Polski filantrop boi się skarbówki albo zadowala się 1 proc. z PIT. Od Billa Gatesa dzieli nas przepaść

Człowiek, który umiera bogaty, umiera w hańbie, miał powtarzać Andrew Carnegie. Żyjący w XIX wieku Szkot wiedział, o czym mówił. Sam dorobił się fortuny szacowanej na jedną z największych w historii. Stalowy magnat pozostawił po sobie m.in. sieć bibliotek publicznych, instytut naukowy i słynną salę koncertową.

fot: Ministerie van Buitenlandse Zaken/flickr.com/CC BY-SA 2.0

Ponad 100 lat później słynny przedsiębiorca dorobił się całej rzeszy naśladowców. Niektórzy myśl Carnegie wzięli bardzo na poważnie.

Czytaj też:

Z opublikowanego niedawno zestawienia określającego, jaką część swojego bogactwa miliarderzy wydają na działalność charytatywną, dowiedzieliśmy się, że Bill Gates rozdał już niemal połowę. Za jego plecami znalazł się Michael Dell, który wydał 9 proc. i właściciel meksykańskiej potęgi telekomunikacyjnej Carlos Slim, który wydał 6 proc.

Duża różnica, jaka dzieli założyciela Microsoftu od reszty, wynika jednak nie z wyjątkowej szczodrości Gatesa, a raczej z faktu, że miliarder wraz z żoną założył własną fundację. To przez nią pieniądze przelewa np. guru inwestorów Warren Buffett. W tym roku do Gatesów trafi np. część z 3,6 mld, jakie „Oracle of Omaha” postanowił wydać na cele dobroczynne. W ubiegłym roku było to 3,4 mld.

Sam Gates nie pozostaje oczywiście w tyle. W 1999 rozdał akcje za 16 mld dol. w 2000 – ponad 5 mld dol. Po dłuższym okresie przerwy dwa lata temu dołożył do tego kolejne 4,6 mld.

Przez pewien czas oazą na tym oceanie dobroczynności pozostawały Chiny. Sprawiało to momentami dość groteskowe wrażenie. Oto milionerzy mieszkający w jednej z potęg gospodarczych świata migają się od wyłożenia drobnych na pomoc innym. Doszło nawet do tego, że gdy w 2010 r. Bill Gates i Warren Buffett zorganizowali w Pekinie bankiet poświęcony filantropii, mieli problem ze znalezieniem chętnych.

Odda cały majątek, ale po śmierci

Chińczycy obawiali się, że obecność będzie związana z rozdawaniem pieniędzy, a to przez lata nie uchodziło w Państwie Środka za zbyt popularne zajęcie. Nie zmieniła tego nawet deklaracja Chena Guangbiao, który ogłosił, że po swojej śmierci cały majątek odda na cele dobroczynne.

Na tle sztywnych chińskich bogaczy Guangbiao może zresztą uchodzić za wyjątkowego ekscentryka. Założyciel Jiangsu Huangpu Renewable Resources Limited Company dorobił się setek milionów dolarów na recyklingu i dysponuje nimi w dość charakterystyczny sposób. 5 lat temu mężczyzna zaprosił 250 bezdomnych nowojorczyków na wystawny lunch w Central Parku, obiecując, że każdemu, kto się zjawi, da prezent w postaci 300 dolarów.

Po wszystkim zmienił jednak zdanie. Jego pracownicy zaczęli obierać pieniądze przy wyjściu, a gdy wśród bezdomnych poniósł się szmer niezadowolenia, milioner stwierdził, że według organizacji charytatywnych obdarowani i tak przepuściliby pieniądze na alkohol i narkotyki. Skończyło się więc na przelewie 90 tys. dolarów na miejscowe schronisko.

Być jak Bill Gates

Trudno było te działania nazwać dobrą reklamą chińskiej filantropii. Teraz to się jednak zmienia. Z biznesowej sceny schodzi powoli pokolenie, które wywindowało Chiny do światowej ekstraklasy. Miliarderzy z Państwa Środka są już dobrze po pięćdziesiątce i coraz częściej, zamiast o pomnażaniu zysków, myślą o działalności charytatywnej.

Założyciel Alibaby Jack Ma, który dorobił się 37 mld dol., przechodzi w 2019 r. na emeryturę. Chce się teraz poświęcać filantropii i edukacji.

Łącznie, w latach 2010–2016 darowizny od 100 najlepszych filantropów wzrosły ponad trzykrotnie, osiągając 4,6 mld dol. Liczba zarejestrowanych fundacji wyniosła 5 545, co stanowi wzrost o 430 proc. w ciągu dekady. Serwis The Diplomat określił to zjawisko mianem „chińskiego boomu filantropii”.

Deklaratywnie hojni

Nad Wisłą zmiany też postępują, są jednak dość pozorne. Zanim przejdziemy jednak do tematu milionerów, zacznijmy od podstaw.

CBOS co roku pyta, ilu z nas wzięło udział w choć jednej akcji dobroczynnej w ciągu 12 miesięcy. Odsetek regularnie idzie w górę. W 2007 roku na taki gest miało zdobyć się 43 proc. badanych. W kolejnych latach deklarację o przekazaniu pieniędzy składało 60-64 proc. osób. W ubiegłym roku na cele dobroczynne łożyło już 3 na 4 naszych rodaków.

Trzeba brać pod uwagę, że to tylko deklaracje – studzi nastroje w rozmowie z Bizblog.pl Tomasz Schimanek, ekspert Akademii Rozwoju Filantropii.

Jego zdaniem przytoczone liczby mogą w dużej mierze dotyczyć działalności akcyjnej i jednorazowej. Deklarowane wsparcie sprowadza się czasem tylko do wrzucenia pieniędzy do puszki WOŚP.

Z najbardziej znanego, międzynarodowego raportu World Giving Index wynika co innego. Pod uwagę bierze się tam przekazywanie pieniędzy na cele dobroczynne, wolontariat i deklarowaną chęć pomocy innym. W 2015 r. zajęliśmy w nim 78. miejsce wśród ponad 140 badanych krajów. W 2018 r. spadliśmy na 112. miejsce – opowiada Schimanek.

Filantropia po polsku, czyli 1 proc. z PIT

Ekspert zauważa też, że Polacy miewają też problem z rozumieniem pojęcia filantropia. Jako jej przejaw traktujemy np. odpis 1 proc z PIT. A to przecież tylko forma alokowania naszych podatków, które i tak musieliśmy zapłacić.

Optymizmem nie napawają też dane dot. zaufania społecznego. Nigdy nie było ono wysokie, a w ostatnich latach jeszcze spadło. Według sondaży CBOS  w 2014 roku 33 proc. Polaków deklarowało, że obcym można ufać, w 2018 było to już tylko 28 proc.

Na tym gruncie filantropia milionerów albo firm nie ma szans wyrosnąć na szeroką skalę.

Są jednak wyjątki. BNP Paribas postawił działania CSR-owe w centrum uwagi klientów. Bank deklaruje, że nie należy może do najtańszych, ale za to wspiera społeczne inicjatywy. Wśród bogaczy przełamała się natomiast rodzina Kulczyków. Kulczyk Foundation wydaje rocznie kilkadziesiąt mln zł, głównie na pomoc w krajach Trzeciego Świata.

Pomagają, ale bez rozgłosu

O większość donacji polskich milionerów jest jednak stosunkowo cicho. Za największą uchodzi do tej pory wpłata dokonana przez założyciela firmy HTL Strefa Andrzeja Czerneckiego na rzecz Edukacyjnej Fundacji im. Romana Czerneckiego. Wysokość przelewu to 400 mln zł.

Dużym jak na polskie warunki gestem wykazali się też państwo Czarneccy, przekazując 56 mln na rehabilitację dzieci.

Polscy milionerzy nie lubią się afiszować wsparciem. Częściowo to wynik niskiego zaufania, nie dowierzamy czystym intencjom donatorów. Zastanawiamy się, co taki człowiek chce dzięki temu ukryć. W USA jest odwrotnie – filantropia jest w dobrym tonie. Pozwala pokazać, że dzielę się swoim majątkiem, przekazuję go na rzecz społeczności. To społecznie akceptowalne – opowiada Schimanek.

Nie kusić skarbówki

Ekspert wspomina, że lokalnie często spotyka się z małymi firmami, które wspierają działania organizacji pozarządowych, ale robią to nieformalnie.

Na pytanie, dlaczego, słyszę: lepiej nie kusić losu i nie ściągać na siebie uwagi kontroli skarbowej – mówi.

Jego zdaniem do filantropii nie zachęcają też odpisy podatkowe od darowizn. I choć na naszym podwórku to zapewne mało znacząca przyczyna, to z ułatwienia w kierunki filantropów z pewnością by nie zaszkodziły.

Ten system, jak pokazuje praktyka, nie działa. Należałoby pomyśleć o bardziej atrakcyjnych mechanizmach – puentuje Schimanek.