Zobaczył, co wymyślił Lidl i opadły mu ręce. Publicysta Bizblog.pl nie zostawia suchej nitki na nowej akcji dyskontu

Są takie momenty w życiu dziennikarza, że ręce opadają do samej podłogi, a ułożenie dłoni z powrotem na klawiaturze wymaga niemałego wysiłku. To właśnie ten przypadek.

Lidl rusza właśnie z promocją nowej akcji pt. „Supermocni kontra złodzieje zdrowia”. Dyskont po raz enty zarzuci swoje sklepy książkami dla dzieci, które traktują o zdrowym odżywaniu. W samym fakcie nie ma oczywiście nic śmiesznego. Ba, można byłoby nawet pochwalić sieć za inicjatywę. Ostatnie badania pokazały przecież, że dieta przeciętnego Polaka nie różni się specjalnie od tej stosowanej przez Winstona Churchilla. No może z tym wyjątkiem, że drogie cygara zastępują tu papierosy na kartony, a setka taniej wódy to substytut whisky z lodem.

Tak czy owak, nie jest dobrze. Lidl uderza więc w czułe struny związane z naszym zdrowiem, straszy, że 90 proc. dzieci żywi się nieprawidłowo, a ich dieta składa się z soli i cukru oblanych tłuszczem. No i ok. Recepta?

Zdaniem dyskontu odpowiedzią mogą być kolorowe książeczki. Za czasów mojego dzieciństwa, gdzieś w latach 90. być może uchodziłoby to nawet za atrakcję. W dobie smartfonów i tabletów może już nie wystarczyć. Ale nawet nie o to chodzi.

Lepszym dowcipem jest to, że aby dostać książeczkę, trzeba najpierw uzbierać odpowiednią liczbę naklejek. Wiecie, takie Świeżaki (pardon… Słodziaki), tylko z walorem edukacyjnym. Mamy więc w zasadzie bezcenną wiedzę, bo przecież chodzi o nasze zdrowie, a nawet jeszcze bardziej bezcenną, bo dzieci to przyszłość narodu. Ale zaraz, zaraz, gdzie z tymi łapami, najpierw zakupy.

Policzmy szybko, Pięć naklejek razy 60 zł (za tyle jest wydawana jedna sztuka), daje nam równe trzy stówy. Srogo. Podręczniki do nauki angielskiego to przy tym poziom koszy z tanią książką. Na całe szczęście książka została wydana na papierze z certyfikatem FSC, który świadczy o prawidłowo prowadzonej gospodarce leśnej. Czyli coś na zasadzie: wycinamy, ale się nie cieszymy.

Lidl dość trafnie ocenia skład koszyka swoich klientów, bo zastrzega: naklejka zostanie wydana pod warunkiem dokonania zakupu przynajmniej jednego warzywa. Ogarniacie to? Wystarczy pomidorek wrzucony między paczkę chipsów i dużą colę, żeby sklep uznał to za spełnienie misji. Ambitny kurs, nie ma co.

Żeby jednak nie było, że znęcam się nad samym Lidlem. Podobny manewr stosuje Biedronka, która też w teorii zachęca do zdrowego odżywiania się, po czym bombarduje robiących zakupy reklamami zachęcającymi do kupowania jakichś mordoklejek i słodzonych napojów. Głosami milusińskich maskotek rzecz jasna.