1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Small World” jest strasznie słaby. Czy nadszedł czas, aby przestać oglądać filmy Patryka Vegi?

small world premiera vega opinie

Vega’s just being Vega – w taki sposób spuentowałbym „Small World”. Na ekranach kin pojawił się najnowszy film niepokornego reżysera, a to dobra okazja, aby sprawdzić, na czym opiera się fenomen jego kina.

Small World” zawitał już na wielkie ekrany. I jeśli ktoś, tak jak swego czasu mój redakcyjny kolega, miał nadzieję, że tym razem Patryk Vega poważnie podejdzie do podejmowanego przez siebie tematu, srogo się zawiedzie. Reżyser, co prawda, nie serwuje nam tu żartów z brodą, ale opowieść o międzynarodowym handlu dziećmi prowadzi w charakterystycznym dla siebie stylu. Zamiast ważenia argumentów mamy eksploatacyjny eksces, a quasifilozoficzne rozważania przyjmują wymiar nieznośnej misyjności. Nie wygląda to najlepiej, więc tradycyjnie krytycy mają używanie, a widzowie pędzą tłumnie do kin.

Filmy Vegi to istny fenomen. Reżyser od dawna dostarcza nam kinowe półprodukty, a my łykamy je jak pelikany. Kolejne produkcje biją rekordy popularności, bo publiczność łaknie gatunkowej rozrywki podszytej społecznym zaangażowaniem. Oczywiście tytuły te mają o wiele mniejszą siłę rażenia niż w materiałach promocyjnych zapowiada reżyser (vide: „Polityka”), ale za każdym razem chętnie napełniamy mu kieszeń. Czy Polacy jako widzowie mają zły gust? Nie. Czy traktują te tytuły jako guilty pleasure? Wątpię. Skąd więc taki stan rzeczy? Sprawa jest prosta. Rodzima kinematografia od dawna rozmija się z naszymi potrzebami.

Kino, którego nie było

Nie mamy w Polsce tradycji kina gatunkowego. Gatunek zawsze był u nas be. Nie uczy się nim opowiadać, bo uchodzi za niższy względem arthouse’u. Dlatego, chociaż „Lokis. Rękopis profesora Wittembacha” uznaje się za pierwszy powojenny rodzimy horror, to jego reżyser Janusz Majewski rękami i nogami bronił się przed przyczepieniem mu takiej właśnie łatki. Jednym z powodów takiej powszechnej niechęci do różnych konwencji z pewnością była ówczesna władza. Za czasów PRL-u twórcy musieli się nieźle nagimnastykować, aby ich opowieści mogły trafić na wielki ekran. Tak jak muzycy uprawiali poezję, tak filmowcy posługiwali się metaforą, aby mówić o tym, co dla ludzi było ważne.

W Stanach Zjednoczonych czasów kodeksu Haysa kwitło kino eksploatacji, a twórcy szukali inspiracji w prasie brukowej, przez co w drugsploitation nastolatkowie po jednym buchu jointa uzależniali się od marihuany, po czym wyskakiwali przez okno. Reżyserzy grali cenzorom na nosie, ciągle balansując na granicy tego, co można było pokazać i przemycali w swoich filmach erotyczne spektakle czy sceny pełne przemocy. Walka z władzą w naszym kraju wyglądała zupełnie inaczej. Polska szkoła filmowa posiłkowała się językiem ezopowym, aby przez wydarzenia przeszłe opowiadać o teraźniejszości. O gatunku mało kto wtedy myślał, dlatego, chwalony przez Andrzeja Wajdę Walerian Borowczyk szybko wyemigrował do Francji, gdzie realizował swoje erotyki.

Kiedy ktoś chciał przełamać dominację polskiego kina artystycznego, powstawały cudowne bo cudowne, ale jednak kurioza pokroju „Klątwy Doliny Węży”, czy „Wilczycy”. Jeden Juliusz Machulski i jego „Vabanki” czy „Seksmisja” kina gatunkowego nie czyni. Tak to w uproszczeniu wyglądało, czego skutki odczuwamy do dzisiaj. Kiedy bowiem myślimy o rodzimym gatunku filmowym, do głowy wpadają jedynie komedie romantyczne – sygnowane rymowanymi tytułami nieudolne reklamy Berlinek, w których roi się od kiczowatych zwrotów akcji. Co mamy poza tym? Od jakiegoś czasu całkiem niezłe kryminały, ale to tyle. Vega od dawna wbija się więc w upragnioną przez widzów niszę.

Vegi kino społecznie zaangażowane

Naturalnym jest, że pragniemy kina gatunkowego made in Poland, bo Hollywood karmi nas kolejnymi schematami. Chcemy też, aby filmy te opowiadały o tym, co dla nas ważne. Ale jak to połączyć, skoro nie mamy takiej tradycji? Ba, w czasach transformacji pojawiło się zapoczątkowane przez Władysława Pasikowskiego kino bandyckie. „Kroll” i „Psy” to było prawdziwe wydarzenie. Amerykańskie klisze przetłumaczone na nasz język. Formuła się przyjęła, przez co wykształcone za oceanem konwencje zaczęły być ślepo powtarzane („Prawo ojca”) lub nieudolnie wykorzystywane („Młode wilki”). Aż Olaf Lubaszenko zdecydował się z tego ponabijać w „Chłopaki nie płaczą”.

Kiedy Pasikowski stracił już swój pazur, pojawił się godny następca. Vega kontynuował jego dzieło swoim „PitBullem”. To był złoty strzał. Jeden film, który dawał nadzieję, że oto narodził się gatunkowy artysta potrafiący opowiadać o Polsce językiem współczesnego kina. Reszta jest już historią. Oto nadeszło „Ciacho”, „Last Minute”, kolejne części „PitBulla” i teraz mit ten leży i kwiczy. Reżyser przerzucił się bowiem na publicystykę. I to nie najwyższych lotów. W „Botoksie” obnaża mroczne kulisy służby zdrowia, w „Bad Boyu” obnaża mroczne kulisy środowisk pseudokibicowskich, a w „Polityce” obnaża mroczne kulisy sceny politycznej. Fajnie, tego potrzebujemy, tego chcemy, tylko niekoniecznie podanego w taki sposób.

Vega robi filmy z tezą. On nie poszukuje odpowiedzi, tylko po prostu je podaje. W skrócie można powiedzieć, że według jego kolejnych produkcji człowiek odnajdzie swoje szczęście w naukach Kościoła katolickiego, a całemu złu winien jest szatan. Dlatego w „Small World” to sataniści są pedofilami urządzającymi iście kubrickowskie orgie z pentagramem ułożonym z dzieci. Reżyser idzie w ten sposób po linii najmniejszego oporu. Dostarcza nam upragnionej rozrywki, podejmując ważne społecznie tematy. Z tego względu opowiadając o aferze podkarpackiej w „Pętli” pokaże nam wypadający z piersi implant, a w „Kobietach mafii 2” niedźwiedzia jeżdżącego na ukradzionym rowerze.

Wiatr odnowy wieje

Kino Vegi to kino wiecznego ekscesu. Nie ma tu subtelności, wszystko rozgrywa się na najwyższych tonach. Reżyser nie uznaje półśrodków. Ale jakżeby mógł inaczej, skoro wypuszcza kilka filmów rocznie? Gołym okiem widać, że wszystkie one są napisane naprędce, tak samo zrobione i jeszcze gorzej sklecone. No ale mówią o rzeczach dla nas ważnych. O tym, o czym inne produkcje milczą. Dlatego wciąż znajdują się obrońcy tych tytułów. Jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba. Bo najpierw nie mogliśmy, a potem nie potrafiliśmy opowiadać o wydarzeniach dziejących się koło nas. Szczególnie w sposób rozrywkowy. Dopiero teraz zaczęło się to zmieniać.

Przede wszystkim pogodziliśmy się z kinem gatunkowym. Działanie w jego obrębie przestało być powodem do wstydu i próbujemy swoich sił w konwencji slashera („W lesie dziś nie zaśnie nikt”), czy pikantnego erotyku („365 dni”). Okej, nie są to filmy udane, ale tego języka trzeba uczyć się na błędach. I idzie nam coraz lepiej. Zaczynamy odkopywać naszą historię z kosztownych klap artystycznych pokroju „1920 Bitwa Warszawska”, czy martyrologicznych narracji o bohaterach walki o wolność. Teraz PRL odkrywamy dzięki przesyconym feerią barw „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje”. Podobnie zresztą dzieje się w „Córkach dancingu”, gdzie nie ma śladu po socrealistycznej estetyce, a obsypane brokatem syreny tańczą i śpiewają.

Coś drgnęło nie tylko w dominujących w naszym kinie narracjach o PRL-u, ale również w opowieściach o wydarzeniach bliższych nam czasowo. W serialu, a dokładniej w „Rojście ’97”, została wykorzystana powódź, o której w fabułach do tej pory była cisza. Jan Holoubek na kanwę wziął też sprawę kryminalną, jeszcze stosunkowo do niedawna spędzającą sen z powiek opinii publicznej, w „25 latach niewinności. Sprawie Tomka Komendy”. Takie przykłady można mnożyć i będzie ich coraz więcej. Podejście Vegi przestało więc być ewenementem w rodzinnej kinematografii. Stało się bardziej powszechne.

Czy Vega powinien się bać o swoje nadchodzące projekty? Czy mając do wyboru inne, lepsze filmy, oparte na podobnej formule, wciąż będziemy chodzić na jego produkcje? Przekonamy się, gdy poznamy box office’owe wyniki „Small World”. Być może, gdy w końcu poczuje oddech konkurencji na szyi, zacznie bardziej przykładać się do swoich opowieści.