1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Shang-Chi nie ma prawie nic wspólnego z MCU. Marvel dziwacznie zaczął 4. fazę

shang chi marvel 4 faza easter eggi krytyka

Film „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” zadebiutował w ten weekend w kinach na całym świecie. Nowa produkcja Marvela jest dosyć standardowym filmem akcji z elementami sztuk walki i fantasy. Problem w tym, że choć „Shang-Chi” de facto otwiera 4. fazę, to z samym Marvel Cinematic Universe nie ma właściwie nic wspólnego.

Uwaga! Tekst zawiera spoilery z filmów „Czarna Wdowa” oraz „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”.

Najnowsza produkcja Marvel Cinematic Universe zameldowała się w ostatni piątek w polskich kinach. Według pierwszych recenzji „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” to całkiem niezłe fantasy z elementami sztuk walki i rodzinnego dramatu. Nie będzie to natomiast film, który wstrząśnie fanami MCU. I to z kilku różnych powodów. Pierwszy jest dosyć oczywisty i w sumie niezależny od rzeczywistej jakości produkcji. Chodzi o rozpoznawalność głównego bohatera, która po prostu nie jest zbyt wysoka. Nie chodzi tylko o to, że Shang-Chi dopiero debiutuje na dużym ekranie. On nigdy nie był pierwszoplanową postacią również w komiksach. Nawet wśród największych maniaków Marvela w Polsce wiedza na temat jego przygód nie jest przesadnie rozpowszechniona. O przeciętnym widzu kina rozrywkowego nawet nie wspominam.

Wszystko to ma znaczenie, ale nie przesądzałoby o wpływie „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” na szersze uniwersum wykreowane w korytarzach Marvel Studios. Problem w tym, że firma do pewnego stopnia oszukała widzów. Jeszcze przed debiutem produkcji można było znaleźć zapewnienia z ust twórców jakoby „Shang-Chi” stanowił rzeczywiste i pełne otwarcie 4. fazy MCU. Akcja filmu faktycznie przypada na okres po „Avengers: Koniec gry” (inaczej niż miało to miejsce w „Czarnej Wdowie”), ale traktowanie go jako nowe otwarcie byłoby dużym nadużyciem. Dlaczego? Bo związek fabuły „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni” z szerszym światem Marvel Cinematic Universe jest minimalny. Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego dopatruję się w tym poważnego zgrzytu, warto wyróżnić te pojedyncze nawiązania pojawiające się w filmie.

Pstryknięcie, Wong i fałszywy Mandaryn – dlaczego „Shang-Chi” oddelegował MCU do roli cameo?

Pierwsze minuty nowego filmu Marvel Studios nie wskazują na to, że większość jego wydarzeń będzie toczyć się w całkowitym oderwaniu od reszty uniwersum. Produkcja zaczyna się od kilku pojawiających się po sobie (i jawiących się dziwnie desperacko) wzmianek o pstryknięciu Thanosa i późniejszym powrocie połowy ludzkości. W bloku zamieszkiwanym przez głównego bohatera na ścianach wiszą ulotki reklamujące terapię dla osób, które nie są w stanie poradzić sobie po powrocie. O wydarzeniach przedstawionych w dwóch filmach o Avengers wspomina też grana przez Awkwafinę przyjaciółka protagonisty.

Pod względem liczbowym jest tego z początku całkiem sporo, ale bez jakiekolwiek realnego wpływu na fabułę. Nic nam nie wiadomo, by pstryknięcie dotknęło któregokolwiek z głównych bohaterów. Raczej wręcz przeciwnie, więc nic więcej niż wata mają na celu uchodzić za realny fundament świata przedstawionego, choć w rzeczywistości zupełnie nim nie jest. Co nie oznacza, że „Shang-Chi” nie ma mocnej struktury fabuły. Nie opiera się ona jednak o wcześniej ustalone elementy Marvel Cinematic Universe.

Twórcy sprowadzają je do roli tła, o czym najlepiej świadczy walka Abomination z Wongiem. Wypromowana przez zwiastun sekwencja trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, a jej wpływ ma fabułę ogranicza się do zaprezentowania widzom faktu: „Walka na arenie nie będzie dla Shang-Chi” łatwa. Sam Wong znika zaś równie szybko jak się wcześniej pojawił (zresztą w towarzystwie Abomination). Jeżeli ciekawi was, co ta dwójka robi razem, to nie liczycie na odpowiedź od Destina Daniela Crettona. Ma wam wystarczyć, że przez krótki moment pojawili się na ekranie dla waszej uciechy.

Najwięcej w filmie jest fałszywego Mandaryna, w którego ponownie wciela się Ben Kingsley.

Plotki o powrocie postaci znanej z „Iron Mana 3” i krótkometrażowego „All Hail The King” krążyły po internecie od dłuższego czasu, co sam Kingsley oficjalnie potwierdził na galowej premierze „Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”. W tym wypadku warto zresztą mówić bardziej o roli drugoplanowej niż króciutkim cameo. Chociaż liczba spędzonych na ekranie minut niekoniecznie przekłada się w tym wypadku na ich ważność i jakość. Radość z ponownego spotkania z pseudo-Mandarynem będzie z kolei zależeć od waszej reakcji na kontrowersyjny twist w „Iron Manie 3”. Jeżeli byliście nim zachwyceni, to w „Shang-Chi” dostaniecie więcej tego, co przypadło wam do gustu. Natomiast jeśli byliście przeciwnikami tamtej decyzji, to nic lepszego was tutaj nie czeka. Chyba żaden moment z Marvel Cinematic Universe nie podzielił fanów serii tak bardzo jak ujawnienie kłamstwa o Mandarynie, więc trochę szkoda, że twórcy nie spróbowali jakoś pogodzić zwaśnionych stron.

Ben Kinglsey wyraźnie ma radochę z grania Trevora Slattery'ego i jako wybitny przecież aktor robi to z dużą dozą uroku. Nie zmienia to jednakże tego, jak absolutnie nieważny jest ten bohater dla emocjonalnego konfliktu leżącego u podłoża „Shang-Chi”. Slattery ma w filmie Crettona dwa zadania do wypełnienia – pełnić rolę komicznego przerywnika i doprowadzić bohaterów do magicznej krainy Ta Lo. Drugi cel spełnia na podstawie całkowicie arbitralnej i absurdalnej znajomości narzecza fantastycznej stworka imieniem Morris, co dałoby się bez żadnego problemu zmienić w scenariuszy.

Gdyby wyciąć MCU z „Shang-Chi”, to zupełnie nic by się nie zmieniło.

Nawet scena po napisach, której głównym celem jest promocja kolejnych produkcji z Marvel Cinematic Universe ma bardzo delikatny związek z fabułą filmu. Shang-Chi wita Wonga stwierdzeniem, że jest jego fanem, ale de facto to samo mógłby powiedzieć nawet jakby nie widział walki z Abomination. Bo przecież o superbohaterach i mistycznych mocach jest w tym świecie powszechna. To wszystko zresztą poboczny problem, bo ważniejsza wydaje się inna kwestia. Gdyby wyciąć te nieliczne nawiązania do 3. fazy MCU, role Benedicta Wonga i Bena Kingsleya, a także scenę po napisach (czyli łącznie jakieś 10-12 minut filmu), to absolutnie nikt nie domyśliłby się, co ogląda. Reszta to po prostu przyjemne do oglądania, ale standardowe hollywoodzkie fantasy z elementami kultury Wschodu.

Pamiętajmy, w jakim momencie się znajdujemy. Jesteśmy na starcie 4. fazy Marvel Cinematic Universe. Właśnie straciliśmy uwielbiane przez fanów postaci takie jak Iron Man, oryginalny Kapitan Ameryka czy Czarna Wdowa. Kolejni Avengers są na wylocie. Fani wydają się po części spragnieni nowych przygód (zwłaszcza po przerwie wywołanej pandemią), ale też brak w nich wyraźnego entuzjazmu. Szaleństwo porównywalne z prawie każdą premierą 3. fazy towarzyszy tylko filmowi „Spider-Man: Bez drogi do domu”.

Co robi w tej sytuacji Marvel? Najpierw wypuszcza „Czarną Wdowę”, której związki z MCU są pobieżne i gdzie roi się od chronologiczny pomyłek. Potem zaś za sprawą „Shang-Chi i legendy dziesięciu pierścieni” wzmacnia wrażenie, jakby wcale nie zależało mu na przyszłości filmowego uniwersum. To bardzo dziwaczna strategia, którą słabo tłumaczy nawet chęć przerzucenia swojej uwagi na rynek seriali. Plus nie sądzę, by „Eternals” miało coś w tej kwestii poprawić. A to zrzuciłoby pełną odpowiedzialność za wypromowanie 4. fazy na barki Spider-Mana. Nie wiem, czy Parker temu podoła, choć pewnie wesprą go jego alternatywne wersje z dawnych trylogii.