Dobra passa Elona się skończyła? Nad Teslą zewsząd zbierają się czarne chmury

Ostatnie tygodnie były dla Tesli nadzwyczaj udane. Co tam udane, rewelacyjne! Jeżeli Elon Musk zaczął bujać przez chwilę w obłokach, to teraz musi natychmiast wrócić na ziemię. Wybuchają kolejne, mniejsze lub większe, pożary, które mogą mu mocno pokrzyżować szyki.

Fot: OnInnovation/flickr.com/CC BY-ND 2.0

W połowie stycznia wartość akcji Tesli sięgnęła rekordowego poziomu 547 dol. za papier, a wartość spółki zaczęła ocierać się o działające na wyobraźnię, okrągłe 100 mld dol. We wtorek padł kolejny rekord, a cena akcji jest coraz bliżej 550 dolarów. Entuzjazm inwestorów jest w pewnym sensie uzasadniony. Producent ruszył z produkcją samochodów w Chinach, a pokaz Cybertrucka zakończył się złożeniem przez klientów setek tysięcy zamówień.

Bizblog.pl poleca

Jakby tego było mało, Fiat Chrysler poinformował, że będzie płacić Tesli 150-200 mln dol. co kwartał aż do 2023 r. Koncern chce za te pieniądze odkupować od Elona Muska prawa do emisji CO2 na europejskim rynku.

Wydaje się jednak, że mocarstwowe plany trzeba chwilowo odłożyć. Wokół Tesli zaczyna się robić nieciekawie. Przyszłość producenta elektryków zależy od tego, jak poradzi sobie z nadciągającą serią wizerunkowych kryzysów. Ale po kolei.

Aawantura o wodę

W listopadzie ubiegłego roku Tesla ogłosiła zamiar budowy fabryki w niemieckiej miejscowości Gruenheide w Branderburgii. Lokalne władze były zachwycone. Gigafactory w ich regionie to nowe miejsca pracy i dodatkowe wpływy do budżetu. Ale mieszkańcy tego zachwytu już nie podzielili. Kilka dni temu na przedmieściach Berlina pojawiło się 250 demonstrantów, protestujących przeciwko planom budowy fabryki.

Przeszliśmy tutaj i głośno protestujemy, bo Tesla kradnie naszą wodę

– krzyczeli.

O co chodzi? Branderburgia od lat zmaga się z niedoborem wody. Najgorzej sytuacja wygląda latem. Już w te wakacje władze regionu błagały mieszkańców o rozsądne gospodarowanie tym, co leci z ich kranów. A leciało coraz mniej. Bywały momenty, że po odkręceniu kurka zamiast strumienia wody, lokatorzy widzieli tylko krople smętnie rozbijające się o dno zlewozmywaka.

Branderburgia apeluje więc do mieszkańców o powstrzymanie się od podlewania ogródka w upalne dni, podczas gdy lokalni działacze już policzyli, że fabryka Tesli będzie potrzebować 300 metrów sześciennych wody na godzinę. Przeciętny zraszacz zużywa w tym czasie niecały metr sześcienny, więc funkcjonowanie Gigafatory oznaczałoby w praktyce, że zalecenia samorządowców całkowicie lekceważy kilkaset osób. Przez całą dobę.

Ale nie tylko o samą wodę się rozchodzi. Demonstrantom nie podoba się również to, że budowa wiąże się z wylesieniem 300 hektarów. A to będzie miało z pewnością niebagatelny wpływ na miejscową faunę.

Z protestami mieszkańców Tesla sobie jednak pewnie poradzi. Pod względem wymogów środowiskowych Niemcy to wprawdzie nie Chiny, ale z mniejszym albo większym sprzeciwem spotyka się dzisiaj praktycznie każda większa inwestycja.

Nieco trudniej może pójść z… samoprzyspieszającymi samochodami

Tak, dobrze przeczytaliście. Elon Musk i spółka muszą się dzisiaj zmierzyć z oskarżeniami o to, że ich samochody same dodają gazu. Afera została rozpętana przez inwestora Briana Sparksa, który złożył w amerykańskim urzędzie ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego petycję o przeprowadzenia dochodzenia w sprawie domniemanej usterki. W dokumencie znalazło się 127 opisanych przypadków, w których elektryki Tesli miały przyspieszać same z siebie. 110 z nich miał zakończyć się wypadkami, w których obrażenia odniosły 52 osoby.

Tesla całkowicie się od tych zarzutów odcina. Spółka poinformowała, że przebadała każdą z tych sytuacji. Wnioski? Samochody zachowywały się jak należy, a część skarg to efekt tego, że kierowcy przez przypadek naciskają pedał gazu. Producent dodał zresztą, że autor petycji jest tzw. short selerem, tj. gra na spadek wartości akcji Tesli. A te, jak wiemy, poszły ostatnio gwałtownie w górę.

To wszystko jednak tylko lekkie zachmurzenie, bo prawdziwe cumulonimbusy przychodzą z zupełnie innej strony.

Liczba rejestracji leci na twarz

Łączna liczba rejestracji samochodów Tesli w Kalifornii spadła w czwartym kwartale 2019 r. niemal o połowę – wynika z raportu Dominion Cross-Sell. W 2018 r. Kalifornijczycy zarejestrowali łącznie 25 tys. samochodów, teraz – ledwie 13,5 tys.

Można założyć, że Tesla osiągnęła swój szczyt w USA, ponieważ od pięciu miesięcy nie przekroczyła wyników z 2018 r.

– powiedział Shane Marcum, wiceprezes Cross-Sell.

Co wywołało to nagłe załamanie? Tesla traci przywileje podatkowe. W 2019 r. zakończył się okres obowiązywania ulgi podatkowej dla kupujących. Jeszcze w 2018 r. Amerykanin mógł dostać na elektryka 7,5 tys. dol, czyli nawet ok. 20 proc. wartości samochodu. W połowie 2019 r. wartość dopłaty spadła o połowę, a od 1 stycznia nowego roku znikła całkowicie. A to potęguje obawy związane z przyszłymi wynikami sprzedaży.

Nakręcanie się rekordowej wyceny Tesli było przecież w dużej mierze związane z dowiezieniem przez Elona Muska planu zakładającego sprzedaż na poziomie 360-400 tys. samochodów. Ostatecznie stanęło na liczbie 367 tys. Teraz producent musi dowieść, że w swojej docelowej cenie również jest atrakcyjny dla klientów. A czy jest? Czas pokaże.