„Zaprojektowany przez klaunów”. Boeing tak wstydzi się maszyn sprzedanych Polakom, że zmienił ich nazwę

Zakup samolotów 737 Max przez Enter Air odbił się na świecie szerokim echem. Nic dziwnego. Boeing ma z ich sprzedażą olbrzymie problemy. Dość powiedzieć, że od półtora roku sprzedane modele są uziemione, a nową partię Amerykanie wypuszczają pod zmodyfikowaną nazwą.

To była jedna z największych wtop w historii światowego lotnictwa. W odstępie zaledwie kilku miesięcy doszło do wypadków z udziałem dwóch Boeingów 737 Max. Najpierw pod koniec października 2018 r. kupiona ledwie trzy miesiące wcześniej przez Lion Air maszyna kilkanaście minut po starcie z lotniska w Dżakarcie runęła do morza. Zginęło 189 osób.

Bizblog.pl poleca

Do powtórki doszło 10 marca. Tak samo, jak i w pierwszym wypadku, samolot ledwie po kilku minutach po oderwaniu się od pasa startowego lotniska w Addis Ababa-Bole rozbił się, zabijając 157 osób. W obu przypadkach winą za katastrofy został obarczony błędnie działający system pokładowy – MCAS.

Złota rada Trumpa

Przewoźnicy zareagowali nerwowo. 737 Max był uznawany za najnowocześniejszy samolot wąskokadłubowy na świecie i cieszył się niesamowitym wzięciem. Do momentu katastrof Boeing zdążył sprzedać kilkaset sztuk, a w realizacji miał kolejne 5 tys. zamówień. Nagle telefony jednak ucichły.

Wezwany przez amerykański Kongres ówczesny CEO Boeinga, Dennis Muilenburg zapewniał: Zaangażowaliśmy wszystkie niezbędne zasoby, aby upewnić, że poprawki w modelu B737 MAX są kompletne i dokładnie sprawdzone. Gdy 737 MAX powróci do służby, będzie jednym z najbezpieczniejszych samolotów na świecie.

Ale mleko się już rozlało. Samoloty trzeba było uziemić. Jedną z ofiar stały się PLL LOT. Polski przewoźnik zdążył do czasów etiopskiego wypadku kupić 5 Maxów.

Fama na temat spadających Boeingów poniosła się jak świat długi i szeroki. Część przewoźników zaczęła rezygnować z zakupu. Inni, jak Ryanair poszli drogą, którą złośliwi określili stosowaniem się do rad Donalda Trumpa. Tuż po drugiej katastrofie amerykański prezydent stwierdził, że wprawdzie nie ma o brandingu zielonego pojęcia, ale na miejscu Boeinga dodałby kilka nowych funkcji i… zmienił nazwę samolotu na nową.

Efekt? Na Twitterze Woodys Aeroimages pojawiło się zdjęcie, na którym samoloty malowane w barwy irlandzkiego przewoźnika dostały nową nazwę. Pechowo kojarzące się 737 Max zastąpiono napisem 737-8200. Niedługo później British Airways ogłaszając plan zakupu 300 samolotów, określiły je mianem „B737”.

Podróżni przerażeni 737 Max

Z inicjatywą wyszedł także sam Boeing. New York Times dotarł do instrukcji przeznaczonej dla linii lotniczych. Z wcześniejszego badania producentowi wyszło, że 40 proc pasażerów dostaje palpitacji serca na myśl, że miałoby wsiąść na pokład Maxa. W środku pojawiły się więc zalecenia, jak postępować z klientami.

Kontakt z drugim człowiekiem jest bardziej efektywny niż racjonalne apele

– podkreślał producent.

I radził, by ze zdenerwowanym pasażerem rozmawiać twarzą w twarz. W ostateczności radził poradnik, można posunąć się do zagrywek socjotechnicznych, podobnych do tych, które stosują stewardessy, by uspokoić podróżujących w trakcie lotu.

Przewoźnicy, z którymi rozmawiał NYT, byli zniesmaczeni. Boeing zrzucał przecież na nich problemy, które sam miał z własną wiarygodnością.

Inne badanie przeprowadzone przez Atmosphere Research pokazało, że Maxami boi się latać zarówno klasa biznes (20 proc. podróżujących w interesach), jak i ekonomiczna (24 proc. turystów).

Podróżni nie tylko boją się 737 Max, ale są nimi przerażeni

– komentował prezes AR, Henry Harteveldt

Klauni i małpy

Opinii o Maxach nie poprawił wyciek wewnętrznej korespondencji Boeinga. Pracownicy przyznawali, że w życiu nie wsadziliby do samolotów członków swojej rodziny. W rozmowach przewija się też wątek skrócanej liczby szkoleń, jakie mieli odbyć piloci przed wykonaniem pierwszego lotu, a także oszczędzania na poddostawcach. Najmocniej obrywa się jednak konstruktorom. Świat obiega jeden cytat:

Zaprojektowany przez klaunów zarządzanych przez małpy

– tak o 737 Max wypowiadali się sami pracownicy Boeinga.

Producent, widząc powagę sytuacji, zareagował natychmiast. W komunikacie rozesłanym do mediów odciął się od komentarzy, pisząc, że „nie odzwierciedlają [one] firmy, którą jesteśmy i musimy być”.

Jednocześnie Amerykanie toczyli walkę z czasem. Każdy miesiąc przestoju w oczekiwaniu na nową certyfikację maszyn powiększał frustrację przewoźników, którzy zdążyli je nabyć. Chwilę później wybuchł nowy pożar. Koronawirus zablokował całą branżę. Mniej wydolne linie zaczęły padać jak muchy, bogatsi gracze zaczęli ciąć koszty, szykują się na najgorsze scenariusze. Od początku roku anulowano aż 400 zamówień na 737 Max.  

Wyjątek stanowił O’Leary. Przebiegły szef Ryanaira wie, że samoloty najlepiej kupować wtedy, gdy można to zrobić jak najtaniej. Przerobił już ten wariant po atakach terrorystycznych z 11 września. Podczas gdy branża wzięła głęboki wdech, czekając na długofalowe reakcje pasażerów, irlandzki menedżer poszedł do Boeinga i zamówił u niego 100 sztuk modelu 737-800. Cena? – Wyjątkowo konkurencyjna – uśmiechał się tajemniczo O’Leary.

Teraz w czasie kryzysu wywołanego przez Covid-19, w przeciwieństwie do wielu konkurentów, Ryanair zdecydował się podtrzymać chęć zakupu Maxów. Lowcost jest największym klientem Boeinga, zamówienie opiewa na 210 samolotów. O’Leary nie ukrywa, że znów liczy za znaczne upusty i kazał Boeingowi przestawić nowy kosztorys.

Enter Air wychodzi przed szereg

Prawdziwą sensację wywołała jednak dopiero decyzja Enter Air. Polski przewoźnik nie dość, że nie wycofał się z dotychczasowych zamówień, to jeszcze zadeklarował, że kupi kolejne dwa samoloty, a być może skusi się jeszcze na kolejne 2 (łącznie będzie miał ich wtedy 10). Jednocześnie obie strony zawarły ze sobą szereg umów dotyczących rekompensat za straty poniesione w wyniku uziemienia Maxów. Enter Air ma ich aktualnie w swojej flocie dokładnie 2 sztuki.

Uważamy, że maszyny amerykańskiego producenta, po wszystkich modyfikacjach i sprawdzeniach, jakie przeszły, będą najlepszymi samolotami na świecie przez długie lata. W umowie zabezpieczyliśmy sobie także opcję zamiany tego zamówienia na inny wariant samolotu, jeśli taki będzie przydatny dla naszego modelu biznesowego

– powiedział członek zarządu i dyrektor generalny Enter Air Grzegorz Polaniecki.

Co znaczące w komunikacie o zawarciu umowy nie pada nazwa 737 Max. Samoloty zostały w nim określone jako… 737-8.

Jaka przyszłość czeka model 737 Max? Na razie Boeing musi uporać się z procesem certyfikacji. Szefowie producenta liczą, że dostawy uda się wznowić w ostatnim kwartale tego roku. Pytanie, w jakiej kondycji będzie wtedy branża. Bo jedno wiemy na pewno – najlepszy moment na zarobienie dużych pieniędzy na swoim najnowszym dziecku Boeing już przespał.