1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki

Co się stało z mistrzem horrorów? Stephen King porzucił grozę

stephen king książki horrory kryminały
179 interakcji
dołącz do dyskusji

Stephen King od lat cieszy się opinią absolutnego króla horroru. Osiągnięć Amerykanina w tym gatunku nie sposób podważać, ale w przynajmniej od dekady King niespecjalnie interesuje się literaturą grozy. Skąd ta przemiana?

Na początku sierpnia w polskich księgarniach zadebiutowała nowa książka Stephena Kinga pt. „Billy Summers”, która jest bez dwóch zdań jego najlepszą powieścią od lat. Wciągająca, prawdziwa i pełna buzujących pod powierzchnią emocji. King zawsze umiał łączyć elementy literatury wysokiej z czystą pulpową rozrywką, ale tutaj wychodzi mu to tak dobrze jak w najwybitniejszych dziełach. Mimo to „Billy Summers” nie wywołał nowej fali szaleństwa wokół amerykańskiego pisarza i jego twórczości ani w Polsce, ani w Stanach Zjednoczonych. Trudno mi się oprzeć wrażeniu, że powodem takiego stanu rzeczy jest niespójność między karierą Stephena Kinga w ostatniej dekadzie a jego publicznym image'em.

Autor takich hitów jak „Lśnienie” czy „Carrie” wciąż jest uznawany za „mistrza horrorów”. To wrażenie podtrzymują, a nawet dodatkowo potęgują, kolejne ekranizacje i adaptacje jego wcześniejszych powieści. Trudno wyzwolić się z tego typu myślenia, gdy wokół krążą filmy takie jak „Doktor Sen”, „Smętarz dla zwierzaków” czy „To” i „To: Rozdział 2”. Pisarska część żywotu Kinga ma jednak już bardzo niewiele wspólnego z horrorem. Wystarczy spojrzeć na listę jego książek z ostatniej dekady, by się o tym przekonać.

Między 2011 a 2021 rokiem Stephen King napisał tylko dwa horrory – „Doktor Sen” i „Przebudzenie”.

Trzeba mieć na uwadze, że współcześnie tego typu sztywne podziały gatunkowe bardzo rzadko okazują się pożyteczne. W dobie postmodernizmu powieści rozrywkowe mogą mieszać ze sobą elementy thrillera, political-fiction, horroru i kryminału, a mimo to być zjadliwe dla czytelników. Wspomniane powyżej powieści Kinga też nie są horrorami czystej krwi i mają w sobie fragmenty przynależące do innych gatunków.

Jednocześnie całe to zamieszanie nie przeszkadza nikomu z nas w jasnej i jednoznacznej ocenie elementów przynależących do szeroko rozumianego horroru. Doskonale wiemy, co można określić tym mianem i dlaczego.

W ostatniej dekadzie u Kinga tego „czegoś” przeważnie brakowało. W książkach tworzonych w duecie (takich jak „Śpiące królewny” czy „Gwendy's Button Box”) elementów grozy było więcej, ale Amerykanin bardzo rzadko decydował się na nie, gdy pisał w pojedynkę. Zdecydowanie częściej szedł w kryminały, thrillery, literaturę społeczną czy nawet historię alternatywną. W przeszłości podobne odskocznie oczywiście też mu się zdarzały. Cała seria „Mroczna wieża” to bez dwóch zdań fantasy, „Bastion” mieści się w granicach literatury postapo, „Misery” jest mieszanką thrillera i horroru psychologicznego, a słynny zbiór „Cztery pory roku” pełen jest dramatów społecznych. Aż do ostatniej dekady inne gatunki nigdy nie przeważały jednak nad horrorami. Zresztą na wczesnym etapie kariery King projekty mające w sobie więcej z dreszczowca wydawał przeważnie pod pseudonimem Richard Bachman.

Fanów Kinga może martwić, że jego najsłabsze powieści z ostatnich lat to właśnie horrory.

„Doktor Sen” jest najzwyczajniej w świecie niegodny tego, by stać na półce obok „Lśnienia”. Z kolei wydane na początku roku „Później” (teoretycznie jako kryminał, ale w praktyce silnie oparte na horrorowych motywach) okazało się całkowitym nieporozumieniem. Pomimo bardzo usilnych starań ze strony autora ta książka nie byłaby w stanie przestraszyć nawet 10-latka. W jakimś sensie przenosiny Kinga z dala od horroru, a bardziej w stronę kryminału i thrillera są więc całkiem pozytywnym zjawiskiem. Bo jeśli nie jest w stanie wykrzesać z siebie entuzjazmu dla tego typu historii, to nie ma sensu, by je dalej pisał. W opublikowanym przed premierą „Później” wywiadzie dla Associated Press Stephen King odżegnywał się zresztą od terminu „mistrz horroru” i wizji, jakoby pisał głównie w tym gatunku:

Od zawsze miałem punkt widzenia, że możecie mnie nazywać jak tylko chcecie, dopóki czeki są wypłacalne. Chcę opowiadać dobre historie. Jeśli przekraczają granice i nie trzymają się jednego gatunku, to bardzo dobrze.

Widać w jego wypowiedzi chęć uświadomienia czytelnikom, że sztywne reguły gatunkowe po prostu nie są zbyt ciekawe. I choć można się z nim zgodzić, to trudno przymknąć oczy na fakty. A one pokazują jasno, że Stephen King w ostatnich latach nie ma nic przeciwko klasycznym opowieściom, o ile podpadają pod kategorię „kryminały”. Jego zaangażowanie w istniejący od 2004 roku imprint Hard Case Crime jest tego najlepszym dowodem. Osobiście mam sporo zrozumienia dla starych fanów twórczości Amerykanina, którzy są mocno zawiedzeni jego dorobkiem z ostatniej dekady. To przede wszystkim jego horrory takiej jak „Lśnienie”, „Carrie” czy „Cujo” przyciągnęły ich przed laty, a niczego w tym stylu Stephen King nie napisał już od dawna. Z drugiej strony, o ile nowe eksperymenty tego twórcy będą tak dobre jak „Billy Summers”, to trudno mi na nie narzekać. Nawet jeśli ja też tęsknię za starym dobrym Kingiem, który potrafił wywołać ciarki przerażenia na skórze swoich czytelników.

*Zdjęcie główne pochodzi z serwisu YouTube.