1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Byłem na festiwalu pierwszy raz od dwóch lat. Rany, ależ mi tego brakowało

salt wave festival 2021 relacja galeria zdjec
645 interakcji
dołącz do dyskusji

Kolejki do toi toi-ów, rozwodnione piwo w plastikowych kubeczkach, dziesiątki tysięcy kroków dziennie, a przede wszystkim plenerowe koncerty skondensowane w jednym miejscu – festiwale muzyczne to coś, czego brakowało mi najbardziej w czasie pandemii. I w końcu udało się zapełnić tę pustkę. W miniony weekend wybrałem się na samiutki kraniec Polski na Salt Wave Festival.

W porównaniu z zeszłorocznym „martwym” latem w tym roku działo się naprawdę sporo. Nie jest to może to samo, co w czasach przed covidowych, ale nareszcie można było ponownie zasmakować festiwalowego życia – często w okrojonej formie. Jurek Owsiak zorganizował suplement Pol'and'rocka na lotnisku na 20 tys. osób, a Fest Festival stał się w tym sezonie substytutem Open'era pod względem zagranicznych gwiazd i obecności influencerek.

„Opek” z kolei w tym roku trwał grubo ponad miesiąc (w Parku Kolibki co weekend grało kilku wykonawców, m.in. Maneskin). Za to zamiast Off Festivalu Artur Rojek zrobił Off Country Club z Brodką, Królem i Quebonafide na czele (niektórzy przez to zarzucali, że line-up nie miał nic wspólnego z offem). Mimo że rząd traktował zarówno muzyków, jak i organizatorów po macoszemu i odmrażał koncerty w plenerze na samym końcu, ci dali radę, a nałogowi festiwalowicze wreszcie dostali upragnioną dawkę muzyki na żywo.

Ostatni raz na pełnoprawnym festiwalu byłem we wrześniu 2019 r. - na Up To Date w Białymstoku, tak więc niemal stuknęło mi dwa lata koncertowego celibatu. Wcześniej od co najmniej 10 lat w wakacje urlop brałem właściwie tylko na festiwale, więc pandemia wywierciła mi sporą dziurę w serduchu. Moja relacja z 2. Salt Wave Festiwal (przesunięty z zeszłego roku na 20-21 sierpnia 2021 r.) jest więc spisana przez pryzmat tego, że to moje jedyne tego typu wrażenie w tym roku, ale krótko mówiąc: było super. Teraz czas na rozwinięcie.

Fot. Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog

Letni festiwal muzyczny położony przy samej plaży? Dla mnie bomba.

Salt Wave na tle innych festiwali wyróżnia przede wszystkim lokalizacja. Jest organizowany na lotnisku w Jastarnii - mniej więcej w połowie Półwyspu Helskiego. Ma to oczywiście swoje wady, bo mieszkając na Śląsku musimy się liczyć z wielogodzinną podróżą, a ta w Polsce rzadko jest przyjemna. Da się tam jednak dojechać nie tylko autem, ale i pociągami, które kursują przez cały półwysep – przesiąść można się np. w Gdyni.

Dlatego też całkiem niegłupim pomysłem jest połączenie kilkudniowego urlopu z festiwalem. Możemy się zatrzymać w którymś z helskich kurortów takich jak Chałupy, Władysławowo, Jurata, Hel czy oczywiście Jastarnia, a na miejsce dojeżdżać pociągiem (stacja Jastarnia Wczasy), bezpłatnymi busami czy własnym transportem. Np. z Helu na teren festiwalu dostaniemy się w góra pół godzinki – testowałem to na własnej skórze.

Teren imprezy położony jest rzut beretem od Zatoki Puckiej, czego zalety docenimy dopiero na miejscu. Odchodząc zaledwie parę kroków od scen, trafiamy na plażę, gdzie na leżaczkach możemy gapić się na zachodzące słońce, otuleni dźwiękami grających za plecami zespołów (jak widać na załączonych zdjęciach) i morską bryzą smagającą naszą twarz. W takich momentach na chwilę zapominamy o kredytach i czujemy, że nic więcej do szczęścia nie trzeba.

Fot. Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog

Salt Wave to „festiwal butikowy”. Bez dzikich tłumów i trzech koncertów równocześnie.

Butikowość festiwalu zrozumiemy przede wszystkim po przejściu przez bramki. Koncerty zaczynały się o 18:00, dzięki czemu można było się normalnie wyspać, iść na plażę i jeszcze opitolić dorsza z frytkami. Nie trzeba się też było śpieszyć, by zdążyć na występ ulubionego wykonawcy – dwie sceny były umieszczone obok siebie, a zespoły grały jeden po drugim naprzemiennie. Zupełnie inaczej niż na dużych festiwalach, na których trzeba rzucać monetą, by wiedzieć, kogo wybrać, a kogo niestety przegapić, a przejście z jednego gigu na drugi zajmuje z kwadrans.

Nie samą muzyką żyje człowiek. Na festiwalu mogliśmy sobie też oczywiście pojeść, choć momentami kolejki do foodtrucków były nawet dłuższe niż do toi-toiów (różowych!), no i popić (był nawet Harnaś w puszce – za 10 zł!). Pokarmem dla duszy była strefa sensoryczna, na której można było pobująć się w „kokonach”, odciąć się od świata słuchawkami wygłuszającymi, pochodzić bosą stopą po skorupkach pistacji czy pościskać niebieską ciecz w... prezerwatywach. Jeżeli lubimy oglądać różne filmiki z gatunku „satisfying”, to mogliśmy tam doświadczyć tego wszystkiego na własną rękę.

Czilałtowy klimat uzupełnia też dobór wykonawców. W tegorocznym line-upie Salt Wave'a próżno było szukać reprezentantów sceny drum'n'bass czy hardcore – i raczej nigdy ich tam nie znajdziemy. Co nie znaczy, że nie było przy czym poskakać, a nawet ponaparzać się w kombinacji mosh pita i wall of death. I to na rapowych koncertach shaftera i OIO. No, tego to się naprawdę nie spodziewałem. Podobnie jak i papieża ze świtą kleryków.

Fot. Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog

Line-up Salt Wave 2021 to przede wszystkim polska muzyka alternatywna, rap i jazz.

Nawet nie wiecie, jak trudno wypowiedzieć się o samych występach, kiedy nie było się na festiwalu od dwóch lat. Wszystko mi się podobało bardziej niż powinno, bo żadnego z muzyków nie mam na plejlistach z moimi osobistymi przebojami. Z drugiej strony przypomniałem sobie, że koncerty często wydobywają ukryty na płytach potencjał.

Na przykład taki „Brut” Brodki przeleciał przez moje głośniki kilka razy, ale nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak w wykonaniu na żywo. Za to sama artystka jest prawdziwym zwierzęciem scenicznym – miała frajdę niewiele mniejszą niż jej fani, było jej wszędzie pełno, a z jej śpiewu płynęła lekkość, jak i wielką moc. Zupełnie nie dziwię się, że miała jedną z najlepszych frekwencji całego festiwalu.

Fot. Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog

Nie dało się nie zauważyć, że sporą część publiki stanowiły nastoletnie alternatywki i sad boysy, choć rozstrzał wiekowy był szeroki – od maluchów z rodzicami po ludzi w kwiecie wieku. Wszystko za sprawą shaftera i supergrupy OIO (Oki, Young Igi i Otsochodzi). Pierwszy pozamiatał nostalgicznymi tekstami z popkulturowymi retro-nawiązaniami i prostymi, ale świetnymi wizualami – były wyświetlane na gigantycznej przezroczystej płachcie przed sceną. OIO dwoiło się i troiło, by festiwalowicze nie zamulali nawet na moment. Zazwyczaj raperzy nie dają rady na żywo, ale to trio przez godzinę szalało bez utraty tchu. Czułem się jakbym był równocześnie na koncercie Backstreet i Beastie Boys.

Miłym zaskoczeniem były dla mnie też występy Oxford Dramy i Ralpha Kaminsky'ego, których niedane mi było wcześniej słuchać na żywo. Lubię takie połączenie intymności i poweru. Coals grali bardzo różnorodnie, ale najbardziej podobali mi się w swojej dark wave'owej odsłonie. Przyznam szczerze, że przez basową gitarkę kojarzącą mi się z Joy Division miałem delikatne ciarki. Wisienką na torcie był Artur Rojek grający „Długość dźwięku samotności”. Na koniec dodam, że duża w tym wszystkim zasługa nagłośnienia – słychać było instrumentalne niuanse, ale i dało się zrozumieć teksty wokalistów. To nie jest regułą na festiwalach, wierzcie mi – szczególnie jeśli chodzi o rapowanie.

Fot. Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog

Salt Wave Festival - opinia o edycji z 2021 roku i galeria zdjęć.

Nie wiem, jakie jest zdanie organizatorów, ale według mnie 2. edycję Salt Wave Festival można uznać za udaną. I to w tak niepewnych czasach. W sumie jedyną oznaką tego, że mamy pandemię, był obowiązek przechodzenia przez bramę główną w maseczkach na twarzy. To, co robiliśmy z nimi później, było naszą sprawą. Z rozmów ze znajomymi wiem, że podobnie było też na innych tegorocznych festiwalach w Polsce.

Dopisała pogoda (było chłodno, ale na szczęście nie padało w czasie koncertów, co jest największą zmorą letnich festiwali), zespoły (zero obsuw i odwołanych występów) i ludzie - nawet pole namiotowe było zapełnione, aczkolwiek współczuję chłodnych nocy z końcówki sierpnia. Zaproszeni artyści byli spoza mojej bajki, a jedyną zagraniczną gwiazdą był Parov Stelar (pewnie przez lockdownową niepewność). Zawsze jednak wychodzę z założenia, że festiwale muzyczne to nie tylko muzyka, ale i atmosfera, a ta sprawiła, że poważnie zastanawiam się nad kolejną, już ogłoszoną edycją.

3. edycja Salt Wave Festiwal odbędzie się w dniach 19-20 sierpnia 2022 roku.

* zdjęcie główne: Bartosz Godziński / Rozrywka.Blog