Balcerowicz i Wałęsa wspominają szok pierwszych dni transformacji [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Byłem przekonany, że najgorzej cofnąć się do początku kuracji. Powiem Panu, że ten pierwszy okres reform wspominam z dużą nostalgią – opowiada Leszek Balcerowicz. W książce „Lech, Leszek. Wygrać wolność” Katarzyny Kolendy-Zaleskiej twórca polskiej transformacji gospodarczej wraz z Lechem Wałęsą wspominają, że pierwszym dniom po wprowadzeniu planu Balcerowicza towarzyszyła panika w sklepach, puste półki i rosnące ceny. Fragmenty książki i zdjęcia publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak. Zapraszamy również na spotkanie z autorami o godz. 18. 17 czerwca w Warszawie w Empik Junior (ul. Marszałkowska 116/122).

1 stycznia 1990 roku wchodzi w życie plan Balcerowicza.

Lech Wałęsa: Jakbym powiedział, że pierwsze dni były straszne, to nic bym nie powiedział. Ceny nadal szły w górę, w sklepach pustki.

Leszek Balcerowicz: Jaja staniały! Pamiętam ten moment, gdy o ósmej rano pod koniec stycznia pani Teresa Hildebrandt, która obserwowała targowiska w Polsce, wpadła do mojego gabinetu rozpromieniona. W Lublinie na targu jaja staniały! Na ten komunikat czekałem z napięciem, bo dopiero wtedy mogłem odetchnąć z ulgą – inflacja się cofa, ceny zaczynają spadać dość wyraźnie, a to oznaczało, że plan zaczyna działać. Za cenami jaj poszły ceny innych produktów i sytuacja nie przedstawiała się już tak dramatycznie. Wiedzieliśmy, że ceny przestały szybko rosnąć, co było kluczowe dla powodzenia reform. Ale pierwsze dni faktycznie były bardzo nerwowe. Z Jurkiem Koźmińskim wychodziliśmy z ministerstwa i odwiedzaliśmy okoliczne sklepy, żeby się przekonać, co się dzieje.

LW: Mieliście odwagę!

LB:. Poszliśmy z Jurkiem Koźmińskim na spacer i zatrzymaliśmy się przed sklepem mięsnym, gdzie po wielu tygodniach pojawił się wreszcie jakiś towar. Wcześniej straszyły puste półki. Proszę sobie wyobrazić, że w środku był ksiądz, który święcił nowo powstałą rodzinną firmę. Zauważył mnie właściciel, wybiegł ze sklepu i pocałował mnie w czoło. Byłem dość zakłopotany, ale jak widzicie, chyba też zadowolony, skoro pamiętam to do dziś. Zaproponował kanapki z wędliną. Na szczęście, jak powiedział.

Katarzyna Kolenda-Zaleska: Zacytuję prasę z tych pierwszych dni, która informowała, że na przykład w Krakowie utrzymuje się panika w sklepach spożywczych, masowo wykupywane są wszystkie towary. Dziennie sprzedaje się 200 ton cukru. Płace są zamrożone i mnożą się pytania – czy społeczeństwo to zniesie.

LB (z westchnieniem): Polacy szybko się przyzwyczaili do wymienialności złotego, zapełniających się półek, nowych towarów na łóżkach polowych, które stały dosłownie wszędzie. I chcieli więcej, znacznie więcej normalności. Proszę zauważyć, że przez pierwsze tygodnie i miesiące mimo trudności utrzymywało się wysokie poparcie dla reform i wiara, że naprawdę sytuacja się poprawi. Ludzie widzieli, że na przykład w sklepach pojawiały się nieosiągalne dotąd lodówki, telewizory, pralki automatyczne. Jeszcze parę lat wcześniej stano po nie w kolejkach całymi miesiącami, pełniąc nocne dyżury. O takich rzeczach dziś się nie pamięta, ale wtedy, w styczniu 1990 roku, ludzie ciągle mieli w głowach rzeczywistość list społecznych.

To nie jest tak, jak nam dziś próbują wmawiać niektórzy, że od razu ludzie się zbuntowali i z niechęcią reagowali na wdrażany przez nas plan.

Zobacz także:

LW: To prawda, na początku ludzie byli skłonni zaakceptować wyrzeczenia. Ale krótko!

LB: W tych pierwszych dniach sytuacja była faktycznie trudna, bo nie mogliśmy ufać danym statystycznym przysyłanym nam przez GUS. Nie były optymistyczne. Ale mierzył tylko to, co państwowe, czyli to, co się kurczyło, a nie to, co rosło, czyli sektor prywatny. Dlatego te informacje od pani Teresy były tak istotne – pokazywały, co się dzieje naprawdę, a nie na papierze. Po dwóch tygodniach pojawiły się cytrusy, już nie dekretowane centralnie, tylko zamawiane przez właścicieli sklepów. To był też dla nas ważny sygnał, bo wiedzieliśmy, że import zahamuje wzrost cen. Ale zaraz po 1 stycznia poszły w górę o 70 procent, choć zakładaliśmy 40. Po dwóch tygodniach nerwowego oczekiwania inflacja zaczęła spadać. Wiedzieliśmy, że tak się stanie, ale nie wiedzieliśmy dokładnie kiedy. Szybko pojawił się handel uliczny. Pamięta Pan?

LW: Słynne polówki, czyli składane łóżka polowe. (kiwa głową) Mało estetycznie to wyglądało.

LB: Za to działało, co było dowodem na to, że wolność gospodarcza dochodzi do głosu, gdy znosi się bariery. Nawet przedsiębiorstwa państwowe zaczęły sprzedawać swoje towary na wolnym rynku. Wymienialność złotego sprawiła, że opłacało się sprowadzać towary z zagranicy. I na szczęście Polacy nie zaczęli masowo kupować dolarów, co mogłoby załamać kurs złotego. Ale tak, pierwsze dane, które do nas spływały po 1 stycznia, były straszne, zwłaszcza te dotyczące spadku produkcji o 30 procent.

KKZ: Przestraszył się Pan?

LB: No, było to nieprzyjemne, ale byłem zdeterminowany, wiedziałem, że trzeba iść dalej, nie porzucać leczenia gospodarki.

LW: Cud polityczny się udał, cud gospodarczy był trudniejszy.

LB: Zdecydowanie trudniejszy. Przedsiębiorstwa, ciągle w ogromnej większości państwowe, musiały się dostosowywać do nowej rzeczywistości i obniżały produkcję. A my dzień w dzień bez wytchnienia analizowaliśmy sytuację i na gorąco podejmowaliśmy decyzje. Inflacja przyhamowała, masowo powstały prywatne przedsiębiorstwa – w ciągu pierwszych dwóch lat zarejestrowało się ponad 600 tysięcy nowych firm, handel kwitł.

LW: Wiedział Pan już, że będą protesty i napięcia?

LB: Już w pierwszym tygodniu stycznia 1990 roku dostałem od OPZZ list, który głosił, że program zbankrutował i trzeba się z niego wycofać. To był przedsmak późniejszych napięć, ale generalnie w 1990 roku nie było wielkich protestów politycznych ani związkowych. Ja byłem przekonany, że najgorzej cofnąć się do początku kuracji. Powiem Panu, że ten pierwszy okres reform wspominam z dużą nostalgią. Byliśmy pionierami i w napięciu śledziliśmy, jakich kształtów nabiera gospodarka. W drugiej połowie 1990 roku i w 1991 było już dużo mniej przyjemnie, głównie przez niektórych polityków.

LW: Chce Pan powiedzieć, że przeze mnie, bo zacząłem kampanię wyborczą? Tu się Pan myli. Ja nigdy nie występowałem przeciwko Panu, występowałem tylko przeciwko bierności rządzących w innych sprawach.

LB: Nie, chcę tylko powiedzieć, że polityka radykalnie wpłynęła na nastroje społeczne. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to jest nieuchronne.

LW (kiwa głową): Zaogniła je. Wiem.

LB: No właśnie. Taka reforma jak nasza wymagała stabilności politycznej i poczucia wielkiej odpowiedzialności ze strony polityków. Taka była w Sejmie kontraktowym. Później kształtowała się nowa, pluralistyczna scena polityczna. Demokracja jest wielką wartością, którą absolutnie doceniam. Zachowania ludzi w gospodarce w dużej mierze zależą od politycznego kontekstu. A ten zrobił się burzliwy.

LW (lekko urażony): Zmienialiśmy nie tylko gospodarkę, ale cały ustrój. Wszystko było do wymiany. Pan i tak miał szczęście, mając cały czas parasol ochronny nad sobą. Ja go trzymałem cały czas.

LB: Doceniam. Proszę jednak zauważyć, że w tym pierwszym, romantycznym (śmiech) okresie społeczeństwo przyjmowało zmiany względnie spokojnie. Ale scenariusz polityczny obejmował dwie kampanie wyborcze w pierwszych dwóch latach wprowadzania niezwykle trudnego programu gospodarczego. Politycy zaczynają się licytować nie tylko w obietnicach, ale też w chęci poluzowania twardych rygorów reformy. Trudno się dziwić, że pewne środowiska protestowały, gdy ze świata polityki płynęły sygnały o konieczności osłabienia anty­inflacyjnych hamulców dotyczących choćby kwestii płac.

KKZ: Wróćmy do początków, gdy plan wchodzi w życie. Czy w rządzie też były naciski? Żeby się wycofać albo osłabić radykalność reform? Tadeusz Mazowiecki nie był przerażony?

LB: Tadeusz Mazowiecki przyjął polityczną odpowiedzialność za powodzenie strategii, która być może nie całkiem mu odpowiadała, bo jak mówiliśmy, osobista wrażliwość pewnie skłaniałaby go do przyjęcia mniej radykalnej, a bardziej ostrożnej drogi. Ale kiedy już mi zaufał i dokonał wyboru, zachowywał się jak prawdziwy mąż stanu. Uznał, że to będzie lepsze dla Polski, i nie myślał przy tym, jakie koszty poniesie osobiście, a jako polityk z pewnością zdawał sobie z tego sprawę. Ale nie myślał w perspektywie od wyborów do wyborów, jak współcześni politycy. Myślał długofalowo, co będzie lepsze dla Polski. Nigdy nie usłyszałem od niego, że żałuje. To był silny człowiek, człowiek zasad, zdolny do podejmowania ryzykownych decyzji.

LW: Ja już od związkowców wcześniej odbierałem sygnały, że są zawiedzeni, i w początkach roku, po wprowadzeniu planu, czułem, że odwracają się od naszego rządu. W połowie stycznia na spotkaniu z mieszkańcami Gdańska broniłem rządu jak niepodległości. A szef Radiokomitetu wstrzymał emisję tego spotkania w telewizji. Jak za starych bolszewickich czasów. Wiedział Pan o tym?

LB: Ależ skąd!

LW (kręci głową): Kompletnie tego nie rozumiałem, bo z tego spotkania wynikało, że ludzie, choć rozgniewani, nadal popierają rząd. Cóż, może rządowi to poparcie nie było potrzebne.

LB: Moje doświadczenie jest podobne, wie Pan? Moi współpracownicy też się nie mogli dobić do telewizji, która chciała być niezależna i po latach propagandy była na tę niezależność niezwykle wyczulona. Może nie zdołaliśmy się przebić z tłumaczeniem, co się dzieje i dlaczego tak się dzieje. Nawiasem mówiąc, kompletnie nie umiałem zachowywać się w telewizji. Prawda, Pani Kasiu?

KKZ: Trudno nie przyznać Panu racji.

LB: Wiem. Wypadałem chyba sztywno, więc może dobrze się stało, że mnie nie pokazywano za często.

KKZ: Wypadał Pan dość ascetycznie, tak to ujmę. Wiarygodnie, bo widać było kompetencję i wiedzę, ale mało empatycznie.

LB: Ja uważałem, że zaraz po przełomie, gdy gospodarka jest w ruinie, ważniejsze jest robienie reform niż opowiadanie o reformach. I do dziś tak sądzę. Co innego w innych warunkach.

LW: Zdecydowanie. Ale należało wciągnąć ludzi w tworzenie tej reformy. Symbolicznie mówię, niech Pan się nie denerwuje.

LB (charakterystyczne wzruszenie ramion)

LW: Tu chodzi o to, że gdybyście ludziom potrafili wytłumaczyć, że to jest nasza wspólna sprawa, robimy to razem, bo jesteśmy wspólnotą, to uniknęlibyście późniejszego wybuchu niezadowolenia. Bo ludzie mieliby poczucie odpowiedzialności, wspólnotowego uzgodnienia.

LB: Może Pan sobie wyobrazić lepszą propagandę niż zniknięcie kolejek? Albo pełne półki? Albo wysyp nowych firm? To są twarde fakty, a to, co Pan mówi, to wspaniały, ale jednak idealizm. Jak mielibyśmy coś takiego przeprowadzić?

LW (żartobliwie): Częściej do sklepów mógł Pan chodzić!

LB (śmiech): Wiem, że Pan żartuje, ale akurat spacery to była moja specjalność, żeby odetchnąć. Wymykaliśmy się z Jurkiem z URM­‑u albo z ministerstwa i szybko spacerowaliśmy.

LW: Może za szybko. Pan znany jest z tego, że nie można Pana dogonić. I ludzie nie byli w stanie Pana dogonić. Symbolicznie mówiąc.

LB: Wiem, że nie jest Pan populistą, że Pan rozumiał, co musieliśmy wtedy zrobić. Trzeba się jednak odnosić do konkretnych problemów, których mieliśmy tysiące. Po latach ludzie zapominają i zaczynają powtarzać slogany. Inni zaś, bądź z niewiedzy, bądź z wyrachowania, uznają, że zbiją kapitał polityczny na demonizowaniu programu reform.

LW: Na zjeździe Solidarności w kwietniu 1990 roku sytuacja była tak napięta, że wiedziałem już, że coś trzeba będzie zrobić. W zakładach pracy wrzało. Pensje były niskie, bo nie zgodziliście się na ich podnoszenie, co ja rozumiem, ale ludzie nie rozumieli.

LB: Ale z pewnością rozumieli, co oznacza słowo inflacja. Widzieli ją rok wcześniej w swoich portfelach.

LW: Dążenie do strajków było powszechne. Niewielu namawiało, żeby dać szansę rządowi.

LB: Aż tak źle chyba nie było, Panie Prezydencie. Te pierwsze miesiące zapamiętałem inaczej. Ja bym powiedział nawet, że społeczeństwo polskie wykazało się niezwykłą dojrzałością.

LW: Robiło się źle. W marcu, kwietniu. Miałem spotkania, wiece w zakładach pracy. Tłumaczyłem – jeśli będziecie protestować, strajkować, to będziemy mieli anarchię i bałagan. Ja, wojownik, nawoływałem do spokoju. Mówiłem to wbrew sobie, jestem rewolucjonistą, wolałbym walkę. Ale odpowiedzialność za sprawy Polski kazała mi uspokajać nastroje, które też dobrze rozumiałem. Do ludzi nie docierały spokojne tłumaczenia premiera Mazowieckiego, że trzeba sobie uświadamiać, jak wyjątkowy to czas. Pan do nas przyjechał, na zjazd Solidarności, w kwietniu. Pan słyszał, co ludzie myślą.

LB: No tak, delegaci podchodzili do mikrofonu i zadawali pytania. Czy Pan wie, że przez Pana umierają emeryci? To było straszne. Nie byłem nawet zszokowany, bo rozumiałem, że oni spotykają się ze związkowcami, z robotnikami, a ci narzekają. Nie traktowałem tych głosów wtedy jako agresji, tylko rodzaj troski. Miałem wrażenie, że desperacko chcieli usłyszeć ode mnie, że za dwa tygodnie to już będzie lepiej. I oni wróciliby do swoich zakładów pracy z informacją – za dwa tygodnie będzie lepiej. Nie mogłem tego obiecać. Mogłem tylko mówić, że jeśli wytrwamy, to faktycznie będzie lepiej.

LW (z uznaniem): Nie oszukiwał Pan, to prawda. Dziś politycy mówili­by co innego.

LB (gorzko): Dziś najważniejsze staje się zdobywanie poklasku za cenę prawdy, choćby drogą manipulacji. Wtedy lecąc do Gdańska, przygotowałem sobie szkic wystąpienia, aby wytłumaczyć, co właściwie robimy. Zresztą wiele dobrych rzeczy już się pojawiło, tylko jakoś nikt już nie zwracał na nie uwagi. Zniknęły kolejki, zmora lat 80. Komunizm upadł między innymi z powodu kolejek i pustych półek. Przypominam, że w ciągu dwóch pierwszych lat transformacji podwoiła się liczba sklepów. Podwoiła! Dzięki temu zmienił się obraz miast i miasteczek, bo obok sklepów powstawały kawiarnie i cukiernie. Ludzie mieli gdzie kupować i gdzie się spotykać. Proszę sobie przypomnieć. Właśnie w kwietniu dotarła do nas informacja, że 4000 sklepów i ponad 200 barów i restauracji przeszło w ręce prywatne. Zatrudnienie w sektorze prywatnym wzrosło w 1990 roku o 35 procent. Gospodarka zaczynała się naprawdę rozkręcać. Na tym nam najbardziej zależało.