„Pokazaliśmy, kto tu rządzi”. Google próbował rzucić Australię na kolana, ale mocno się przejechał

Sytuacja, można by rzec, bez precedensu. Technologiczny gigant z Doliny Krzemowej otwartym tekstem zagroził całemu państwu, że jeżeli te nie zmieni przepisów, to straci dostęp do usług. I choć wydawało się, że Google ma w tej rozgrywce bardzo mocne karty, poległ na całej linii.

Konflikt na linii Google-Australia doszedł do punktu, w którym obie strony zdecydowały się na konfrontacje twarzą w twarz. Szczegółów rozmowy nie znamy, ale oficjalnie i dość lakoniczne oświadczenie wygłoszone na konferencji prasowej przez premiera Scotta Morrisona powiedziało na temat negocjacji nie mniej, niż zapis całego spotkania zdanie po zdaniu.

Bizblog.pl poleca

Ostatecznie zrozumieli, że to Australia ustala zasady, na jakich to działa. I wyraziłem się bardzo jasno, w jaki sposób widzę rozegranie tej sprawy

– stwierdził Morrison

To tyle. Szef rządu nie wchodził w dalsze wyjaśnienia. Jeszcze bardziej wymowne od jego stanowczego tonu jest jednak zachowanie obecnego na spotkaniu szefa Alphabet, Sundara Pichaia (na zdjęciu). Ani on, ani żaden inny przedstawiciel firmy nie chcieli komentować wyniku negocjacji. Nie padły żadne kurtuazyjne słowa o dochodzeniu do kompromisu, nie wiemy nawet, czy szefostwo Google’a jest zadowolone z przebiegu rozmów.

Google poległ na całej linii

Klęska tech-giganta jest tym bardziej znacząca, że walka z rządem Australii to sytuacja bez precedensu. Przynajmniej ja nie przypominam sobie, by jakikolwiek potentat z Doliny Krzemowej wprost pogroził palcem państwu z rozwiniętą gospodarką.

Pogroził zresztą nie byle jak, bo biorąc na zakładnika swoją słynną wyszukiwarkę. Z jej pomocy korzysta 94,5 proc. australijskich internautów. Wydawało się więc, że firma z Mountain View przyparła polityków do muru. Jeżeli Sundar Pichai nie blefował, użytkownicy mogli się naprawdę wściec. Część z nich zrozumiałaby pewnie tłumaczenia Morrisona, że Google nie może dyktować prawa. Reszta włączyłaby jednak laptopy, wpisała hasło i dostała białej gorączki.

Gdy Mel Silva, dyrektor naczelny Google Australia, mówił, że jego firma zablokuje wyszukiwarkę, do Morrisona zaczęli umizgiwać się przedstawiciele Microsoftu. Prezes spółki Brad Smith zapewnił, że nigdy nie wyciąłby Australii takiego numeru, bo chce wspierać „bezpieczeństwo i sukces gospodarczy kraju”. W stolicy kraju, Canberrze, pojawił się też dyrektor generalny Satya Nadella.

Bing ma na Antypodach mniej niż 4 proc. rynku

Śmiesznie mało, ale liczby nie miały tu znaczenia. Niespodziewane wsparcie, jakie rząd Australii dostał ze strony Microsoftu, postawiło skuteczność lobbingu Google’a pod znakiem zapytania. Jedna globalna korporacja stanęła naprzeciwko drugiej. Pichai musiał już wtedy czuć, że tej bitwy nie da się wygrać. Ba, usztywniając swoje stanowisko i realizując groźby, mógłby stracić na rzecz konkurenta ogromny rynek.

Premier Australii jest teraz górą. Projekt ustawy medialnej, który poruszyła Google’a i Facebooka będzie procedowany dalej. Jeżeli zostanie przyjęty przez parlament, platformy cyfrowe zostaną zmuszone do płacenia lokalnym mediom za udostępnianie linków do ich treści. Jeśli strony nie będą mogły dojść do porozumienia, o cenie decydowałby arbiter wyznaczony przez rząd.

Wcześniej do Morrisona miał także pielgrzymować Mark Zuckerberg. Z podobnym skutkiem. Facebook jeszcze pewien czas temu zastanawiał się głośno, czy nie wycofać linków do treści ze swojej platformy, ale dzisiaj kładzie uszy po sobie.

Takich konfrontacji czeka nas w przyszłości coraz więcej. Politycy zdają sobie sprawę, że szefowie bigtechów mają większą władzę od nich, a w dodatku całkowicie monopolizują rynek. Teraz nadchodzi moment, by uregulować zasady działania gigantów technologicznych, skutecznie ich opodatkować i zmusić do podzielenia się zyskami z dostarczycielami treści. Właśnie dlatego sukces australijskiego rządu ma tak duże znaczenie.

Australia – Bigtechy 1:0

AKTUALIZACJA:

W piątek Google zdecydował się na ruch wyprzedzający. Firma uruchomiła platformę oferującą treści pochodzące od wydawców, z którymi zawarła już oddzielne umowy.

Google próbuje w ten sposób udowodnić, że wprowadzenie regulacji na poziomie całego państwa jest zbyteczne.