Urlop z dreszczykiem. PLL LOT chce nas wozić samolotami, które budzą trwogę wśród pasażerów

Największa polska linia lotnicza ma nadzieję, że ruch czarterowy uratuje ją w trakcie kryzysu wywołanego koronawirusem. PLL LOT czeka na dostawę nowych maxów od Boeinga. Tak, tych samych, których panicznie boją się pasażerowie. I liczy, że właśnie z ich pomocą zabierze w przyszłym roku milion turystów na zasłużony odpoczynek.

PLL LOT jak każda linia lotnicza szuka dzisiaj pomysłu na przetrwanie nadchodzących kilku lat posuchy. Prezes Milczarski zdradził, jak wygląda to w przypadku kierowanego przez niego przewoźnika.

Plan wygląda następująco: LOT będzie się rozwijał się w sektorze przewozów czarterowych. Już w przyszłym roku chce przy współpracy z biurami turystycznymi przewieźć okrągły milion pasażerów. Według jego szacunków uczestnicy zorganizowanych wycieczek będą stanowić ok. 20 proc. ogółu klientów.

Jeszcze w ubiegłym roku ten odsetek wyglądałby oczywiście zupełnie inaczej – liczba pasażerów przekroczyła 10 mln. Założenia na 2020 r. były jeszcze ambitniejsze, mówiły o 12 mln osób. Zamiast tego, skończy się prawdopodobnie na 3 mln.

Zamiast załamywać ręce, postanowiliśmy mocno wejść w ten rynek, dzięki współpracy z touroperatorami, będziemy ją kontynuować

– mówił Milczarski, cytowany przez Business Insider.

Wakacje z Boeingiem

Prezes  LOT-u nieprzypadkowo mówi o kontynuowaniu współpracy. Sama strategia nie jest bowiem całkowitą nowością. Narodowy przewoźnik od dwóch lat stopniowo wchodzi w sektor czarterów, a impulsem do tej ekspansji było bankructwo Small Planet Airlines. To właśnie z myślą o klientach biur podróży LOT miał zamiar przejąć Condor Airlines.

Bizblog.pl poleca

Jak wiemy, transakcja wywróciła się praktycznie na ostatniej prostej. W obliczu kryzysu LOT skupił się na ratowaniu płynności finansowej. Wydanie 2,5 mld zł nijak do tej polityki nie pasowało.

Ale nic straconego. Polska linia wcale nie musi przejmować czarterowego rywala, by stać się poważniejszym partnerem dla touroperatorów. Na stronie spółki LOT Charters przewoźnik chwali się posiadaniem Boeinga 787 Dreamliner, Embraera 170, ERJ175 i ERJ195.

W zanadrzu ma dodatkowo Boeinga 737 Max. Pięć takich maszyn LOT ma już na składzie, czeka tylko na pozytywną decyzję Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego. Kolejnych 10 jest zamówionych. Łącznie polski przewoźnik powinien więc dysponować 15 maszynami.

Biura podróży i maxy. Czy to się może udać?

LOT musi się przy tym liczyć z ryzykiem dwojakiego rodzaju. Z jednej strony kondycja biur podróży w czasach Covid-19 nie jest dużo lepsza od przeciętnej linii lotniczej. W Polsce organizatorzy wycieczek kilka dni po uruchomieniu pomocy od państwa złożyli zapotrzebowanie na 166 mln zł. Prezes DER Touristik, jednego z największych koncernów turystycznych w Europie, ostrzegał niedawno, że w 2021 r. kryzys może wymieść z branży połowę firm. Pokładanie nadziei w rozruszaniu lotnictwa komercyjnego przez touroperatorów to stąpanie po cienkim lodzie.

Z drugiej strony warto też pamiętać o – mówiąc delikatnie – niechlubnej historii Boeinga 737 Max. Model, który miał być dla koncernu przełomowy, został uziemiony ze względu na wady konstrukcyjne tuż po premierze. Wcześniej pomyłki inżynierów Boeinga kosztowały życie kilkaset osób. Amerykański producent swego czasu kolportował nawet instrukcje, jak zachęcać pasażerów, by zdecydowali się wsiąść na pokład.

Od tamtych zdarzeń minęło ponad półtora roku. Możemy być pewni, że Max został w tym przebadany na każdy możliwy sposób. Drugiej takiej wpadki Boeing jako firma może nie przeżyć. Ale racjonalne tłumaczenia to jedno, a emocje klientów to drugie. Czy po powrocie na niebo pasażerowie przełamią swoją niechęć i zapełnią maxy? Jak widać prezes LOT-u jest przekonany, że tak właśnie się stanie. Jego optymizm podzielają zresztą szefowie Ryanaira i Enter Air. Może coś jest na rzeczy?