Filmy  /  Recenzja

„Chrzest ogniem” to film, na którym nie wysiedzicie spokojnie ani minuty

Picture of the author

„Chrzest ogniem” opowiada bolesną i tragiczną historię mężczyzny oskarżonego o wywołanie pożaru, który pochłonął życie jego trzech małych córeczek.

Na wstępie nadmienię, że jest to historia na faktach. To wszystko co oglądamy w filmie „Chrzest ogniem” wydarzyło się naprawdę.

Akcja rozpoczyna się na początku lat 90., kiedy to w niedużym domu wybucha pożar. Szybko okazuje się, że tragiczny w skutkach. W środku był bowiem mężczyzna o imieniu Cameron Todd Willingham oraz jego trzy małe córeczki. O ile Cameron wydostał się z płonącego budynku, tak jego dzieci spłonęły żywcem.

Niedługo po tej tragedii organy ścigania stwierdziły, że doszło do celowego podpalenia mieszkania, a Cameron jest głównym podejrzanym. Jego proces okazał się ukartowaną farsą opartą na poszlakach i założeniu z góry, że Willingham jest winny. Ostatecznie mężczyzna został skazany na karę śmierci. To jednak dopiero początek jego historii.

„Chrzest ogniem” na pewno nie jest filmem dla ludzi o słabych nerwach.

Tu nie chodzi nawet o to, że pokazuje rzeczy straszne, ale jest to dzieło przede wszystkim potwornie przygnębiające. Jest coś niezwykle ponurego w filmach, które poruszają tematykę skazańców w celach śmierci. Już nawet abstrahując od tego, czy przyglądamy się osobie winnej czy nie, jako widzowie siłą rzeczy, przynajmniej w pewnym stopniu, wchodzimy w skórę i psychikę głównego bohatera. A gdy ten wsadzany jest do celi, w której ma oczekiwać bestialskiego wyroku, to porusza on w naszych głowach struny dość mrocznych emocji i przemyśleń.

Nie ujrzycie w tym filmie zbyt wielu światełek w tunelu ani pozytywnych momentów. „Chrzest ogniem” powstał jako produkcja sprzeciwiająca się instytucji kary śmierci. I twórcy tego filmu nie przebierają w środkach. Robią wszystko, by wskazać nam horror tej sytuacji, jak i niedziałający dobrze system prawny, który skazuje na śmierć czasem niewinnych ludzi. Zresztą znamy podobne przypadki i z naszego „podwórka”, choćby w postaci głośnej w całej Polsce sprawy Tomasza Komendy - choć tu po latach udało odzyskać się namiastki sprawiedliwości.

Mam jednak drobny problem z „Chrztem ogniem”, gdyż im bliżej finału, tym ewidentnie coraz bardziej próbuje nas emocjonalnie szantażować.

Nawet jeśli twórcy mają serce po dobrej stronie oraz ostatecznie wnioski filmu są prawdziwe (osobiście również jestem przeciwnikiem kary śmierci), to jednak miałem poczucie, że oglądam historię przedstawioną od pewnego momentu jednostronnie i wygraną na bardzo oczywistej nucie. Finał, przy całej jego dramaturgii i horrorze, jest już szczytem grania na emocjach, chwilami wręcz w sposób bliski kiczu.

„Chrzest ogniem” wydaje się składać niejako z dwóch, nierównych poziomem, części.

Ta pierwsza, trwająca trochę ponad godzinę jest zdecydowanie lepsza. Ta druga, nie dość, że zmienia trochę bieg fabularny, dodając do równania nową postać, wypada o wiele bardziej mdło, jest też gorzej rozpisana.

To, że „Chrzest ogniem” mimo wszystko świetnie się ogląda jest zasługą dwóch rzeczy.

Pierwsza to historia, która, choć zabrzmi to może trochę nieczule, jest samograjem.

Druga kwestia to aktorstwo, a przede wszystkim kapitalna rola główna Jacka O’Connella.

Nie gra on postaci kryształowo czystej, więc idealnie potrafi wyłuszczyć ciemne strony swojej postaci, ale jest też równie przekonujący jako człowiek mający też i dobre strony swojego charakteru, które czasem są przytłaczane przez te złe. Do tego rola człowieka, który trafia prosto do czeluści piekła, choćby tylko mentalnego, to zawsze smakowity kąsek dla aktora.

Dziwię się, że O’Connell nie jest bardziej eksploatowany w Hollywood, bo to jeden z ciekawszych aktorów swojego pokolenia, ale liczę, że jeszcze dużo dobrego przed nim.

„Chrzest ogniem” jest klasycznym dramatem sądowym oraz filmem o skazanym na śmierć człowieku. Jeśli oglądaliście już dokumenty bądź inne fabularne produkcje na ten temat, to nie znajdziecie tu nic nowego i zaskakującego. Co nie oznacza, że przed wami seans, który warto sobie darować. Tego typu historie zawsze wgryzają się w naszą psychikę, więc i tym razem tak będzie. Oczywiście jeśli czujecie się na siłach, by w ogóle mierzyć się z tym tematem.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst