Górniczy trup i brak politycznej odwagi. Już raz widzieliśmy taki taniec

Można upierać się przy węglu albo można stać się klimatycznym wojownikiem ściągającym, gdzie się da emisje CO2. Niestety, polski rząd wybrał najgorsze rozwiązanie i postanowił przeprowadzić transformację energetyczną w rozkroku. Ekipa premiera Morawieckiego wie, że podłączając górniczego trupa pod państwową kroplówkę, kupuje jedynie czas. Raptem kilka miesięcy.

Niech obrońcy węgla od razu nie ostrzą sobie zębów. Nie o obronę „czarnego złota” tutaj chodzi. Bardziej o poszukiwaniu rozumu i najzwyklejszy rachunek ekonomiczny. Niestety, już tak jest, że do tych prostych „dań” trzeba dodać trochę politycznych przypraw. W efekcie potrawa straciła smak, ale kucharz mówi, że dalej jest pożywna i ładuje nam podwójną porcję.

Bizblog.pl poleca

Tak można skomentować informację wiceministra aktywów państwowych Artura Sobonia o tym, że rząd wreszcie dał zielone światło i Polski Fundusz Rozwoju przyzna Polskiej Grupie Górniczej pożyczkę w wysokości 1 mld zł. 

Obietnica złożona wobec górników dotrzymana

– stwierdził radośnie Soboń, odpowiedzialny w rządzie za transformację energetyczno-górniczą.

PGG, czyli jak kupić spokój górników

Środki na koncie PGG mają trafić szybko, najpóźniej 10 kwietnia. Dzięki nim największa spółka górnicza w UE będzie mogła załatwiać najbardziej bieżące sprawy. Wśród nich chyba na pierwsze miejsce wysuwają się wynagrodzenia pracowników. A to całkiem spory koszt. Przypomnijmy, że przy okazji wypłaty 14. pensji dla 40-tys. pracowników PGG spółka wydała ok. 300 mln zł. Ów miliard złotych przyznanej pożyczki może raptem starczyć więc na kilka miesięcy. I tak naprawdę o to w tej mocno wycenianej grze chodzi. Ale o tym za chwilę.

Na razie wróćmy do samej pożyczki dla PGG. Przypomnijmy, że przedstawiciele PFR, w tym sam prezes Paweł Borys od miesięcy jak mantrę powtarzali, że wnioskowane pieniądze (w sumie PGG prosiła o 1,75 mld zł pożyczki) znajdą się na koncie górniczej spółki wyłącznie wtedy, jak ta przedstawi realny plan restrukturyzacji. Taki mechanizm wydawał się logiczny: ok, wydamy kolejne pieniądze publiczne na górniczą spółkę, ale niech ta najpierw pokaże, jak chce wyjść z finansowego dołka. Niech wykaże się jakąś inicjatywą. 

Plan w sumie dobry, ale i tak wziął w łeb. Dlaczego? Bo uparci górnicy w negocjacjach z rządem na temat umowy społecznej, która ma być fundamentem polskiej transformacji energetyczno-górniczej – z otwartymi ramionami nie przyjmowali każdej propozycji rządu. A do tego nie chcą ustąpić pola m.in. jeżeli chodzi o gwarancje zatrudnienia. W efekcie nie udało się tych rozmów zakończyć w marcu – co tak często wcześniej też zarzekał Artur Soboń. Tym samym notyfikowanie dokumentu przed Komisją Europejską teś przesunie się w czasie. Tylko że tego czasu nie mają w PGG, gdzie za chwilę – o czym alarmowali sami związkowcy – może zabraknąć na wypłatę i opłaty ZUS. A jak się zachowają górnicy bez pensji, nawet w pandemii – nie trudno przewidzieć. Trzeba było więc działać. A że PGG ostatecznie żadnego planu restrukturyzacji nie przedstawiła? Pal licho, byleby tylko bunt górników zażegnać w zarodku.

Bo czas to pieniądz

Niepokoje społeczne ze strony górników bez pensji, to dzisiaj jedna z najważniejszych dla rządu przeszkód do pokonania. W takim przypadku polityczna presja mogłaby się okazać na tyle duża, że przed wcześniejszymi wyborami mogłoby już nie być ucieczki. I być może taki nawet plan na swojej szachownicy kreśli Jarosław Kaczyński. Ale szef PiS już nie raz pokazał, że nie tańczy tak, jak ktoś mu zagra. Woli nadawać sobie własny rytm. Górnicze protesty nie są zaś składnikiem najnowszych planów. A skoro tak, to trzeba im jak najszybciej zaradzić. Okrągły miliard złotych wydaje się dosyć skuteczną receptą.

Tylko, czy rząd tą pożyczką faktycznie chce pomóc PGG, czy tylko kupić sobie więcej czasu? Do momentu wynegocjowania w końcu z górnikami umowy społecznej i przedstawienia jej w Brukseli. Przypomnijmy, że już wcześniej, na bazie porozumienia podpisanego we wrześniu ub.r., mówiło się o pomocy publicznej dla polskiego górnictwa w wysokości 2 mld zł rocznie. Przynajmniej w pierwszych latach transformacji. I pewnie rząd trzyma się pazurami tych ustaleń. Tylko nie wiadomo, kiedy będzie mógł zacząć o tym rozmowę z KE, bo ci cholerni górnicy przedłużają rozmowy.

A bez ich zakończenie nie ma co się w Brukseli pokazywać i te założone 2 mld zł dla branży po prostu znika. Potrzebny jest więc czas do zakończenia negocjacji. I najlepiej, żeby po drodze obyło się bez palenia opon i górniczych gwizdów na warszawskich ulicach. W takim razie w pierwszej kolejności trzeba zadbać o wypłaty. W ten sposób szef PFR nagle już nie musiał wcześniej zobaczyć planów restrukturyzacji górniczej spółki, tylko czym prędzej wniosek o 1 mld zł pożyczki podpisał. 

Wczorajsza informacja Artura Sobonia wywołała niemałą konsternację. Dziennikarze zadawali przede wszystkim pytanie, skąd PGG odda te pieniądze i kiedy to nastąpi? Przecież spółka jest na finansowym dnie, a ubiegły rok najprawdopodobniej zamknęła ze stratą na poziomie 2 mld zł. 

„Jak to skąd? Z kasy publicznej. Skoro rząd jest gwarantem to najpierw via PFR pożyczy, a potem sam spłaci (tzn. nie sam, bo z naszych kieszeni) a w międzyczasie wpompuje jeszcze miliardy w PGG przez pomoc publicznąm – spółka dalej będzie nierentowna i planu transformacji też nie będzie” – komentuje Joanna Flisowska z Greenpeace Polska.

Węgiel i brak politycznej odwagi

Nie chcąc wchodzić w polską wojnę polityczną i nie przybierając żadnych barw, uparcie porównuję obecną sytuację, w której rząd udaje, że ratuje górniczego trupa, a tak naprawdę kupuje sobie wyłącznie czas – z tym, co działo się z poprzedniczką PGG, czyli Kompanią Węglową. Ta spółka też dogorywała latami, a koniec końców szeroka pomoc państwa nic nie dała. Przecież w 2013 r. KW miała stratę na sprzedaży węgla na poziomie 1 mld zł. W połowie 2014 r. wśród 15 kontrolowanych przez KW kopalni tylko 3 były rentowne. Ale już wtedy ówczesny premier Donald Tusk zarzekał się, że do żadnego zamykania kopalni nie dojdzie. 

Sama wola polityczna to było wtedy jednak za mało. W połowie 2015 r. straty KW to już prawie 1,5 mld zł. W tym czasie do każdej sprzedanej tony węgla kopalnie musiały dopłacać blisko 40 zł. A wtedy nikt o neutralności klimatycznej jeszcze nie wspominał, podobnie jak o Zielonym Ładzie. Węglowej spółce jeszcze koło ratunkowe stara się podrzucić Sejm, który tak zmienił ustawę o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego w latach 2008-2015 r., że Kompania Węglowa przez półtora roku nie musiała spłacać zaległych zobowiązań wobec ZUS-u.

W międzyczasie na czele rządu stanęła Ewa Kopacz, której także zabrakło politycznej odwagi. W 2016 r. z KW nie ma już co zbierać. Nowa szefowa rządu po wyborach – Beata Szydło prosi górników o spokój i cierpliwość. Zaraz potem rząd PiS ogłasza program restrukturyzacji górnictwa, którego głównym elementem jest powołanie do życia PGG. KW zaś postawiono w stan likwidacji. 

Teraz wydaje się, że historia zatacza swoje koło. PGG, spadkobierczyni KW, jest na finansowym dnie. Tym razem głównie przez polityczny skręt Brukseli, który wywiera taką presję ekonomiczną. Niestety, znowu na próżno szukać tutaj racjonalnego myślenia. Obecny rząd też nie chce złapać polskiej transformacji mocno za rogi. Woli, tak jak poprzednicy z PO, przeciągać wszystko w czasie – kosztem publicznych pieniędzy, ale kto by to liczył – bo potem i tak się jakoś ułoży. W przypadku powołania do życia PGG tego ułożenia starczyło ledwo na 5 lat. Jak będzie teraz?