Felietony

Rowerzyści będą bojkotować drogi dla rowerów. Są zbyt niebezpieczne, lepiej jest ginąć na drodze

Felietony 25.07.2018 2346 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 25.07.2018

Rowerzyści będą bojkotować drogi dla rowerów. Są zbyt niebezpieczne, lepiej jest ginąć na drodze

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski25.07.2018
2346 interakcji Dołącz do dyskusji

Minęły ledwie dwa dni od tragicznego wypadku w Warszawie, w którym śmierć poniósł kolarz, a oderwani od rzeczywistości kolarze z Zielonej Góry zapowiadają, że będą bojkotować drogi rowerowe, bo są one niebezpieczne. Rowerzyści bojkotują drogi dla rowerów: tego jeszcze nie grali. 

Poszło o to, że na uczęszczanej drodze w okolicach Zielonej Góry kolarze często poruszają się grupami w ramach „treningu kolarskiego” i dokładnie wzdłuż tej drogi ma powstać nowa, asfaltowa droga rowerowa. Nowa droga rowerowa wywołuje negatywne emocje u tzw. kolarzy. Są to rowerzyści, którzy wskutek posiadania szczególnego (drogiego) rodzaju rowerów oraz odpowiedniego ubioru nie uważają się za rowerzystów w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Rowerzyści to ci frajerzy, którzy snują się po drogach rowerowych na jakichś rowerach miejskich czy składakach. Kolarze są SPORTOWCAMI, a z rowerzystami nie należy ich mylić.

Niestety, opresyjne polskie prawo nie rozróżnia rowerzysty od kolarza.

Posiadanie roweru o cienkich kołach i lajkrowego stroju nie sprawia, że możesz przestać przestrzegać przepisów ruchu drogowego. I to najbardziej rozdrażniło kolarzy. Po wybudowaniu nowej drogi dla rowerów będą oni musieli z niej korzystać, inaczej grożą im mandaty (art. 33 PoRD). Jakiż to bezczelny prawodawca nie odróżnia tej fundamentalnej różnicy między jazdą na rowerze dla treningu, a jazdą na rowerze dla przemieszczania się? To oczywiste, że ta pierwsza, jako nieporównanie ważniejsza, powinna być niezwłocznie wydzielona jako osobny rodzaj ruchu drogowego. Na pewno kolarze doceniliby, gdyby wprowadzono nowelizację ustawy Prawo o ruchu drogowym. Chodzi tylko jeden drobny artykuł:

Przepisów ustawy prawo o ruchu drogowym nie stosuje się wobec osób prowadzących trening kolarski.

Spójrzcie, taka niewielka zmiana, a ileż radości wywołałaby u kolarzy. Nic dziwnego, że się denerwują. W końcu zmusza ich się do przestrzegania prawa, na które się nie zgadzają. Tak nie może być! Drogi dla rowerów są wszak niebezpieczne. Wprawdzie miażdżąca większość rowerzystów, którzy zginęli w wypadkach, zginęła na jezdni. Na na drogach rowerowych zdarzają się głównie niegroźne potłuczenia albo złamania. Ale kolarze wiedzą lepiej i widzą szerszy obraz. To wyższa forma życia.

Niepełnosprawni mogliby zacząć bojkotować podjazdy dla wózków

Mówiąc trochę poważniej, to o ile rozumiem na przykład postulaty dotyczące ułatwień dla pieszych (sam jestem pieszym), rozumiem postulaty dotyczące uporządkowania parkowania albo budowy dróg rowerowych (sam jestem rowerzystą), o tyle kompletnie już nie jestem w stanie pojąć działania mózgu kolarza, który twierdzi, że on nie może przestrzegać przepisów, bo trenuje. I że na drodze dla rowerów trenować nie może, bo tam jest piach, kamyki, gałęzie, śnieg (w lecie pewnie też), a co już zupełnie najgorsze – inni rowerzyści, z którymi musi dzielić przestrzeń. Wydaje się trudne do uwierzenia, że ktoś może na poważnie narzekać na to, że on nie może jeździć na rowerze, bo wokół są inni ludzie, którzy – tadam! – też jeżdżą na rowerze.

Poczytajcie wypowiedzi kolarzy w artykule zalinkowanym na początku. To festiwal egocentryzmu w najgorszym wydaniu. Brakuje mi, żeby poparł ich jakiś lokalny klub sztuk walki, który też chce trenować MMA na ulicy i spuściłby kolarzom łomot w ramach treningu. A jakby się tak jeszcze przez moment zastanowić, to bojkot infrastruktury rowerowej wybudowanej za publiczne pieniądze dla rowerzystów – ze strony samych rowerzystów – to jakby niepełnosprawni bojkotowali podjazdy dla wózków inwalidzkich i windy.

Wiele wskazuje na to, że wibracje powodowane przez rower typu „szosa” (żaden kolarz nie powie na niego „kolarka” ani „kolarzówka”) oraz długie przebywanie w lajkrowym stroju powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu. Objawiają się one przeświadczeniem o NIEZWYKŁEJ WAŻNOŚCI „treningu kolarskiego”, ważności przed którą musi ustąpić reszta społeczeństwa. Nic nie jest tak istotne, jak trening kolarski. Trening kolarski jest argumentem ostatecznym. Kolarz jedzie poza drogą dla rowerów? No przecież trenuje. Przejechał na czerwonym? No przecież trenuje, nie może się zatrzymać. Potrącił pieszego i uciekł? No przecież trenował, to o co chodzi? Jak widzisz że kolarz trenuje, to trzymaj się od niego z daleka, bo w tym momencie świat kręci się wokół niego. Chyba, że zderzą się ze sobą dwaj trenujący kolarze. Pewnie wtedy walczą na śmierć i życie, bo przecież przerwali sobie trening.

Jestem pełen podziwu dla determinacji tzw. kolarzy w zniechęcaniu do siebie społeczeństwa.

W czasach gdy wszyscy mówią o uspokajaniu ruchu, o zmniejszaniu liczby wypadków przez zmniejszanie prędkości, o konieczności większej regulacji ruchu rowerowego z powodu jego gwałtownego wzrostu – „kolarze” mówią „ale my trenujemy” i to ma zakończyć dyskusję oraz utrzymać ich uprzywilejowany charakter. To trenujcie dalej, ale na trenażerach. Powstały już rozwiązania, które wam to umożliwią. Wątpię jednak, żebyście z nich skorzystali, bo wtedy nie moglibyście być w centrum uwagi, a przecież to wyłącznie o to chodzi.

A może taka naklejka na samochód?

„Ja nie ZAP—LAM

Ja TRENUJĘ”

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać