Felietony

Motoblender 2/2019: generator spalin do auta elektrycznego – muszę to opatentować

Felietony 19.01.2019 194 interakcje
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 19.01.2019

Motoblender 2/2019: generator spalin do auta elektrycznego – muszę to opatentować

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski19.01.2019
194 interakcje Dołącz do dyskusji

Witajcie w Motoblenderze. To drugi Motoblender w tym roku i postaram się, żeby ukazywał się regularnie co sobotę. Ten subiektywny przegląd niusów piszę dla Was siedząc na lotnisku w Barcelonie.

W Stanach w kilka godzin wyprzedała się pula 275 Cadillaców CT6-V, czyli wersji specjalnej o mocy 550 KM z 4,2-litrowym V8 o podwójnym turbodoładowaniu. Zobaczcie, General Motors: wystarczy że zrobicie jakiś emocjonujący samochód i ludzie jednak go kupują. Jestem gotów nawet zrozumieć, dlaczego było ich tak mało. Trzeba zaspokajać 80% popytu, wtedy ludzie będą bardziej pożądać danego towaru.

Z kategorii: niecodzienne życie niecodziennych rozwiązań

Pamiętacie jak Jaguar wprowadził pokrętło wyboru trybu jazdy zamiast tradycyjnego wybieraka skrzyni automatycznej? Ale to było coś. Nikt nie miał takiego rozwiązania. Pokrętło elegancko wysuwało się z tunelu centralnego, przekręcaliśmy na D i można było jechać. Minęło jednak trochę lat i okazało się, że klienci nie przyzwyczaili się do tego rozwiązania. Pokrętło zostanie zastąpione ponownie zwykłą dźwignią. W międzyczasie jednak koncepcja pokrętła zdążyła przewędrować niżej, do marki Ford i można trafić na nie w najnowszym Focusie. Ciekawe, czy i tu klienci z czasem zaczną narzekać, że w sumie to powinno być po staremu. Inna rzecz, że jeździłem ostatnio pewnymi bardzo nowoczesnymi samochodami, które są dostępne tylko ze skrzynią automatyczną i nie mogę wyjść z podziwu, że nadal stosuje się tę archaiczną wajchę między fotelami, podczas gdy dawno można byłoby ją zastąpić przyciskiem, manetką, dźwigienką na kolumnie kierownicy… heloł, mamy 2018 rok! A nie, 2019 już…

motoblender

Hyundai z dwiema nagrodami American Car of the Year

Co można powiedzieć o marce Hyundai? Chyba tyle, że pokazuje tylko, jak bardzo amerykańskie koncerny motoryzacyjne są głupie i niekumulatywne. Hyundai idzie tą samą drogą co Toyota w latach 80.: przechodzi od marki trzeciego wyboru do marki pierwszego wyboru. Jest już parę krajów, gdzie Hyundai ogólnie ma pierwsze miejsce w sprzedaży, na przykład Korea Płd. (to może nie najlepszy przykład) albo Chile. Hyundai zamiast płakać nad małą zyskownością, zamiast wywalać pracowników i wycinać gamę modelową po prostu idzie do przodu i pokazuje kolejne nowe modele, czym zyskuje kolejnych klientów. Uwaga, darmowa wiedza: to lepsza polityka niż ta, którą stosuje GM czy Ford. Jakoś od dłuższego czasu Hyundai-Kia nie wygląda jakby miało bankrutować, w przeciwieństwie do producentów rdzennie amerykańskich.

Teraz ofensywa modelowa Hyundaia przynosi kolejne efekty. Ta marka zdobyła dwa trofea American Car of the Year. Niby nic, ale jeśli dwa z trzech pucharów w tym konkursie podejmują Koreańczycy, to chyba znaczy że amerykańscy producenci robią coś źle. Chyba, że chcą zawalczyć o puchar w kategorii „najbardziej bezsensownie wycofany model”.

Najlepszym amerykańskim samochodem okazał się Genesis G70, tylnonapędowy sedan konkurujący z BMW 3. Zresztą w 2009 r. pierwsza generacja (jeszcze jako Hyundai Genesis) zdobyła ten sam tytuł.

Genesis G70 ma pod maską 3.3 V6 biturbo. Dlaczego ktoś w ogóle miałby rozważać Jaguara XE?

W kategorii Utility wygrał Hyundai Kona.

Teraz może trochę o Toyocie

Sprzedaż Priusów w USA spada. Amerykanie, którzy zaczęli od hybrydy, teraz przesiadają się na elektryki. Toyota ma w USA sporo modeli hybrydowych, ale tylko jednego plug-ina (Priusa Prime) i tylko jeden samochód elektryczny, ale napędzany wodorem, a nie akumulatorowy – Mirai. Jednak o dziwo, spadek dotyczy tylko Priusa, z pominięciem plug-ina, który odnotowuje wzrosty. Pozostałe hybrydy nadal bardzo dobrze się sprzedają. Wygląda więc na to, że Toyota nie ma powodów do zmartwień.

Jednak wiadomix, że kto się nie rozwija, ten zostaje z tyłu. Tymczasem Toyota wydaje się kompletnie nie przejmować elektryczną rewolucją, której przewodzi głównie Tesla. Jim Lentz, szef Toyota USA, uważa że elektryczna rewolucja to kit i na razie nie ma żadnego powodu, żeby się nią przejmować. Są hybrydy, jest dobrze. Portal Inside EVs uważa, że takie myślenie zaprowadzi Toyotę na skraj finansowej zapaści i stanie się to szybciej niż sądzimy. Nie wydaje mnie się. Toyota jest bardzo silna w Stanach i nieźle radzi sobie w Chinach. To, że nie ma w tej chwili popularnego samochodu elektrycznego, nie stanowi problemu. Moim zdaniem nastąpi szybki rozwój pojazdów wodorowych i po raz kolejny okaże się, że w tej dziedzinie Toyota jest absolutnym liderem. Toyocie nieźle idzie tworzenie własnych koncepcji na motoryzację, a nie paniczne naśladowanie aktualnie obowiązujących trendów.

Tymczasem jeśli mowa o panicznym naśladowaniu trendów, Ford planuje elektrycznego pickupa F-150

Do tej pory właściciele pick-upów, przeważnie o czerwonej od słońca skórze, potrafili z nienawiści do elektrycznych samochodów zablokować ładowarki. Teraz może być zupełnie inaczej, oto jakiś Jimmy Earl z Tennessee będzie mógł obskoczyć łomot od swoich kolegów napędzanych olejem napędowym, jeśli pod lokalnym martem pojawi się w elektrycznym F-150. Być może powstaną generatory dymu i hałasu, żeby użytkownicy pick-upów nie musieli się martwić, że zostaną przyłapani w aucie na baterie.

To dość odważny ruch, żeby z najnowocześniejszym i najmodniejszym produktem, jakim jest samochód elektryczny, wychodzić do najbardziej konserwatywnej grupy nabywców, jaką są rednecki. Wywalmy wszystkie auta osobowe, ale dajmy elektrycznego pick-upa, to brzmi jak świetny sposób na zarobienie mnóstwa pieniędzy. W Stanach był przez jakiś czas dostępny hybrydowy C-Max (jako plug-in), ale nie odniósł wielkiego sukcesu. W chwili obecnej elektryfikacja amerykańskiej gamy Forda jest bliska zeru. I na to wszystko ma wjechać elektryczny F150 i podbić rynek. Hmm…

silnik elektryczny w kole

Samochód to niewola, telefon to wolność. Albo na odwrót

Henri Fisker twierdzi, że samochód przestał być symbolem wolności, a stał się nim smartfon. Interesująca teza. Moim zdaniem zupełnie fałszywa. Fisker powołuje się jednak na badania, w których pytano ludzi, czy woleliby spędzić tydzień bez samochodu, czy bez smartfona. Oczywiście wszyscy odpowiadali, że bez samochodu, bo przecież ze smartfona mogą zadzwonić po samochód.

Moim zdaniem to tylko potwierdza, że są uzależnieni od smartfonów i że jest to urządzenie silnie uzależniające, radykalnie zmieniające więzi społeczne i nasze codzienne funkcjonowanie. Samochód też to kiedyś zrobił, ale to było dawno. Pozostaje jednak różnica: samochodu używamy tylko wtedy, kiedy potrzebujemy się przemieścić. Nie ma on właściwie żadnej innej funkcji. Ze smartfona korzystamy stale, także wtedy kiedy nie jest nam to w ogóle potrzebne. Trzeba przecież sprawdzić, czy nie dostaliśmy serduszka na instagramie, a może ktoś wrzucił jakieś nowe zdjęcie na fejsika, nie mówiąc już o świeżutkich ogłoszeniach z OLX, które przecież same się nie obejrzą. No to jaka to wolność, skoro jesteśmy od niego uzależnieni? Choć oczywiście do pewnego stopnia się zgadzam: we współczesnym świecie łatwiej żyć bez samochodu niż bez smartfona. Pod warunkiem, że mieszkasz w mieście w jakimś wysoko rozwiniętym kraju. Spróbuj mieszkać na odległych rubieżach Rosji i zamiast Łady mieć smartfona. Powodzenia.

 

 

 

 

 

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać

Autoblog na Instagramie

Autoblog na Instagramie