No dobrze, a co będzie, jeśli protestujący górnicy nie uznają porozumienia związków z rządem?

Kolejne godziny negocjacji rządowej delegacji ze związkowcami nie przyniosły porozumienia, do którego podobno jest coraz bliżej. Sądzę, że jego podpisanie nie będzie oznaczać automatycznie zakończenia podziemnego protestu, do którego spontanicznie dołączają się kolejni górnicy. A zebrało się już ponad 400 chłopa.

Kolejna tura rozmów górników z rządem ma rozpocząć się dzisiaj, do godz. 12. Do tej pory ustalono, że żaden górnik dołowy nie musi martwić się o swoją pracę. Wszyscy mają dostać rządowe gwarancje zatrudnienia do emerytury. Ma to także dotyczyć pracowników zakładów przeróbki mechanicznej węgla. Ale – żeby pod dokumentem znalazły się podpisy jednej i drugiej strony – potrzebne jest jeszcze coś: harmonogram zamykania poszczególnych kopalni. Bo o tym, że te najmniej rentowne muszą zostać zlikwidowane – nikt nie dyskutuje. 

Porozumienie na górze, protest na dole

Równolegle z ciągnącymi się kolejne dni negocjacjami na sile przybiera podziemny protest górników zapoczątkowany kilka dni temu w kopalni „Halemba”. Dzisiaj na taką formę sprzeciwu zdecydowało się już przeszło 400 górników z 13 kopalni. Ostatnie do akcji dołączyły zakłady Jankowice i Chwałowice z rybnickiej kopalni zespolonej ROW. Ponad połowa protestujących jest z trzech ruchów kopalni „Ruda”: Pokój, Halemba i Bielszowice. Właśnie je (wraz z kopalnią „Wujek”) miał parę miesięcy temu wskazywać zarząd Polskiej Grupy Górniczej do najszybszej likwidacji.

Bizblog.pl poleca

Od początku było jasne, że rządowo-związkowe rozmowy prędzej czy później będą musiały dotyczyć najmniej rentownych kopalni (np. „Ruda” jest już na minusie w tym roku na poziomie blisko 200 mln zł). I właśnie teraz ten horyzont czasowy dla poszczególnych zakładów jest kością niezgody. I też nie do końca jest pewne, że wypracowany podczas negocjacji harmonogram będzie odpowiadał protestującym. Ich akcja nie jest bowiem inicjatywą związków zawodowych. To spontaniczne działanie ludzi, którzy boją się o miejsca pracy. Dlatego związkowcy do tej pory nie chcieli podpisywać żadnych dokumentów. Wiedzą, że ci z dołu bacznie przyglądają się ich poczynaniom.

Na manifestacji nie tylko górnicy

Od paru dni ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, gdzie prowadzone są negocjacje rządowo-związkowe, napływają optymistyczne wieści. Wczoraj usłyszeliśmy, że atmosfera rozmów jest na tyle dobra, że może i pod ziemią zbierają się kolejni górnicy, ale tej planowanej na ostatni piątek września manifestacji w Rudzie Śląskiej z pewnością nie będzie. Dzisiaj okazuje się, że nikt z takiej formy wyrażenia swojego sprzeciwu wobec polityki rządu względem sektora wydobywczego i energetyki nie rezygnuje. Manifestacja ma być i to większa niż pierwotnie zakładano.

Udział w organizowanej w Rudzie Śląskiej pikiecie zapowiedzieli oprócz samych górników reprezentanci innych sektorów, będących również pod pręgierzem polityki klimatyczno-energetycznej Unii Europejskiej. Determinacja jest na tyle poważna, że nawet jak przedstawiciele Międzyzwiązkowego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego będą w świetle kamer ściskać dłonie reprezentantom rządu – manifestacja ma się tak czy siak odbyć. 

Rząd ulegnie, bo papier wszystko ścierpi

Związkowcy ponownie wracają do terminu z prezydenckiej kampanii wyborczej. Górnicy usłyszeli, że w Polsce rozwód z węglem nastąpi nie wcześniej niż w 2060 r. W Katowicach spadł olbrzymi kamień z serca. I jak już wydawało się, że tak naprawdę nie ma, o co się kłócić, to rząd zaprezentował strategię „Polityka energetyczna Polski do 2040”.

Z przygotowanego przez Ministerstwo Klimatu dokumentu wynika, że w 2030 r. udział węgla w naszym miksie energetycznym spadnie do 56 proc. a w 2040 r. do 28 proc. Czyli w kolejnych latach po prostu będziemy produkowali coraz mniej węgla i tym samym będziemy potrzebowali coraz mniej kopalni. 

Nie bez znaczenia w tym kontekście jest polityka Brukseli, która od paru tygodni zamierza do ustanowienia nowego celu redukcji emisji CO2 już nie na poziomie 40 a 55 proc. względem danych z 1990 r. To ma spowodować zmniejszenie liczby górników w UE z ok. 238 tys. teraz do ok. 65 tys. w 2030 r. Obecnie 81 tys. górników to Polacy. Z unijnych dokumentów jednoznacznie wynika, że w kolejnych latach ich liczba ma drastycznie maleć. Dlatego trudno dziwić się niedowierzaniom, że w trakcie negocjacji w Katowicach rząd ma namawiać górników do daty granicznej dla węgla w 2050 a nie w 2060 r. Tyle, że i rządowe i unijne dokumenty wskazują, że wtedy będzie już dawno po sprawie.

Myślał indyk o niedzieli…

– komentuje Justyna Piszczatowska, redaktor naczelna serwisu green-news.pl.