Audiobooki

Kmioty polskie, czyli jak Stanowski został największym wujem polskiego internetu

Picture of the author
378 interakcji
dołącz do dyskusji

Chyba każdy z nas ma takiego wujka, który, gdy tylko usłyszy wiersz biały (czyli taki, co się nie rymuje), a nie daj Boże, żeby był to twórca uznany, powie: halo, co to za badziewie bez rymów, też bym tak umiał. Od jakiegoś czasu wujem wszystkich internautów jest Krzysztof Stanowski.

Wszystko to pokłosie wyjątkowo żenującego występu Jasia Kapeli w programie Krzysztofa Stanowskiego. Było tak: najpierw dziennikarz sportowy, w ramach sprzeciwu wobec ustawy reprograficznej, postanowił skupić się na osobach, które ją postulują. Dostało się więc Ilonie Łepkowskiej i anonimowej dla mnie kobiecie, która na konferencji twórców poświęconej wspomnianej ustawie wspomniała, że brakuje reprezentantów środowisk tanecznych.

„Kobieto, chcesz zarabiać na tańczeniu to idź sobie... nie będę mówił gdzie” – rzucił merytorycznie Krzysztof Stanowski, co swoją drogą nie przeszkodziło mu później w wyrażaniu oburzenia, że Jaś Kapela zarzucił mu przemoc wobec kobiet.

Stanowski, Kapela i FAME-dziennikarstwo

Walkę z kradzieżą, która, zdaniem Stanowskiego, skrywa się pod niewinną nazwą opłaty reprograficznej, dziennikarz sportowy przeniósł dalej. W swoim programie o nazwie „Dziennikarskie Zero” zabrał się za Jasia Kapelę, tylko dlatego, że ten poparł ją na Twitterze. Było wyśmiewanie zdrobniałego imienia i koronny, a w zamierzeniu uwłaczający, argument w dyskusji „pewnie zastanawiacie się, kim on jest”. Otóż tłumaczę, jest osobą, na której można sobie po prostu poużywać, łatwym celem doświadczonego i wyszczekanego dziennikarza.

Żeby jeszcze bardziej uświadomić, że Kapela jest nikim, zaczął nabijać się z jego wierszy. Nawiasem mówiąc, Panie Krzysztofie, nazwisko francuskiego rzeźbiarza Auguste’a Rodina, który pojawił się w wierszu Kapeli, czyta się „RodĘ”, a nie tak, jak jest napisane.

Potem poszło szybko. Występ Kapeli w „Hejt Parku”, dziwna wymiana zdań, która zaczęła się od żartów z wady wymowy, przez gwałt, do opłaty reprograficznej, dotyczyła również poezji. Niedługo później Kapela wystąpił w programie Maliny Błańskiej. Została ona zareklamowana (mniejsza o to, czy celowo, czy też nie) krótkim materiałem wideo, w którym Jaś nazywa Stanowskiego „kmiotem”.

Zapewne to skłoniło Stanowskiego do wydania wspólnie z Mazurkiem tomiku poetyckiego „Kmioty polskie”.

Nawiązanie do „Kwiatów polskich” Tuwima jest tu oczywiste, ale – z tego, co zrozumiałem – nie będzie to poemat, a zbiór wierszy, które chyba jedyne, co mają wspólnego z opus magnum łódzkiego poety, to ten drobiazg, że się rymują, choć w gorszym stylu.  

Kanapa szara i konfesjonał,
Spytała najpierw, czemu nie skonał,
Czemu tam poszedł i czemu wrócił,
Dlaczego dał się tak zbałamucić,
On nie wie zupełnie, o co jej chodzi,
Ona jest głupia, czy on się głodzi,
Ręce się trzęsą, wzrok rozbiegany,
Przecież to jasne – Stan zaorany

– Krzysztof Stanowski

Te kilka wersów to fragment jednego z wierszy, który znajdzie się w tomiku, a z którego, jak sądzę, Stanowski jest wyjątkowo zadowolony – recytował go przecież w dzisiejszym odcinku „Dziennikarskiego zera”.

Stanowski i Mazurek chcą pokazać obłudę poezji, przy okazji dowalić Jasiowi Kapeli i ustawie reprograficznej.

Jeden z najbardziej znanych dziennikarzy politycznych w Polsce i jeden z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy sportowych chcą pokazać, że da się sprzedać poezję, nawet tak kiepską, jak ich własna, czego rzecz jasna są świadomi. Jednocześnie jeśli sprzedaż będzie wysoka, powiedzą: patrz Jasiu Kapelo, sprzedaliśmy tysiące więcej egzemplarzy niż ty, da się. A potem dodadzą: cała ta ustawa reprograficzna to ścierwo, skoro nasza pseudopoezja tak dobrze się sprzedaje, to lepiej, żeby ci tak zwani artyści szli do pracy na kasie w supermarkecie, bo to, proszę państwa, po prostu gówno jest, a nie sztuka.

Potwierdził to skądinąd w swoim programie, nie chcąc przyznać, że wpływy z książki pójdą na cele charytatywne, bo wtedy „poeci podważą mój sukces wydawniczy”.

Stanowski jest zapewne specjalistą w sprzedaży książek, ma na koncie niemałe sukcesy i bardzo sprawne pióro. Zapomina chyba jednak o tym, że sprzedanie książki, muzyki, czy w zasadzie czegokolwiek markowanego nazwiskiem znanej osoby, choćby nie miała żadnych walorów literackich, jeszcze nie świadczy o sukcesie literackim, co myślę mogą potwierdzić wszyscy, którzy czytali autobiografię Kuby Wojewódzkiego oraz ci, co wbrew roztańczonemu tłumowi nie bawią się dobrze przy disco polo na weselach.

Stanowski jednak ma własną teorię na temat literatury, czemu dał wyraz, gdy w programie z Krzysztofem Gonciarzem przyznał, że wywiad rzeka to prymitywny gatunek. Cóż, mogę to nawet zrozumieć, jeśli w rękach miało się tylko przydługie wywiady z piłkarzami, to rzeczywiście można się zrazić. Ale proszę się nie przejmować, Panie Krzysztofie, może kiedyś kupi pan książkę, i w przeciwieństwie do tych Tokarczuk (mam nadzieję, że to, co Pan mówił w programie, to żart) te Pan przeczyta. W tym gatunku polecam szczególnie Orianę Fallaci, mógł Pan słyszeć.

Skąd wiemy, że poezja jest wielka?

To bardzo złożona sprawa i bardzo długi, skomplikowany proces. Wiele jest przykładów dzieł, które nie zostały docenione, gdy powstawały, a potem zyskały rozgłos i uznanie. Taki los spotkał choćby wspomniane „Kwiaty polskie”, choć początkowo krytycy byli sceptyczni, to z czasem poemat zaczął cieszyć się niemałą popularnością, choć z pewnością sprzedażowo mniejszą niż przyszły tomik poezji Mazurka i Stanowskiego. Ja swój okropnie wydany egzemplarz kupiłem za 15 złotych w sieciówce z niedrogimi książkami, które nie miały komercyjnego szczęścia. To ważne, bo Tuwima pana „Kmioty polskie” też pewnie pobiją.

Tylko czy to umniejsza Tuwimowi, że jego literatura leży nie niepokojona, podczas gdy rymy częstochowskie Stanowskiego staną się hitem sprzedaży? Otóż nie, tak samo jak żadnemu innemu żyjącemu poecie, sukces „Kmiotów…” udowodni tylko tyle, że mając zasięg i rozpoznawalną twarz można sprzedać wszystko. Czyli to, co już wiemy.

Stanowski hejtuje to, czego nie rozumie, czyli wszystko, czego nie da się wytłumaczyć na chłopski rozum.

Stanowski w swojej krucjacie przeciwko ustawie reprograficznej staje po liberalnej stronie, chce możliwie mało podatków i nie podoba mu się kolejna danina. Oczywiście go rozumiem. Choć osobiście wolałbym skupić się raczej na ustawie, nie na ośmieszaniu ludzi, którzy ją popierają. Ustaliliśmy jednak już w tym tekście, że Stanowski aspiruje do bycia specjalistą w różnych dziedzinach, czyli w sporcie i memach (konflikt z Najmanem), polityce (rozmowa z Gonciarzem), gatunkach literackich i dziennikarskich (wywiad rzeka), a także na poezji (brawurowa egzegeza i deklamacja wierszy Kapeli).

W dzisiejszym „Dziennikarskim zerze”, w którym reklamował swój tomik i dał popis deklamacji, przyznał się, że jest również pasjonatem sztuki. Skrytykował „niewidzialną rzeźbę”, która sprzedała się za 15 tys. euro. Chodzi o włoskiego artystę Salvatore Garau umieścił po prostu postument, na którym nie ma nic. I ktoś go kupił.

„Pan Garau, trzeba przyznać, to wysokiej klasy oszust” – grzmi Stanowski, bo nie wie, że idealna rzeźba jest żartem również z niego. Prowokator takiej klasy, który dla dobra programu rzuca w gościa banktonatmi, powinien jednak wiedzieć, Garau dokładnie na to liczył. Na to wycie, ten ryk, tę krytykę. Jego rzeźba w ciągu kilku dni stała się rozpoznawalna na całym świecie, bez względu na to, czy jest wartościowa, czy nie.

Co więcej, Garau jasno pokazał, na czym polega problem rynku sztuki, który jest jednym z najbrutalniejszych pól spekulacji i kapitalistycznych zagrywek. W gruncie rzeczy „Niewidzialna rzeźba” to doskonały przykład przedmiotu, który nie musi być przydatny, użyteczny, którego koszt powstania nie istnieje, a i tak, według umowy społecznej, ktoś go wycenia. I mało tego – jest gotów za niego zapłacić! Tak jak płaci się za markę luksusowych produktów. Myślę, że akurat mechanizmy wolnorynkowe powinny być Panu Stanowskiemu znane.

To doskonały ruch marketingowy, żeby sprzedać coś, o czym wiadomo, że w gruncie rzeczy zostało zrobione dla żartu, beki, z przekory. W gruncie rzeczy można sprzedać „nic" za prawdziwe pieniądze. I nie ma znaczenia, czy kosztuje to 15 euro czy 24,99 zł.