Facebook spisywał nagrania głosowe użytkowników. Teraz pokrętnie się tłumaczy

Facebook płacił setkom zewnętrznych usługodawców za spisywanie nagrań audio swoich użytkowników – ustalił Bloomberg. Zszokowani pracownicy nie wiedzieli, skąd pochodzą nagrania i dlaczego firmie zależy na przelaniu ich na papier.

Rozmawiacie na żywo z kolegami o kupnie zegarka, a dzień później wyskakują wam ich reklamy na Facebooku. Albo inaczej – dyskutujecie o wspólnym znajomym, a potem, ni stąd ni zowąd z dużą intensywnością wyskakują wam powiadomienia o jego aktywnościach. Każdy kto korzysta regularnie z platformy Marka musiał prędzej czy później czegoś podobnego doświadczyć. Dziwnym trafem Facebookowi zdarza się wiedzieć o rzeczach, o których nawet nie zająknęliśmy się w internecie.

A nawet jeśli nie, to do myślenia daje test zrobiony przez pewną parę. Małżeństwo rozmawiało ze sobą przez godzinę przy włączonym telefonie. Dwa dni później dostali reklamy dopasowane do swojej konwersacji.

Zuckerberg został o te praktyki zapytany wprost w trakcie przesłuchania przed Senatem. Wyśmiał podejrzenia nazywające je „teorią spiskową”. Oficjalnie przyznał się tylko, że Facebook ma dostęp do mikrofonu użytkownika jeżeli ten korzysta z funkcji wymagających rejestrowania dźwięku. Czy wykorzystuje zdobyte w ten sposób treści i sprzedaje je reklamodawcom? O tym potentat nawet się nie zająknął.

We wtorek Facebook przyznał, że dokonuje transkrypcji dźwięku użytkowników.

Podobnie jak Apple i Google, miał wstrzymać się z tym ponad tydzień temu. Przedstawiciele platformy twierdzili, że sprawdzali tylko, czy funkcja głosowego wpisywania tekstu działa poprawnie.

Użytkownicy nic jednak o tym nie wiedzieli. Cała operacja utrzymywana była w ścisłej tajemnicy. Pracownicy przepytywani przez Bloomberga prosili o anonimowość w obawie przed utratą pracy. Opowiadali, że słyszą nieraz wulgarne rozmowy, ale nie wiedzą skąd Facebook pozyskał dźwięki, które musieli spisywać.

Słowa na temat pracy tych nowoczesnych skrybów nie znajdziemy też w zasadach dotyczących danych.

Facebook twierdzi, że systemu automatycznie przetwarzają komunikację użytkowników w celu analizy jej treści. Nie ma tam słowa o udziale w tym procesie osób trzecich.

Widać więc jak na dłoni, że oficjalny przekaz Zuckerberga coraz bardziej trzeszczy w szwach. I zaczyna go to kosztować nie tylko utratę wiarygodności, ale i konkretne pieniądze. Dopiero co Facebook musiał zapłacić 5 mld dol. grzywny za aferę z Cambridge Analytica. Teraz FTC bada spółkę pod kątem naruszenia amerykańskiego prawa antymonopolowego.

I to chyba ten moment, w którym Facebook powinien przemyśleć swój model biznesowy. Zarabianie na prywatności użytkowników to jedna sprawa, ale odkąd wiedza wynoszona z platformy zaczęła wpływać na wyniki wyborów, Zuckerberg nie może czuć się bezpieczny. Politycy mu tego nie darują. Twórca Fejsa już zaczął przymiarki do tej transformacji ogłaszając, że podzieli go na część prywatną i publiczną. Nawet jeżeli odbije się to na zyskach.