Filmy  /  Recenzja

„Pasażer nr 4” stawia swoich bohaterów (i widzów) przed kosmicznym dylematem

Picture of the author

Jeśli łakniecie science-fiction, ale bez wojen gwiezdnych i kosmitów, a bliżej takich produkcji jak „Interstellar” czy „Grawitacja”, to najnowsza propozycja serwisu Netflix powinna was zainteresować.

Akcja filmu „Pasażer nr 4” rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. W pierwszych minutach obserwujemy, z poziomu wnętrza pojazdu, start statku kosmicznego, który wyrusza z Ziemi w kierunku Marsa. Załoga liczy sobie trzy osoby (wcielają się w nie kolejno Anna Kendrick, Toni Collette oraz Daniel Dae Kim. Niedługo po starcie okazuje się jednak, że na pokładzie znajduje się jeszcze jeden pasażer na gapę. Jego obecność poważnie skomplikuje całą sytuację.

Na wstępie warto zaznaczyć, że „Pasażer nr 4” to drugi pełnometrażowy film w reżyserii znanego youtubera Joego Penny.

W 2018 roku zadebiutował on znakomitym obrazem „Arktyka” z Madsem Mikkelsenem w roli głównej. „Pasażer nr 4” nie jest aż tak dobry, ale też na pewno nie można nazwać go pozycją nieudaną. Tak więc pierwszy reżyserski sprawdzian Penna przeszedł obronną ręką.

Penna znalazł dla siebie satysfakcjonującą niszę w kinie. Z jednej strony z trzyma się z dala od mainstreamu, ale z drugiej serwuje widowni ciekawe i mające masowy potencjał historie. Do tego szuka on dla nich niebanalnych środków wyrazu oraz nieoczywistych lokacji. „Arktyka”, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywała się w morderczo surowym klimacie, gdzie nieoczekiwanie znalazł się bohater grany przez Mikkelsena i musiał znaleźć sposób, by tam przeżyć.

„Pasażer nr 4” z kolei idzie o krok dalej, czy może wyżej, bo przedstawia nam opowieść rozgrywającą się w przestrzeni kosmicznej. I też na dobrą sprawę jest filmem o przetrwaniu.

Właściwie każda opowieść o lotach w kosmos, o ile nie jest space-operą na miarę „Gwiezdnych wojen” czy „Strażników Galaktyki”, jest kinem survivalowym. I jest to survival ostateczny. Dryfowanie w kosmosie to przecież bardziej ekstremalna wersja wyprawy do głębin oceanu.

Penna, który jest też współautorem scenariusza do „Pasażera nr 4”, wykorzystał świetny motyw fabularny, polegający na wrzuceniu do wcześniej ustalonego równania nieoczekiwanej zmiennej. Tą zmienną jest wspomniany wyżej pasażer na gapę.

Pierwsza połowa filmu obraca się więc wokół „oswojenia” się obu stron z jego obecnością. I sama tylko ta sytuacja daje także i widzom pole do ciekawych przemyśleń. Ów gapowicz nie znalazł się na statku celowo, tylko przez trywialny przypadek. Pojawiają się więc pytania, co wy byście zrobili, gdybyście nagle obudzili się w statku kosmicznym, który przez najbliższe dwa lata będzie dryfował w kosmosie? Czy byłaby to dla was niesamowita przygoda? A może czulibyście, że ktoś wyciął wam te dwa lata z życiorysu zamykając w puszce w śmiertelnie niebezpiecznej przestrzeni kosmicznej?

W drugiej połowie autorzy idą jeszcze dalej, jeśli chodzi o budowanie napięcia i dylematów moralnych, ale tu już nie chcę zdradzać konkretów, bo byłoby to zbyt bliskie spoilerom.

Pewnie część z was sama zresztą się domyśla, o jakie dylematy może chodzić.

Twórcy filmu „Pasażer nr 4” zręcznie unikają pułapek, które sami mogliby na siebie zastawić, zabierając się za taką tematykę. W tego typu historiach bardzo łatwo zarówno wpaść w scenariuszowe czarne dziury, jak i dać się ponieść falom melodramaturgii. Na szczęście Penna ma solidną rękę i dobre wyczucie smaku.

Joe Penna udowodnił, że jest jednym z ciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Ma coś do powiedzenia, nie obiera łatwych ścieżek i rozwija swój filmowy język. Warto więc go obserwować.

„Pasażer nr 4” nie jest jednak dziełem wybitnym. Doceniam go za ambicje, ciekawe zagadnienia, które porusza, formalną wstrzemięźliwość i inteligentne wykorzystanie przestrzeni, ale też nie prezentuje nam nic, czego byśmy już w tym gatunku science-fiction nie widzieli. Wizualnego spektaklu też się nie spodziewajcie, bo to nie tego typu kino. „Pasażer nr 4” jest kameralnym, chwilami klaustrofobicznym dramatem, który miejscami wchodzi w rejony thrillera. To nie widowisko. Co akurat jest plusem, natomiast zaznaczam to dla tych, którzy szykują się na blockbustera na miarę „Grawitacji”.

„Pasażer nr 4” jest specyficznym przypadkiem kina, do którego z jednej strony trudno się przyczepić, ale też z drugiej wydaje się iż nie realizuje w pełni swojego potencjału.

Niby wszystko jest tu na miejscu – niezły scenariusz, dobre aktorstwo, angażujący motyw dramaturgiczny. Ale zabrakło tu tego „pierwiastka wielkości”, by móc w pełni nazwać ten film znakomitym.

Tym niemniej jest to rzecz warta uwagi i z całą pewnością jeden z ciekawszych filmów bieżącego roku.

Wspomniane wcześniej aktorstwo nie tylko prezentuje dobry poziom, ale też robi pozytywne wrażenie pod względem samego castingu. I nie chodzi mi tu o Toni Collette, którą nieczęsto obserwujemy w sztafażu sci-fi, ale nawet bardziej o Annę Kendrick, którą przy okazji miło ogląda się w gatunku innym niż komedie czy romanse.

Także nieczęsto widziany na ekranie w rolach głównych, a pamiętany z serialu „Zagubieni” Daniel Dae Kim spisuje się świetnie.

Daniel Dae Kim w filmie Pasażer nr 4

Cała trójka tworzy dość nieoczywistą i świeżą grupę aktorów obsadzonych w głównych rolach, a te, szczególnie przy okazji gatunku sci-fi, często były dotąd raczej jednorodne. Tym bardziej że każda z tych postaci inaczej podchodzi do sytuacji, w której się znalazła.

Sądzę, że „Pasażer nr 4” dla wielu z was może okazać się satysfakcjonującym, choć niekoniecznie świeżym, wyborem. Tym bardziej, że kosmos i wszelkie powinowactwa z science-fiction to istotne, ale jednak tło. Sama historia z kolei stawia przed nami wszystkimi ciekawe pytania natury filozoficzno-moralnej, podane w atrakcyjnej formie. Jest to więc seans dla każdego z otwartym umysłem.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst