Mamy zrównoważony budżet z… gigantyczną dziurą. Strach pomyśleć, co się stanie, gdy dopadnie nas spowolnienie

Z rosnącym zdziwieniem i swego rodzaju fascynacją obserwuję, jak rząd wciąż trzyma się swojej pięknej historii o zrównoważonym budżecie. Nawet kiedy jest już ponad wszelką wątpliwość jasne, że tak naprawdę w finansach publicznych będzie wyraźna dziura, a gdyby nie kilka sztuczek, dziura ta byłaby znacznie większa niż w 2018 czy 2019 roku.

Żeby było jasne: sama dziura w ogóle mi nie przeszkadza, w sytuacji spowolnienia ona się nawet przyda do podtrzymywania ognia w gospodarce, żeby w ogóle nie zgasł przysypywany problemami globalnymi i naszymi lokalnymi pomysłami typu wystrzał płacy minimalnej w kosmos. Ciekawe jest jednak to, jak bardzo ten rząd się męczy i trudzi, żeby podtrzymywać kłamliwą narrację. Robi to na kilka sposobów jednocześnie, postanowiłem je sobie spisać w jednym miejscu.

A co z finansami publicznymi?

Po pierwsze rząd mówiąc o zrównoważonym budżecie, pomija fakt, że finanse państwa nie składają się tylko z budżetu i istnieje pojęcie szersze, takie jak sektor finansów publicznych. Opieranie tezy o tym, że finanse państwa są zrównoważone tylko na bazie budżetu państwa, jest bez sensu, bo w samym tylko budżecie deficyt zlikwidować bardzo łatwo, wypychając go do innych części sektora publicznego, na przykład do ZUS-u. Rząd twierdząc, że budżet będzie zrównoważony, i tworząc dzięki temu wrażenie, że polskie finanse publiczne mają się tak dobrze jak nigdy dotąd (bo o takie wrażenie w tym wszystkim przecież chodzi), jednocześnie przyznaje w dokumentach budżetowych, że w całym sektorze będzie deficyt wielkości 1,2 proc. PKB.

Stosując do wyliczeń tak zwaną metodę kasową, ma on sięgnąć nawet 1,4 proc. PKB i a wynieść 32,2 mld zł.

Gdyby nie IKE, deficyt wyniósłby 2 proc. PKB

Po drugie rząd przyznaje też, że tak naprawdę ten deficyt byłby jeszcze większy, gdyby nie wpływy jednorazowe. Wspomina w tym kontekście o opłacie przekształceniowej, czyli kasie, którą zabierze ludziom z OFE przy okazji przelewania tej kasy do IKE (chyba, że ktoś będzie chciał ją zanieść do ZUS, to wtedy nie zabierze). Wspomina też o wpływach ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 (które generalnie nie do tego służą, ale to inna historia). Gdyby nie te dodatkowe dochody, deficyt sięgnąłby aż 2,2 proc. PKB.

Ale to nie koniec. Oto bowiem wicepremier Sasin parę dni temu oznajmił, że rekompensaty, które gospodarstwa domowe mają otrzymywać za wzrost cen energii elektrycznej zostaną im wypłacone… w 2021 roku. I jednocześnie ocenił, że na ten cel pójdzie jakieś 3 mld zł. Z punktu widzenia budżetu 2020 mamy więc tu oszczędność – uda się nie wydać 3 mld zł w tym roku, bo się je przesunie na później (łamiąc wcześniejsze polityczne obietnice). Do tego mamy zysk NBP, który rząd sobie wpisał w budżet jeszcze zanim skończył się rok, co jest niesamowite samo w sobie.

Rada Polityki Pieniężnej parę miesięcy temu celowo zmieniła zasady zawiązywania rezerw w NBP, tak aby można było w tym roku przelać do budżetu więcej pieniędzy. I żeby można było to sobie z grubsza wyliczyć z wyprzedzeniem. Dzięki tej sztuczce już na początku roku rząd może sobie dopisać w dochodach ponad 7 mld złotych.

58 mld zł deficytu

Jak dodamy do tych 2,2 proc. PKB deficytu, do których rząd się przyznaje dodatkowo NBP i brak obiecanych rekompensat energetycznych, to robi się z tego już ponad 58 miliardów złotych dziury, czyli jakieś 2,6 proc. obecnego PKB. Oczywiście nikt nie zakłada recesji w 2020 roku, więc dochód narodowy nam w najbliższych dwunastu miesiącach urośnie. Rząd zakłada, że nominalnie o 6,1 proc. więc te 58 mld będzie stanowić mniejszy odsetek PKB w 2020 roku – jakieś 2,4 proc.. Nie jest to poziom katastrofalny, ale to więcej niż w ostatnich latach no i przede wszystkim nie ma to nic wspólnego ze zrównoważonymi finansami publicznymi. Ktoś, kto opowiada takie bajki, pomija to, że że są naprawdę duże dochody jednorazowe, że porzucono niektóre obietnice wyborcze i że zmieniono zasady rachunkowe w NBP. Pomija też to, że projekt budżetu zakłada, że w 2020 trzeba będzie zaciągnąć nowe długi w wysokości 23,5 mld złotych – o ponad 10 mld zł więcej niż w 2019.

To potrzeby pożyczkowe netto, czyli kwota, którą po odliczeniu kasy, którą trzeba pożyczyć, żeby spłacić stare długi zapadające w 2020 roku, rząd musi zaciągnąć, żeby pokryć inne wydatki. Inaczej mówiąc, to nowy dług, który planujemy zaciągnąć. Oczywiście, gdyby finanse publiczne były naprawdę zrównoważone, takiej potrzeby by nie było.

Zrównoważony budżet z deficytem

Ale to też jeszcze nie koniec, bo pozostaje kwestia tego, czy założenia dotyczące dochodów podatkowych się sprawdzą. Rząd zakłada, że z VAT w 2020 będzie mieć 196,5 mld zł. Nie wiemy jeszcze, ile wyniosły dochody z VAT w 2019 roku, ale wiadomo, że po listopadzie wpływy z tego podatku były o niecałe 6 proc. większe niż rok wcześniej i sięgały ok. 166,5 mld zł. Jeśli podobna dynamika utrzyma się w grudniu, to wpływy za cały 2019 rok powinny osiągnąć około 185 mld złotych.

A to oznacza, że rząd prognozuje wzrost wpływów z VAT w 2020 roku o 6,2 proc. Tymczasem z ostatnich danych wynika, że i w październiku i w listopadzie dochody budżetowe brutto z podatku VAT (brutto, czyli nie licząc zwrotów VAT dla przedsiębiorców, którymi można do pewnego stopnia manipulować) rosły wolniej niż o 6 proc. Widać też, że ostatnie miesiące wyglądają pod tym względem coraz gorzej, co zapewne jest efektem spowolnienia gospodarczego.

Prognoza wpływów na 2020 wygląda jednak tak, jakby ciąg dalszy spowolnienia miał już nie mieć żadnego wpływu na dochody z VAT, co może okazać się bardzo ryzykownym założeniem. Do wszystkich sztuczek budżetowych dochodzi więc większe niż w ostatnich latach ryzyko związane z możliwym przestrzeleniem planowanych wpływów z VAT. Słuchając więc historyjek o zrównoważonym budżecie, trudno jednocześnie nie myśleć o tym, jak duży tak naprawdę w 2020 roku będzie deficyt.

Rafał Hirsch – dziennikarz ekonomiczny, nagradzany między innymi przez NBP (Najlepszy dziennikarz ekonomiczny 2008) i Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych (Heros Rynku Kapitałowego 2012). Współtwórca m.in. TVN CNBC i next.gazeta.pl. Obecnie współpracownik Business Insidera i Tok FM.