Radni od dziesięciu lat bez podwyżki. To idealne środowisko dla korupcji

Samorządowcy mają tak niskie diety, że coraz częściej szukają możliwości dorobienia. I wtedy na scenę wkracza korupcja. Tak jest na Ukrainie, ale niebawem może być też w Polsce.

Są wśród nas tacy, dla których praca na rzecz budowania małych ojczyzn powinna odbywać się charytatywnie. Wszak ktoś tak bardzo kocha swoje miasto, że z tej miłości gotów jest na wszelkie poświęcenia, byleby tylko wszystkim żyło się lepiej. W tym wypadku altruizm w ogóle nie różni się do truizmu,

Ale są też tacy, którzy myślą dokładnie odwrotnie. Przekonują, że im reprezentanci jakiejkolwiek administracji, w tym jak najbardziej też tej samorządowej, zarabiają mniej, tym większe ryzyko, że zaczną szukać pieniędzy na boku. I wtedy właśnie zaczyna bez opamiętania hulać korupcja. A że to okazja czyni złodzieja, to najlepiej do takiej okazji w ogóle nie dopuszczać.

Diety radnych bez waloryzacji od 10 lat.

Do tej drugiej grupy najpewniej należy poseł Grzegorz Lipiec, który postanowił wziąć na celownik to, ile trafia do kieszeni samorządowców. I wyszło mu na to, że na przestrzeni ostatnich 10 lat ich apanaże stoją w miejscu.

Tak jak dyrektorowi w ministerstwie nikt nie odmawia prawa do wynagrodzenia na poziomie adekwatnym do rangi pełnionej funkcji, tak samo radny ma prawo do diety, której wysokość powinna być co roku waloryzowana o wskaźnik odpowiadający inflacji, wzrostowi przeciętnego wynagrodzenia czy PKB naszego kraju – przekonuje parlamentarzysta i kieruje w tej sprawie interpelacje na ręce ministra finansów oraz szefa resortu spraw wewnętrznych i administracji.

Na Ukrainie radni pracują już społecznie.

Poseł ostrzega przed dalszym zamrażaniem samorządowych apanaży. Taka taktyka może spowodować – zdaniem Grzegorza Lipca – sytuację, z jaką już mamy do czynienia na Ukrainie. Tylko wtedy pojawia się spory kłopot z korupcją. Dlatego poseł Lipiec przekonuje, że trzeba iść odwrotną drogą. 

Jeszcze w 2007 r. dieta radnego odpowiadała średniemu wynagrodzeniu brutto. I wtedy było jak najbardziej w porządku. Taka, a nie inna wysokość samorządowego uposażenia z jednej strony nie zabijała motywacji, z drugiej oddawała radnym należyty prestiż. Dzięki należytej diecie radny był wtedy – jak przekonuje poseł Grzegorz Lipiec – bardziej niezależny od lobbystów. I mógł być bardziej skuteczny. Zdaniem posła najlepiej byłoby , gdyby radny z racji pełnienia funkcji społecznych zarabiał tyle, by mógł zrezygnować z innej pracy. Wtedy faktycznie mógłby w pełni poświęcić się dla swojej samorządowej ojczyzny.

W ustawie stoi: półtorakrotność kwoty bazowej.

To ile wynoszą diety radnych, precyzyjnie określają przepisy. Zgodnie z nimi wysokość pojedynczego świadczenia dla samorządowcy nie może przekroczyć w ciągu miesiąca “półtorakrotności określanej w ustawie budżetowej kwoty bazowej dla osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”. Owa kwota bazowa wynosi teraz 1789,42 zł.

Ale na maksymalny przelicznik dający kwotę 2684,13 zł nie każdy ma szansę. Bo na wysokość diet ma wpływy jeszcze wielkość danej gminy czy powiatu i ewentualnie pełnione funkcje. Samorządowcy z gmin od 15 do 100 tys. mieszkańców mogą liczyć tylko na 75 proc. maksymalnej kwoty (2013.10 zł). Ci z gmin do 15 tys. mieszkańców tylko na połowę kwoty bazowej (1342,07 zł). 

Podobna zasada obowiązuje w przypadku powiatów. Dieta z maksymalnym przelicznikiem przysługuje samorządowcom z powiatów powyżej 120 tys. mieszkańców. Nie więcej niż 85 proc. tej kwoty przypada w udziale tym reprezentującym powiaty z liczbą ludności od 60 do 120 tys. mieszkańców. Jeżeli mieszkańców jest mniej niż 60 tys. – dieta może wynieść 70 proc. najwyższego świadczenia.