Filmy

NIEPOPULARNA OPINIA: Wersje reżyserskie to dobry, ale niebezpieczny trend

Picture of the author

„Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest najpopularniejszym tytułem na HBO Max. Fani dopięli swego i już od jakiegoś czasu domagają się kolejnych wersji reżyserskich filmów, które ich rozczarowały, a twórcy wciąż chcą się nimi rehabilitować. Co to oznacza dla widzów?

Wielkie wytwórnie i producenci potrafią być prawdziwym wrzodem na tyłkach reżyserów. Niektórzy twórcy znaleźli sposób, aby zbytnio nie wtrącali się w ich wizje. John Ford robił wyjątkowo mało wersji danych ujęć, a do tego kręcił sceny w chronologicznej kolejności, aby mieć jak największą kontrolę nad ostateczną wersją swojego filmu. Nie wszyscy mogli podążać jego śladami, przez co historia kina zna mnóstwo przypadków tytułów „zniszczonych” przez niemających o niczym pojęcia osób trzymających kasę.

Wyobraźcie sobie „Dawno temu w Ameryce”, ale z sekwencjami ułożonymi w chronologicznej kolejności. Trudno dzisiaj w to uwierzyć, ale tak było w wersji producenckiej. The Ladd Company bez nadzoru reżysera zdecydowało się przemontować jego wizję, usuwając dodatkowo wzbudzające wątpliwości sceny. Nic dziwnego, że w takim wydaniu film nie zdobył ani uznania krytyków, ani widzów. Dopiero po jakimś czasie, kiedy wypuszczono go w wersji proponowanej przez Sergia Leone został okrzyknięty arcydziełem.

Oj tak, gdyby nie upierdliwi producenci historia kina mogłaby wyglądać zupełnie (a na pewno nieco) inaczej.

Mamy całkiem świeży tego przykład. Jeszcze do niedawna filmowa „Liga Sprawiedliwości” funkcjonowała w zbiorowej świadomości w wersji Jossa Whedona. Dopiero gdy fani dali o sobie znać Warner Bros. wytwórnia postanowiła dać szansę wizji Zacka Snydera i wydać jego „Snyder Cut”. I, jak wszyscy podejrzewali, jest o wiele lepiej.

Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Fani zaczęli się domagać powrotu Zacka Snydera do filmów na podstawie komiksów DC, krzycząc w internecie #RestoreTheSnyderverse. WB jest jednak nieugięte. Przedstawiciele studia wielokrotnie podkreślali, że nie ma takich planów, a „Snyder Cut” jest odosobnionym wyjątkiem. Być może teraz zechcą zmienić swoje podejście, bo według danych FlixPatrol „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” pozostawiła konkurencję daleko w tyle i jest aktualnie najpopularniejszym tytułem na HBO Max.

Można tę informację przyjąć z zadowoleniem. Fani mieli rację. Ich sen się spełnił i mają teraz w rękach bardzo mocne karty. Już domagają się nowych wersji reżyserskich (jak chociażby Ayer Cut „Legionu Samobójców”). Jakby tego było mało, odkąd wywalczono „Snyder Cut” wszyscy chcą mieć swoje „Cuty”. Oczywiście, nie jest to nic nowego. Francis Ford Coppola już kilkukrotnie majstrował przy „Czasie Apokalipsy”, a ostatnio postanowił nawet przemontować 3. część „Ojca chrzestnego”. Zwróćmy jednak uwagę, że są to filmy o wiele starsze od „Ligi Sprawiedliwości” czy „Legionu Samobójców”. Między ich debiutem, a premierą wersji reżyserskiej minęło wiele lat.

Ten odstęp czasowy wydaje się w tym wypadku kluczowy.

Dany film już zaistniał, a nawet rozgościł się na dobre w świadomości widzów. Udało nam się go już polubić (lub znienawidzić), więc wersję reżyserską możemy potraktować jako dodatek. Swoistą ciekawostkę, po której spokojnie, bez emocji porównamy sobie ją z wersją producencką. Warto w tym momencie zaznaczyć, że zarówno „Czas apokalipsy” jak i „Ojciec chrzestny 3” nigdy nie były złymi filmami, więc nie miały one na celu całkowitego zrehabilitowania tych tytułów, czy ich zastąpienia.

A właśnie na to w dużej mierze dają szansę wersję reżyserskie. Dlatego Sylvester Stallone szykuje swoje director's cut „Rocky'ego IV”. No i fajnie. Chętnie znowu popłaczę na scenie śmierci Apolla Creeda i zobaczę, jak Balboa spuszcza łomot Ivanowi Drago, a jak jeszcze będzie to podane w lepszej odsłonie to już w ogóle super. Niemniej doniesienia na temat kolejnych planowanych cutów (czy też domagających się ich fanów) budzą mój coraz większy niepokój.

Wersje reżyserskie mogą funkcjonować jako mokre sny fanów konkretnych tytułów, bohaterów, czy serii, w których kolejne części odstają jakością od pierwszych.

Niestety niosą ze sobą również pewne niebezpieczeństwo. W szerszej perspektywie oznaczają bowiem, że kupując bilet do kina na dany film nie otrzymujemy pełnego produktu. W zaciemnionej sali oglądamy półprodukt, który potem, wcześniej lub później, zostanie poprawiony i zobaczymy go na nośnikach kina domowego czy w VOD. Mamy tym samym do czynienia z sytuacją analogiczną, do tej, która ma miejsce w przypadku gier wideo.

Kupujemy zabugowane gry, a ich twórcy po chwili zaczynają wypuszczać kolejne aktualizacje i patche, aby naprawić wszystkie błędy. Dobitnie pokazał to przykład „Cyberpunk 2077”, którego część graczy zamiast z wyczekiwaną ekstazą przyjęła z wściekłością, domagając się zwrotu pieniędzy. Wersje reżyserskie oznaczają to samo dla X muzy. Z kin zaczniemy wychodzić poddenerwowani, zastanawiając się jakim cudem reżyser zmarnował potencjał tkwiący w danym materiale, tylko po to, aby zaraz się uspokoić myślą, że i tak kiedyś wyjdzie director's cut i zobaczymy jak to miało wyglądać naprawdę.

W takim wypadku podważa to całą ideę oglądania nowych filmów. Po co mamy to robić? Nie lepiej zaczekać, aż wyjdzie director's cut i wtedy uniknąć niepotrzebnego zdenerwowania? Może warto jednak oszczędzić pieniądze wydane na bilet, skoro i tak otrzymamy film pełen niedociągnięć? Jednym z rozwiązań byłoby na pewno, gdyby wytwórnie pokładały większą ufność w wizje zatrudnionych przez siebie twórców i przestały w nie ingerować. W razie niewypału nie musielibyśmy wtedy wieszać na nich psów, a skupić się od razu na krytyce reżysera. Dzięki temu życie kinomaniaków stałoby się o wiele łatwiejsze.