Ciekawostki

Do czego przydaje się elektryczny autobus z zasięgiem 70 km?

Ciekawostki 05.06.2020 110 interakcji
Tymon Grabowski
Tymon Grabowski 05.06.2020

Do czego przydaje się elektryczny autobus z zasięgiem 70 km?

Tymon Grabowski
Tymon Grabowski05.06.2020
110 interakcji Dołącz do dyskusji

MAN oferuje mały elektryczny autobus miejski na podwoziu modelu e-TGE. Zasięg według danych fabrycznych to ok. 100 km, ale ze zdjęć w ogłoszeniu wynika co innego.

Nie zrozumcie mnie źle, ja jestem za tym żeby autobusy miejskie jak najszybciej przerobić na napęd elektryczny. W przypadku autobusu ma on najwięcej sensu z paru powodów. Po pierwsze – jest gdzie ładować, bo autobusy stale parkują na zajezdni i w trakcie gdy nie są używane, można je spokojnie napełnić życiodajnym prądem. Po drugie – dzienny przebieg autobusu jest dosyć stały, więc można z dużym prawdopodobieństwem założyć ile zasięgu będzie potrzebne, a ile czasu można przeznaczyć na ładowanie.

Problem pojawia się, gdy ten zasięg okazuje się śmiesznie mały

Zamieszanie wzbudził niedawno Volkswagen e-Crafter ze swoimi akumulatorami pozwalającymi z trudem przejechać 100 km. Argumentowano, że to nie ma znaczenia, bo jest to samochód do kręcenia się po mieście w ciągu dnia pracy, a poza godzinami pracy odpoczywa sobie podłączony do ładowarki. Może i tak, ale na bazie tegoż samego e-Craftera powstał MAN e-TGE i jego odmiana z nadwoziem autobusu miejskiego. W stosunku do normalnego MAN-a e-TGE różnice są duże, bo nadwozie jest i wydłużone, i podwyższone (z wyświetlaczem nad przednią szybą), pojawiły się drzwi skrzydłowe z przodu i z tyłu oraz specjalna zabudowa wnętrza – słowem, to typowy mały autobus miejski, który może wieźć 23 pasażerów, z tego 10 na miejscach siedzących. Dobry rozmiar do obsługi małych miasteczek albo linii na obrzeżach dużego miasta, gdzie jest mieszana zabudowa miejsko-wiejska. Zabudowa od firmy Mercus ma też przewidziane miejsce na wózek dla niepełnosprawnych. Wszystko jest znakomicie, ale…

Po co komu autobus, którzy przejedzie może 60-80 km na jednym ładowaniu?

Na zdjęciach widzimy, że poziom naładowania akumulatorów to ok. 45%, a pozostały zasięg przy tym wskazaniu to 31 km. Przypuśćmy, że trasa autobusu od pętli do pętli to 15 km i pokonuje on ją w 50 minut. Przy zasięgu 70 km może przejechać ją w najlepszym razie 4-krotnie, bo potem musi jeszcze dotoczyć się jakoś do ładowarki (chyba, że znajduje się ona na pętli). Będzie zatem w użyciu przez 4 godziny dziennie, a potem postoi sobie ok. 6 godzin przy „skrzynce ściennej z prądem trójfazowym”, jak napisano w prezentacji tego pojazdu. 4 godziny pracy, 6 godzin ładowania, i mamy załatwiony dzień, bo w międzyczasie kierowca zdążył pójść do domu. Hell yeah! Świetny autobus! Nie jest to oczywiście wina firmy Mercus, tylko pojazdu bazowego od MAN-a, ale problem pozostaje.

elektryczny autobus
Oferta z Otomoto od firmy Mercus.

Cena to jedyne 610 tys. zł netto

Gdyby nawet bilet kosztował 4 zł i na każdej trasie autobus przewoziłby 2 x komplet pasażerów (bo rotacja), to dzienny zarobek wyniósłby 736 zł. Nie uwzględniając kosztów ładowania, potrzeba byłoby 828 miesięcy, żeby taki autobus się zwrócił. Czyli 69 lat eksploatacji. Ale już po 2000 cyklach ładowania pojemność akumulatorów spada o 15%, co oczywiście też zmniejsza zarobek, bo wtedy trasę dzienną możemy pokonać tylko 3 razy. Wszystkie te wyliczenia są absolutnie teoretyczne i przy okazji szalenie optymistyczne. I właściwie nie mają większego sensu, bo można sobie zmienić dane wejściowe i wszystkie wartości się posypią. Chciałem raczej zadać jedno pytanie: po co było robić taki pojazd? Czy zbudowanie go nie jest przypadkiem marnotrawstwem? Nie jestem w stanie wyobrazić sobie klienta, który decyduje się na zakup elektrycznego autobusu o zasięgu 70 km. Nie chodzi nawet o rachunek ekonomiczny, bo transport publiczny z zasady rzadko bywa dochodowy, ale o faktyczny czas codziennej pracy, o te godziny w których autobus może robić to, do czego został stworzony – wozić ludzi, zamiast bezczynnie stać podłączony do źródła zasilania.

Słyszeliście o trolejbusach?

Kiedyś istniały takie elektryczne pojazdy jak trolejbusy. Istnieją zresztą nadal. Ten MAN e-TGE miałby o wiele więcej sensu jako trolejbus niż jako samochód na baterie. Tak, zdaję sobie sprawę że trzeba byłoby zbudować infrastrukturę z przewodami i słupami, ale po pierwsze, transport publiczny rzadko bywa dochodowy, a po drugie, wtedy ten wóz mógłby jeździć na okrągło, bez przestojów. Moim zdaniem w obecnej wersji taki MAN to pojazd pozbawiony sensu, para w elektryczny gwizdek, woda na elektryczny młyn przeciwników elektromobilności, żeby nie powiedzieć, że to jej parodia.

Co smuci mnie tym bardziej, że sam chętnie prowadziłbym elektryczny autobus po ulicach Warszawy, w ciszy i bez smrodu wożąc miłych i kulturalnych pasażerów, mówiących „dzień dobry” jak wsiadają i „do widzenia” jak wysiadają.

Musisz przeczytać:

Musisz przeczytać