbym rozwiewać tych marzeń, ale przy inwestycji w jakiekolwiek auto, które nie jest na gwarancji, koszty naprawy trzeba sobie kalkulować przy zakupie. Po ewentualnym sukcesie będzie pewnie potrzebna kolejka zrzutka – najpierw na opłacenie OC, potem przegląd techniczny i wszystko co w międzyczasie się wysypie.

W innym wpisie zupełnie inny pan podchodzi już bardziej pragmatycznie.

Wpłać, bo chce wyremontować samochód

Do zrobienia amortyzatory, progi, blacharka i swap silnika. A wiadomo, BMW to nie jest tanie auto. Prestiż (uhm, powiedzmy) kosztuje. No to cyk, drodzy internauci, wyskakujcie z 3,5 tys. zł. Autor ma pewnie inne ważne wydatki na głowie.

Dalej mamy studentkę, która potrzebuje 10 tys. zł. I pisze:

Moim marzeniem jest mieć dobry samochód, aby moc się poruszać bezpiecznie i swobodnie na praktyki oraz do pracy. Chciałabym obciążyć rodziców w kosztach

Trzeba przyznać, że bardzo szczere wyznanie. Za komfort zapłacą nie tylko zbiórkowicze. Ramię w ramie z nimi dołoży się też mama i tata.

W opisach nie ma wzmianek o wykluczeniu komunikacyjnym, mieszkaniu na wsi, problemach logistycznych. Po prostu z samochodem byłoby wygodniej. Wierzę.

Zazwyczaj jest tak, że takie marzenia, mniejsze czy większe, motywują ludzi do pracy i oszczędzania. Między innymi dzięki temu idą do różnych niezbyt wdzięcznych zawodów, a później, jeżeli te nie są dobrze opłacane, zaczynają rozglądać się za ich zmianą. Inną kategorią są pracownicy trzeciego sektora, którzy chcą mieć poczucie misji, a dobra konsumpcyjne schodzą u nich na dalszy plan. I wszystko to jest w porządku, nie będziemy przecież oceniać życiowych priorytetów. Każdy dąży do dobrostanu na własnych zasadach i zgodnie ze swoimi potrzebami.  

Idea zbiorek na zachcianki wywraca ten porządek do góry nogami. Chodzi o to, by dostać zanim się zapracuje. Twórcy zrzutek zamieniają się w bananowe dzieci, którym rodzic-milioner funduje audi z salonu na osiemnastkę. Dlaczego spora część bogatych ludzi nie chce tak rozpieszczać dzieci? Myślę, że nie trzeba tego wyjaśniać.

Na samochodach się zresztą nie kończy. Wśród marzeń Polaków jest remont kuchni i koparka do bitcoinów (sic!). Ta druga ma nawet sens. Po uzbieraniu 50 tys. od rodaków, użytkownik ma pewnie nadzieję, że hossa na kryptowalutach ustawi go do końca życia. Tyle wygrać i to bez wysiłku. Znajduje w tym wszystkim tylko jedno pocieszenie.

Zbiórki kończą się totalną porażką

Prawie wszystkie. Na wielu z nich suma wpłat nie przekracza kilkuset złotych. W niektórych internauci wpłacają po złotówce, by wyświetlić się jako ofiarodawca i wpisują nick w rodzaju: WEŹ SIĘ DO ROBOTY. Nic oceniam, choć szkoda by mi było na to czasu i energii.

Te wszystkie prośby i błagania wyglądają jeszcze gorzej, gdy wpisze się je w kontekst serwisów pomocowych. Zbiórki „chce mieć samochód” wiszą też obok apeli o pomoc dzieciom w Jemenie czy ofiarom katastrof naturalnych gdzieś na drugim końcu świata, czyli osobom, które z różnych przyczyn (zazwyczaj urodzenia się w złym miejscu i czasie) same pomóc sobie nie mogą. A tu nagle obok – boom – wjeżdża tekst: „dajcie, bo zrobiłem maturę i chciałbym sobie pojeździć”. Żenada