Wiem, że lubicie Ubera, ale powiem szczerze: im mniej go na ulicach, tym lepiej dla wszystkich

Wszyscy kochamy Ubera – myślę, że z punktu widzenia pasażera taka teza nie będzie przesadnie kontrowersyjna ani nazbyt uogólniona. Ale tak samo mocno, jak chcielibyśmy jeździć po mieście za grosze, musimy sobie zdawać sprawę, co nadmiar kierowców robi na naszych drogach. I w końcu powiedzieć: stop.

Przez niedopatrzenie ustawodawcy tysiące kierowców zniknie bezpowrotnie z krajobrazu polskich ulic – alarmują ramię w ramię przedstawiciele Ubera i Bolta. Oczywiście nie żeby spotkanie samochodu z naklejką którejś z tych marek nagle stało się doświadczeniem na poziomie natknięcia się na tygrysa syberyjskiego, którego ostatnie sztuki błąkają się dzisiaj gdzieś po rosyjskiej tundrze. To będzie raczej jak zobaczenie wiewiórki w parku – widok raczej pospolity, ale nie aż tak, by nie wywołał zainteresowania.

Bizblog.pl poleca

O co jednak chodzi? Już tłumaczę. Wraz z początkiem stycznia w życie weszła nowelizacja prawa transportowego określana jako lex Uber. Nakłada ona na kierowców i platformy szereg obowiązków, co wywołało wątpliwości odnośnie do opłacalności całego interesu.

Zabraknie kierowców?

Okazało się jednak, że na razie dramatu nie ma. Dostępność kierowców wciąż jest duża, ceny poszły w górę, ale Uber wciąż kosztuje zdecydowanie mniej niż przeciętna taksówka. Pojawiła się za to kolejna data graniczna – 31 marca.

Za niespełna miesiąc kończy się bowiem okres przejściowy dla pośredników, którzy będą musieli wziąć odpowiedzialność za kierowców, którzy nie dostosowali się do nowego prawa. Teraz lex Uber niby działa, ale tak naprawdę gros kierowców jeździ wciąż bez licencji. Część z nich nie ma zamiaru jej robić, część czeka na załatwienie formalności. Bolt i Uber wskazują jednak, że od kwietnia skończy się taryfa ulgowa – użytkownicy bez licencji zostaną wyrzuceni z aplikacji.

Na domiar złego ministerstwo nie wyrobiło się z rozporządzeniami do ustawy wprowadzającymi aplikację jako kasę fiskalną i taksometr. Rozporządzenia wejdą w życie najszybciej w lipcu, co oznacza, że kierowcy staną przed dylematem co zrobić do tego czasu. Miało być przecież tanio i bezboleśnie, a teraz przyjdzie im inwestować (być może tylko na chwilę) w kosztowne urządzenia.

Efekt? Rzeczpospolita powołuje się na szacunki platform mówiące, że tylko w samej stolic zniknie 10 tys. pojazdów – nawet połowa tych, które wożą dzisiaj pasażerów po ulicach stolicy.

Nie będę płakał za Uberem

I pewnie zapłakałbym gorzko nad tym smutnym faktem, gdyby nie to, że dochodzę powoli do wniosku, że Uberów jest na ulicy zwyczajnie zbyt dużo. A niskie ceny przestają rekompensować mi smog (w Warszawie jego główną przyczyną jest ruch samochodowy) i coraz większe korki.

Uberów i Boltów namnożyło w polskich miastach „jak mrówków”. Żeby jednak lepiej wytłumaczyć, co spędza mi sen z powiek, pokażę wam co dzieje się obecnie w Londynie.

To centrum światowego biznesu od lat zmaga się z paraliżującymi centrum miasta korkami. I choć wprowadza opłaty za wjazd do centrum (sięgające nawet 24 funtów dziennie), ruch samochodowy robi się coraz większy. Wina, poza kurierami i dostawcami jedzenia, leży po stronie rosnącej liczby parataksówek na ulicach. Od 2013 do 2017 rokiem liczba licencjonowanych aut przewożących pasażerów wzrosła z 50 tys. do 87 tys. szacował na łamach Guardiana prof. Tony Travers z London School of Economics.

Skutki łatwo przewidzieć. Londyńczycy narzekają dzisiaj, że po centrum miasta jeździ się dzisiaj wolniej niż w czasach początków ery motoryzacji, w epoce wiktoriańskiej. Jednocześnie z wyliczeń Transport for London wynika, że jedna trzecia Uberów jeździ po mieście pusta, polując na klientów. A właściwie stoi w korku. Jak cały Londyn. Można się zirytować.

Oczywiście wiem, co teraz powiecie: Londyn to nie Warszawa. Drogi są tu wąskie, najeżone rondami, a kierowcy nie dbają o płynność ruchu i (o zgrozo) przepuszczają pieszych czekających przy zebrach. Nie to, co w stolicy Polski, gdzie szerokie arterie dają złudne wrażenie, że z jednego końca miasta na drugi przeprawimy się bez większych problemów.

Tyle że gdy zerkniemy w statystyki, okaże się, że to nie do końca prawda. W opracowywanym przez firmę Mister Auto zestawieniu najbardziej przyjaznych miejsc dla kierowców, Warszawa znalazła się dopiero na 80 miejscu na świecie. Londyn był 3 oczka wyżej. Niżej plasowały się już głównie miasta, w których odpalenie samochodu i ruszenie nim w trasę wiąże się z niemałą ilością adrenaliny. Mamy tam Ateny, Moskwę, Mexico City, Karaczi czy Mumbaj. Nie ma co, zacne towarzystwo.

Pokaż mi ile masz Uberów, a powiem ci kim jesteś

Warszawa w porównaniu z Londynem wyłożyła się m.in. na jakości powietrza. W tej dziedzinie przewozy osób też mają wiele za uszami. The Verge pisze, opierając się na ustalenia naukowców, że Uber i Lyft produkują o 70 proc. więcej zanieczyszczeń niż formy podróży (autobusy, rowery), które zastępują.

Zaostrzoną politykę wobec Ubera zaczęli już stosować Amerykanie. San Francisco, Nowy Jork i Chicago wprowadziły dla platform dodatkowe opłaty. W tej pierwszej metropolii przez nadmiar pojazdów Ubera i Lyfta średnia prędkość miała spaść o 4 km/h. A samochody przez 40 proc. czasu jeżdżą bez pasażerów.

Częściowe wyrugowanie z miast Uberów powinno się niebawem stać nową miarą cywilizacyjną. A, że za taksówki zapłacimy wtedy nieco więcej? Trudno. Zaoszczędzimy za to nieco nerwów i zdrowia.