1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Twórca „365 dni” chciał obnażyć mechanizmy polskiego showbizu. Oceniamy „The End”

the end recenzja filmu opinie tomasz mandes
105 interakcji
dołącz do dyskusji

„The End” Tomasza Mandesa okazał się filmem niewątpliwie lepszym od „365 dni”, które wyreżyserował wraz z Barbarą Białowąs. Lepszym o tyle, że nieszkodliwym, choć zdecydowanie bardziej chaotycznym na poziomie scenariusza.

Trend promowania polskich filmów hasłami w stylu „mroczna strona branży” czy „obnażanie mechanizmów” od dobrych kilku lat ma się całkiem nieźle, choć ostatecznie każdorazowo przekłada się co najwyżej na obnażenie scenopisarskiej indolencji. Nie inaczej jest w przypadku „The End”, który Mandes wyprodukował wraz z Ewą Lewandowską. Producenci zapowiadali swój film jako „kontrowersyjną czarną komedię związaną z mechanizmami showbiznesu”, twórczo odnoszący się do okresu pandemii.

Obraz Mandesa ma tak naprawdę bardzo niewiele wspólnego z kulisami showbizu; autorzy większość uwagi poświęcają odkryciu przed widzem prawd objawionych: artyści i celebryci mogą nie być tacy, jak się wydają. Posiadają też inne oblicza niż te, które ukazują na ekranach, w wywiadach i na ściankach. Więcej: zdarza się, że robią innym świństwa, wpadają w nałogi, mają wiele słabości, o których nikomu nie mówią, a także niełatwą przeszłość. Spodziewalibyście się?

„The End” opowiada historię siedmiu sław, które w środku pandemii przyjmują propozycję wzięcia udziału w pewnej sieciowej grze.

Siedząc przed komputerowymi kamerami we własnych domach wcielają się w wykreowane na potrzeby gry postacie, by następnie – cały czas improwizując w tym specyficznym role-play'u – dotrzeć do finału realizowanego scenariusza i odnaleźć zabójcę „gospodarza” fikcyjnego domostwa, w którym wirtualnie się znajdują. Całość rozgrywa się na żywo i jest śledzona przez internautów. Wkrótce zabawa zaczyna mieszać się z rzeczywistością; na jaw wychodzą kolejne niewygodne fakty z życia aktorek i aktorów, którzy odsłaniają swoje prawdziwe oblicza. Scenariusz inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami; podobno każda z afer, w którą zamieszani są bohaterowie filmu, miała miejsce w rzeczywistości i dotyczyła rzeczywistych członków showbizowej śmietanki.

Cały obraz potyka się na nieprzemyślanym, chaotycznym scenariuszu; to nie historia o showbiznesie, a o ludziach: siódemce, której twarze widzimy na ekranie przez większość seansu. I tak oto rdzeń filmu stanowią postacie napisane skandalicznie powierzchownie. Dwie godziny słownych przepychanek i rzucania mięsem, a jedyne, czego dowiemy się o granej przez Witkowskiego postaci, to że dużo ćpa, zaś pod koniec, nie inaczej, że to wszystko przez jego mamę i reżysera, który podsuwał mu koks pod sam nos. Wspomniany rdzeń jest zatem nieciekawy, przewidywalny i nieangażujący. Wątki przeplatają się bez ładu i składu, dramaturgia kona w konwulsjach już po pierwszym akcie, fabularna wolta rozczarowuje, a zapowiadane elementy thrillera opierają się na kilku minutach nieudolnie budowanej atmosfery niepokoju, która błyskawicznie rozłazi się na nietrafionych i niedorzecznych pomysłach. Całości nie ratują ani humor z wąsem, ani krępujące dialogi, choć dobre słowo można powiedzieć o audiowizualnej estetyce: są chwile, gdy całkiem przyjemnie się na to wszystko patrzy.

„The End” zawodzi więc zarówno jako film o showbiznesie, jak i jako film o życiowych zakrętach elit branży filmowej. To narracyjny i fabularny chaos – głośny i kolorowy – w którym twórcy usilnie starali się zaszczepić Komentarz i Wielki Morał (bijąc nim widzów łopatami po twarzach w ostatnich minutach filmu). Bardzo niezgrabnie, trywialnie, bez polotu i, summa summarum, bez sensu.