Przed nami czas strajków, demonstracji i niepokojów. Niech tylko do Polaków dotrze, ile stracą

Robi się coraz drożej. A że taniej już nie będzie, to Polacy zamierzają ruszyć do pracodawców po podwyżki. I pal licho prywatne przedsiębiorstwa, bo tam odbywa się to na prostych zasadach. Naprawdę zaboli nas dopiero walka budżetówki, bo ta często nie ma innego wyjścia jak solidarnie zastrajkować.

Już wstęp do fali protestów, która przetoczy się przez Polskę, uderzy nas w samo serce. To znaczy samo serce Polski, bo chodzi o Warszawę, w której do protestu szykują się kierowcy miejskich autobusów. Związkowcy z Miejskich Zakładów Autobusowych stwierdzili, że skoro nie udało się dojść do porozumienia z władzami miasta, to 24 listopada pracownicy pójdą oddać krew. Co jest właściwie równoznaczne z tym, że dostają dwa dni wolnego.

Moglibyśmy domyślać się skąd taka gwałtowna reakcja związku zawodowego, gdyby nie to, że przyczyna została wyłożona postronnym widzom na talerzu.

Chodzi o inflację

Pierwsza podwyżka – 500 zł miała zacząć obowiązywać od 1 października 2021 r., Ale że w przyszłym roku NBP zapowiada wzrost cen w granicach 5 proc. r/r, kierowcy postanowili się zabezpieczyć i za jednym zamachem zagwarantować sobie drugą – 300 zł od 1 stycznia 2022 r. Łącznie mówimy więc o 800 zł brutto.

Nie jest to dużo biorąc pod uwagę podatek dochodowy i inflacyjny. W zasadzie mogłoby się okazać, że za rok o tej porze z podwyżek realnie nic nie zostanie.

Przyjmijmy sobie dla uproszczenia, że przeciętna płaca w Polsce to 4,2 tys. zł netto. Przy obecnej prawie 7-proc. inflacji oznacza to, że siła nabywcza wynagrodzenia spadła przez rok o prawie 300 zł. Za rok, przy 5 proc. inflacji ubędzie nam około 200 zł. No nieciekawie.

Właśnie dlatego mam wrażenie, że strajk kierowców to dopiero początek. W badaniu UCE Research i Syno Poland czytamy, że co czwarty Polak chce iść do szefa po podwyżkę jeszcze w tym roku. Następne 23 proc. się zastanawia, co daje nam całkiem spory potencjał, biorąc po uwagę, że z miesiąca na miesiąc wzrost cen będzie coraz bardziej odczuwalny – szczególnie jeśli chodzi o żywność i prąd.

Co na to druga strona, która te pieniądze będzie musiała znaleźć? Tu już takiego entuzjazmu nie ma, przynajmniej z punktu widzenia zatrudnionych. W badaniu na zlecenie ciekaweliczby.pl wyszły, że tylko jedna trzecia Polaków dostała w ostatnim roku wyższe przelewy.

Zdecydowana większość podwyżek płac nie przekroczyła wzrostu inflacji

W 2022 r. będzie podobnie. Firma Willis Towers Watson szacuje, że średni wzrost wynagrodzeń sięgnie 3,8 proc. Z ankiety cytowanej przez Puls Biznesu wynika też, że tylko co czwarta firma zamierza podnieść płace o ponad 4 proc. Średnią ciągnie więc w górę rynkowa szlachta w rodzaju programistów. W takich, mocno konkurencyjnych branżach przedsiębiorstwa mogą dać nawet o 5-7 proc. więcej w skali roku.

Resztę czeka batalia ze swoimi pracodawcami. W najgorszej sytuacji są pracownicy szeroko rozumianej budżetówki. Teraz zastrajkują kierowcy, potem urzędnicy pozamykają okienka, a na koniec nauczyciele, lekarze i pielęgniarki stwierdzą, że takie życie to oni mają gdzieś i czmychną za granicę.

Samorządy będą zgrzytać zębami bo Nowy Ład wyjmie im z kieszeni miliardy złotych, więc brak kasy na podwyżki będzie najmniejszym zmartwieniem. Rząd stwierdzi swoim zwyczajem, że budżet jest w świetnej kondycji, ale w tej chwili pieniędzy akurat nie ma.

A Polacy odczują inflację w całej rozciągłości. Nawet ci, którym teraz wydaje się, że w przyszłości na niej zarobią.