Cena węgla w dół, a emisji w górę. Szykuj się, Polaku, na nieplanowane wydatki

Możemy się zżymać na antywęglową histerię i lewacki wymysł z globalnym ociepleniem. Albo na to, że za nastoletnią aktywistką klimatyczną Gretą Thunberg stoi tak naprawdę nowe lobby, które chce zmienić energetyczną rzeczywistość. Ale wystarczy spojrzeć na giełdę, gdzie cena węgla oraz uprawnień do emisji CO2 tańczą w odwrotnym kierunku, żeby się przekonać, że za tę wojnę zapłacimy wyłącznie z własnej kieszeni.

Chociaż finansową rzeczywistością często kierują emocje, to chcący mieć pełny, bez zakłóceń, obraz sytuacji analitycy kierują uwagę na giełdę, gdzie niezmiennie panuje tylko jeden bóg: zysk. 

Dzisiaj wydaje się, że nie ma ważniejszego tematu niż zmiany klimatyczne. Jak to zwykle bywa: utworzyły się od razu dwa obozy. Pierwszy nawołuje do jak najszybszego pożegnania z węglem i kreśli dramatyczne wizje. Drugi, pragmatyczny, nie ufa obecnej panice klimatycznej. Przekonuje, że do globalnych ociepleń w historii naszej planety już dochodziło wcześniej i jest to jej naturalny rytm. A i tak za wszystkim stoi lobby finansowe, co ostatnio media w przypadku Grety Thunberg jednoznacznie wykazały.

Nie musicie należeć do żadnego obozu. I tak dostaniecie po kieszeni

Który obóz ma rację? Żaden albo obydwa – wybierzcie odpowiedź, która bardziej wam pasuje. Tak naprawdę nie to jest istotne, a to, jak i czy w ogóle na te klimatyczne zamieszanie reaguje giełda. To zwłaszcza ważne i decydujące dla takich gospodarek jak polska, w 77 proc. uzależnionych od węgla.

Jeżeli chodzi o ceny, to nad Wisłą nie mamy żadnych powodów do radości, bo te wciąż spadają. Obecnie za tonę energetycznego trzeba zapłacić już poniżej 60 dolarów – 59,75. Patrząc rok do roku to spadek rzędu 31,1 proc. 

No więc skoro w Polsce tyle węgla palimy, a cena tego surowca ciągle spada – to będziemy mieć jeszcze tańszą energię. Niestety, nie do końca. Po pierwsze taka a nie inna cena węgla oznacza dla polskich spółek węglowych spore wygibasy, żeby się na koniec roku zbilansować. A po drugie jest jeszcze ETS – europejski system handlu emisjami

Cena węgla w dół, ale emisji CO2 – w górę

ETS to tak naprawdę nic innego jak instrument, którym faktycznie można nakłaniać poszczególne gospodarki krajowe do zmian w miksach energetycznych. Mechanizm jest bardzo prosty: im więcej będziecie spalać węgla, tym będziecie za to drożej płacić.

Od drastycznej podwyżki z 5-6 do ponad 20 euro za tonę emisji dwutlenku węgla zaczęła się polska saga z cenami prądu. Ta, po udanej próbie rozpostarcia parasolu ochronnego w mijającym roku – chyba zbliża się do nieuchronnego finału. Obecnie za uprawnienie do emisji tony CO2 trzeba już zapłacić 25,13 euro. Patrząc rok do roku, to o 21,8 proc. więcej. Na podobną osłonę nie ma co liczyć. 

I jak najbardziej ETS pozostanie groźnym instrumentem w rękach UE. Należy się spodziewać, że w Europejskim Zielonym Ładzie, który za chwilę przedstawi szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, ów system handlu uprawnieniami będzie dodatkowo zaakcentowany. Chociaż tematem numer 1 ma być gaz ziemny – którego zużycie wciąż rośnie w Europie – to niewykluczone, że padnie propozycja nowego ETS.

Nie jest bowiem tajemnicą, że eksperci coraz częściej wzywają do rozliczania emisji pochodzących z produkcji węgla, w tym wycieku metanu. Nad Wisłą zaś aż 80 proc. kopalń to kopalnie metanowe. Wtedy koszt produkcji w Polsce węgla wzrósłby nawet o 1 mld zł. Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, stawia sprawę jasno o mówi, że w przypadku takiego scenariusza nie byłoby innego wyjścia jak zamykanie polskich kopalń.

Węglowe zawirowania na całym świecie

Wytwarzanie energii elektrycznej z wykorzystaniem węgla stało się ostatnio niekonkurencyjne na rynkach europejskich. Głównie przez spadek popytu na „czarne złoto” w krajach Europy Zachodniej. Tamtejszy import węgla ma w tym roku spaść do najniższego poziomu od 2000 r. i wynieść 72,3 mln ton węgla. Tylko w porównaniu z 2018 r. to mniej o 23,7 mln ton. 

Nie lepiej jest pod tym względem w Stanach Zjednoczonych. Łączna produkcja węgla w USA w 2019 r. wyniesie ok. 698 mln ton – o 58 mln ton mniej niż rok wcześniej. Prognozy EIA (Electronic Industries Association) mówią o produkcji w 2020 r. na poziomie 607 mln ton.

Z kolei pod względem importowanego węgla energetycznego Chiny mogą osiągnąć poziom 228 mln ton w tym roku i zbliżyć się do rekordu z 2013 r. (246 mln ton węgla). O 10 mln ton powinien wzrosnąć import węgla do Indii. W tym miejscu dobrze zauważyć, że ze względu na tamtejsze spowolnienie gospodarcze w okresie od sierpnia do października doszło do spadku produkcji energii elektrycznej – z czym nie miano w Indiach do czynienia od 2000 r. 

Mniej węgla, ale emisja i tak na rekordowym poziomie

Przedstawiony podczas trwającego Szczytu Klimatycznego ONZ COP25 w Madrycie raport „Global Carbon Budget 2019” nie napawa raczej klimatycznym optymizmem. Chociaż emisja CO2 wprost z węgla zmniejszyła się w 2019 r. o 0,9 proc., to swoje dołożyła ropa i gaz ziemny. Efekt? Emisja gazów cieplarnianych na rekordowym poziomie. 

Mimo że emisje przemysłowe w tym roku w sumie wzrosną o ok. 0,6 proc., to jednak mamy do czynienia ze znacznie wolniejszym tempem niż w latach ubiegłych. W 2017 r. odnotowano przecież wzrost emisji o 1,5 proc. a w 2018 r. – o 2,1 proc.

Każdego roku wzrost emisji, nawet jeśli jest to tylko niewielka ilość, utrudnia ich redukcję

– uważa Glen Peters, dyrektor ds. badań w Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem w Norwegii.

Redukcja emisji albo globalne ocieplenie

Autorzy raportu zwracają uwagę, że emisje z pożarów lasów i innych zmian gruntów wzrosły w obecnym roku do 6 mld ton CO2. Czyli o ok. 0,8 miliarda ton więcej, niż w 2018 r. Dlatego Joeri Rogelj, klimatolog z Grantham Institute, przestrzega przed niepotrzebnym optymizmem.

Małe spowolnienie w tym roku naprawdę nie jest powodem do entuzjazmu. Jeśli u podstaw tego spowolnienia nie leży żadna zmiana strukturalna, to emisje po prostu będą stopniowo stopniowo rosły

– przekonuje.

Tymczasem przedstawiciele Programu Środowiskowego ONZ (UNEP) przekonują, że o ile faktycznie nie chcemy dopuścić do globalnego ocieplenia o 1,5 st. C, to musimy planować redukcję emisji CO2 co roku na poziomie 7,6 proc. każdego roku. I tak przez 10 lat pod rząd.