1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Lauren S. Hissrich tłumaczy się ze swoich decyzji i mówi, skąd wzięła się Voleth Meir. Ja tego nie kupuję

"Wiedźmin" od serwisu Netflix wprowadził wiele nowych, nieznanych w powieściach i opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego wątków. Jednym z nich jest Voleth Meir, czyli Matka Bezśmiertna czy też chatka na nóżce, jak zwał, tak zwał. Ta nieznana wcześniej historia wzbudziła sporo kontrowersji. Lauren S. Hissrich wyjaśniła, skąd wziął się na nią pomysł i dlaczego w ogóle zdecydowano się na tak daleko idące zmiany w stosunku do powieści.

voleth Meir

"Wiedźmin" od serwisu Netflix jest najgorętszym tematem ostatnich dni. Choć pewnie rodziny nie rozpadały się po żywiołowych dyskusjach nad świątecznym stołem po 2. sezonie, to w mediach społecznościowych i na portalach (również tu, u nas) wrze. Najczęściej kością niezgody jest zgodność serialu z materiałami z powieściami Andrzeja Sapkowskiego. Obrońcy podkreślają, że adaptacja rządzi się swoimi prawami i twórcy nowego dzieła mogą zrobić z materiałem, co tylko im się podoba. A w dodatku – podnoszą ci, którym produkcja przypadła do gustu – fajnie dać się zaskoczyć nową fabułą.

Największą zmianą względem powieściowego pierwowzoru jest wątek Voleth Meir, dziwnej istoty, która miesza szyki bohaterom, kusi Yennefer, poluje na Ciri i sprawia, że Geralt ma coś do roboty. Matka Bezśmiertna i problemy, które generuje, to fabularny kręgosłup 2. serii. W rozmowie ze mną showrunnerka serii Lauren S. Hissrich mówiła, że zmiany wynikają przede wszystkim z tego, że "Krew elfów", a więc pierwszy tom sagi Sapkowskiego, jest ekstremalnie trudną do zekranizowania powieścią. "Tam po prostu niewiele się dzieje" – przyznała  Hissrich.

Voleth Meir - Lauren S. Hissrich tłumaczy, skąd wziął się ten wątek.

W jednym z materiałów promocyjnych Hissrich została zapytana o to, dlaczego stworzyła nowego potwora. "Ta książka jest głównie o relacjach między bohaterami" – twierdzi  – "nie ma tu zbyt wiele akcji, która popychałaby fabułę do przodu". Dalej showrunnerka mówi, że jej zdaniem fani oczekują właśnie tego - akcji. Przyznaje też, że jej celem było połączenie wspólnie Geralta, Ciri i Yennefer na ekranie. Showrunnerka mówi też, że przygotowując swojego "potwora sezonu", podobnie jak Sapkowski, chciała czerpać z mitów i podań ludowych, dlatego zdecydowali się na ich interpretacje opowieści o Babie Jadze.

Kim jest Voleth Meir?

Wiedźmin, sezon 2. - niespecjalnie przekonuje mnie odpowiedź showrunnerki.

Rozumiem argument, że "Krew elfów" to nie spacerek i przenoszenie fabuły w stosunku jeden do jednego na język serialu z pewnością do łatwych nie należy. Nie trafia do mnie jednak, że aby móc wypełnić 2. sezon akcją, niezbędne było wymyślanie całego, nowego wątku. Wątku, dodajmy, który wbrew temu, co chce showrunnerka, ma bardzo niewiele wspólnego z prozą Sapkowskiego, co jest najbardziej frapujące.

Na pierwszy rzut oka Voleth Meir wygląda dobrze – jest tu spora doza tajemnicy, jest ekspozycja słynnej wróżby o "białym zimnie" i "czasie pogardy", no i w końcu to Baba Jaga, postać związana raczej z kulturą słowiańską, z chatką jako jednym z atrybutów. Problem w tym, że ta wesoła twórczość pęka w szwach. W sieci widziałem niemało pytań dotyczących tego, co właściwie stało się w finale, ale to niejedyny problem. Rzecz w tym, że serialowemu demonowi brakuje głębi. Książkowy Geralt co prawda rąbie potwory, czasem robi to mimochodem, gdy potrzebuje pieniędzy, a Sapkowski poświęca temu jedno, rzucone trochę od niechcenia zdanie. Gdy jednak buduje nastrój, a potwora czy przeciwnika czyni istotnym dla fabuły – wtedy zwykle pojawiają się komplikacje, zazwyczaj natury moralnej czy choćby etycznej. Choć premierowy odcinek 2. Serii ma swoje problemy, to jednak Nivellen i Bruksa są setki razy ciekawsi niż bezosobowy, nudny demon.

Voleth Meir to po prostu dość sztampowy, bardzo generyczny i często spotykany w opowieściach fantasy potwór, który w dodatku nie jest przesadnie dobrze osadzony w świecie. Sam finał, zamiast pokazać wiedźmiński fach i podkręcić napięcie, był chaotyczną, pełną niepotrzebnej krwi i strącania pionków rzeźnią.

Nie przekonuje mnie też, że stworzenie kiepskiego wątku fabularnego było nie do uniknięcia.

W "Krwi elfów" Yennefer, Ciri, Geralt i nawet Jaskier spotykają się w jednym, bardzo istotnym punkcie. Widzą się, gdy Ciri, chcąc zobaczyć Geralta, ucieka Yennefer i trafia na polujący na nią Dziki Gon. Choć zanim to się dzieje, dziedziczka Cintry przechodzi długą drogę i odbiera szkolenie zarówno od wiedźminów, jak i czarnowłosej czarodziejki, to do ich spotkania nudny potwór jest zupełnie niepotrzebny. Zresztą – Geralt w książce walczy również z innymi bestiami, jak choćby z Żagnicą (to ta scena na łajbie, powiązana zresztą bardzo mocno z samym wątkiem polowania na jego podopieczną.

wiedzmin 2 sezon serial netflix opinia
Wiedzmin sezon 2. Yennefer

Problem z "Krwią elfów" i kolejnym tomem, czyli "Czasem pogardy" wynika w dużej mierze z tego, że obie książki powinno czytać się razem. Droga Ciri od wiedźminki do czarodziejki ma swój wielki finał na Thanedd, czyli w drugiej z wymienionych powieści. Podobnie rzecz ma się z ujawnieniem się wrogów wiedźmina, knowaniami politycznymi. To właśnie tam świat przechodzi największą zmianę po bitwie o Sodden, pokazując, że krótki pokój na Kontynencie był tylko ciszą przed burzą. Gdyby ekipa Hissrich potraktowała sagę całościowo, pobawiła się materiałem źródłowym i żonglowała wydarzeniami, pobawiła się ich chronologią, nowe byty fabularne nie byłyby potrzebne. Byty, dodajmy, nieudane, nudne i przewidywalne.

Jest w czasie pogardy jedno zdanie, które doskonale pokazuje, czym w gruncie rzeczy jest wiedźmiński świat i czym mógłby być serial Netfliksa. Mógłby, a nie jest. To scena, gdy Geralt zbiera pieniądze, aby móc ochronić Ciri, sumuje, ile zarobiła na bestiach, które zabił.

Pięćdziesiąt za wilkołaka. Dużo, bo robota była łatwa. Wilkołak nie bronił się. Zagnany do jaskini, z której nie było wyjścia, uklęknął i czekał na cios miecza. Wiedźminowi było go żal. Ale potrzebował pieniędzy

- Czas pogardy.

W wątku Voleth Meir nie chodzi o to, że w ogóle się pojawił, tylko o to, że jest bardzo słaby i w ogóle niepotrzebny, a gotowe - ciekawsze, mniej ograne i bardziej niejednoznaczne - rozwiązania tylko czekały, by ich użyć.