Książki

„Waham się z powrotem do Saszy” – Katarzyna Bonda opowiada o nowym serialu Player Original

Picture of the author

W stacji TVN na początku kwietnia zadebiutował serial „Żywioły Saszy – Ogień”, będący adaptacją powieści „Lampiony” autorstwa królowej polskiego kryminału. Katarzyna Bonda w rozmowie z portalem Rozrywka.Blog opowiada o swojej reakcji na serial, trudnościach w pozostaniu na topie oraz przyszłości Saszy Załuskiej w jej książkach.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Żywioły Saszy TVN – pisarka Katarzyna Bonda opowiada o reakcji na serial i przyszłych planach na bohaterkę „Czterech żywiołów”.

Tomasz Gardziński: Takie rozmowy zwykle przeprowadza się przed emisją i trudno na poważnie pytać o wrażenia z adaptacji. W tym wypadku jest jednak inaczej, bo „Żywioły Saszy – Ogień” najpierw trafiły do serwisu Player. Dlatego mogę zapytać Panią o stosunek do serialu po obejrzeniu całości.

Katarzyna Bonda: Przede wszystkim cieszę się, że w ogóle doszło do tej adaptacji. Wcześniejsze propozycje ekranizacji „Lampionów” wysypywały się właśnie z powodu trudności w przełożeniu tak grubej książki na język kina. Z tym zawsze wiążą się niełatwe wybory, a tutaj filmowcy podołali zadaniu. Ale nawet jak Player wyemitował całość, to nadal się bałam i nie chciałam obejrzeć. Proszę się postawić na moim miejscu. Wymyśla pan coś, co w zasadzie nie istnieje. Tych postaci nie ma. Siedzę sobie przy swoim biurku i coś piszę. Mija kilka lat i nagle jacyś ludzie wydają grube pieniądze, żeby to zrealizować. A przy okazji wysadzają pół Łodzi (śmiech).

Była w pani potrzeba, żeby w zaangażować się w tak wielki projekt, by wyszedł „jak należy”?

Czułam odpowiedzialność całej sytuacji, ale zostawiłam filmowcom pełną wolność. Mogli robić, co tylko chcieli. Byleby mnie nie męczyli, co dany bohater miał na myśli. Wszelkie luki fabularne kazałam im samodzielnie wypełnić. Bo w tego typu opowieści to naturalne, że po wyjęciu kilku cegiełek, kilku wątków konstrukcja zaczyna się sypać. Oni musieli sobie z tym poradzić... Czy mogę być szczera?

Na niczym innym mi nie zależy.

Wszystkim mówię, żeby obejrzeli od razu dwa odcinki. Bo już przy trzecim-czwartym kupiłam tę konwencję i bardzo się w nią wciągnęłam. Aktorzy lepiej poczuli siebie nawzajem i mieli już za sobą tę wczesną „rozgrzewkę”. A pod sam koniec to w ogóle miałem wrażenie, że oglądam coś obcego. To już nie była moja opowieść. Ta historia sama z siebie zaczęła funkcjonować, co było dla mnie bardzo miłe. I teraz po obejrzeniu całości mam mnóstwo rzeczy, które mi się podobają. Jestem absolutnie zachwycona postaciami drugoplanowymi, Totalnymi zwycięzcami tego sezonu są piekarz i jego matka grani przez Aleksandrę Konieczną i Jędrzeja Hycnara. Ten wątek jest absolutnie filmowy od pierwszej sceny. Historia Saszy jest w ogóle trudna do adaptacji.

Zaczynamy #ŻywiołySaszy - będzie gorąco! 🔥

Opublikowany przez Żywioły Saszy Wtorek, 6 kwietnia 2021

Skąd bierze się ta trudność?

Sasza to bardzo skomplikowana bohaterka. Magda Boczarska poradziła sobie z nią naprawdę dzielnie. Mowa o kobiecie pełnej tajemnic, których nie wolno jej ujawniać. One są częścią jej natury. Jak zagrać tajemnicę? Dla widza niekiedy potrafi to być frustrujące. Bo nie wiemy, o co Saszy chodzi. Kim jest, co w sobie skrywa? Cały mój zamysł z „Czterema żywiołami” polegał na tym, że z każdą kolejną książką odkrywamy coraz więcej kart z życiorysu bohaterki. A przecież zawód profilera sam w sobie trudno pokazać w serialu, ponieważ polega na myśleniu, analizie i łączeniu faktów. Profiler nie rusza do akcji. To strażacy sprawdzają miejsce pożaru, a pirotechnicy zajmują się kontrolowanymi wybuchami. Rolą Saszy Załuskiej jest to wszystko spleść. Magdzie udało się to odegrać genialnie. Choć oczywiście dla mnie jako autorki zobaczenie wymyślonej przez siebie historii w takiej formie było zaskakujące.

Dlaczego?

Wydawało mi się, iż w moich książkach jest więcej humoru. I można się przy nich też trochę pośmiać. Z mojej perspektywy to literatura rozrywkowa, a twórcy serialu widzieli mnie i moją twórczość zupełnie inaczej.

Lampiony” to trzeci tom „Czterech żywiołów Saszy Załuskiej”, ale filmowcy zdecydowali się właśnie od niego zacząć. Nie było w pani obawy, że wyrwanie bohaterki ze środka opowieści zburzy misternie budowany plan na jej emocjonalny rozwój?

Zgaduję, że chodzi o efektowność tego tomu. Nieczęsto można sobie pozwolić na to, żeby podpalić miasto. Zwłaszcza tak piękne jak Łódź. Przychodzi mi też do głowy jeszcze jeden powód. Ze wszystkich książek o Saszy ta jest umiejscowiona najbardziej w czasie teraźniejszym. W tej serii bardzo żongluję czasem, a „Lampiony” dzieją się tu i teraz. Wmontowane w tę opowieść są też oczywiście retrospekcje i elementy z przeszłości, które okazują się kluczowe. Ale paradoksalnie Saszy jest tutaj najmniej ze wszystkich czterech powieści. A Duch się prawie w ogóle nie pojawia.

Czyli wracając trochę do pierwszego pytania, końcowa reakcja na całość 1. sezonu była z pani strony pozytywna?

Mam świadomość tego, że moje książki są trudne do adaptacji. Ale producenci od początku zdawali sobie sprawę z ryzyka. Kiedy rozmawiałam z Dariuszem Goczałem i Mikołajem Witem, którzy kupili prawa do ekranizacji, oni totalnie czuli historię Saszy. Dlatego im zaufałam. Prawa do książek sprzedawałam wielokrotnie, ale później powstawał scenariusz, którego z rożnych przyczyn nie akceptowałam. Dariusz i Mikołaj rozumieli Saszę. Wiedzieli, że ona nie jest „tylko” profilerem, „tylko” policjantką czy „tylko” samotną matką. Bo kluczową sprawą jest przeszłość Saszy i to jak ona na nią wpływa. Ale od zawsze problemem było jak to pokazać w serialu, żeby nie spalić tajemnicy. Dlatego tak bardzo szanuję aktorów, scenarzystów, reżyserów i producentów, że o to zadbali.

Wnioskuję po ostatnim zdaniu, że dotarły do pani pierwsze reakcji widzów, którzy „Żywioły Saszy – Ogień” obejrzeli już na Player.pl?

Wiele z nich przypomina mi reakcje po premierze „Pochłaniacza”, czyli pierwszej książki z serii. Dla polskich czytelników to było coś zupełnie nowego. O bohaterce właściwie nic nie wiedzieliśmy. Sasza poza prologiem tam nie pojawia się przez pierwszych 150 stron. A potem cała historia rozwija się w kierunku nietypowym dla naszej literatury kryminalnej. Dlatego pamiętam, że nie brakowało dokładnie takich samych głosów jak po debiucie serialu. Moje opowieści takie są po prostu. Mało w nich linearnej narracji.

Z każdym rokiem przybywa nie tylko książkowych kryminałów, ale też ich ekranizacji robionych przez stacje telewizyjne czy serwisy VOD. To pozytywne zjawisko, bo każdy ma szansę na adaptację swojej książki? Czy może wiąże się z tym większa trudność, ponieważ wymyślenie czegoś oryginalnego staje się o tyle bardziej wymagające?

Moim zdaniem to po prostu hossa, z której wszyscy się cieszymy. Jak wchodziłam do środowiska, to ono liczyło z dziesięcioro twórców kryminałów. A kobiet piszących literaturę kryminalną właściwie nie było. Wtedy sprzedawała się głównie sensacja zagraniczna. A teraz zebrało by się pewnie ze dwustu polskich autorów. Obserwowałam rozwój branży z pierwszego szeregu i traktuję ten moment jako coś historycznego. To jest naprawdę piękne, bo wpływa też na mój styl. Ja już kilka razy się jako autorka transformowałam, bo musiałam dostosować się do zmian na rynku. Był taki czas, że mogłam szczycić się mianem najbardziej pracowitej pisarki w tym kraju. A dzisiaj można by mnie określić jako super-lenia, bo są autorzy wypuszczający nową książkę co miesiąc. Nie można tego lekceważyć. Inni z kolei piszą swoje książki językiem uważanym w dawnych czasach za niedopuszczalny. Nie mówię tylko o wulgaryzmach, ale też prostym, wręcz prymitywnym słownictwie. Bardzo popularne ostatnio zrobiły się książki będące konglomeratem kryminału i elementów erotycznych. Muszę brać to pod uwagę, jeśli chcę pozostać na rynku. Utrzymanie się na topie to jest wielka sztuka.

żywioły saszy tvn
Foto: Anna Zofia Powierża

Czego nowego nauczyła się pani właśnie w kontrze do rosnącej z każdym rokiem konkurencji?

Nigdy nie byłam jakaś wylewna w mediach społecznościowych. A jednocześnie zawsze byłam orędowniczką utrzymywania kontaktu z czytelnikami. Dlatego nie miałam problemu przed pójściem do telewizji, co wtedy było to uznawane za coś obraźliwego. Ale teraz sama mam problem, żeby się przełamać i wrzucać posty o codziennym życiu. To wynika z mojego wieku. Dlatego musiałam znaleźć kompromis.

W jaki sposób udało się to pani zrobić?

Musi pan wejść na moją stronę i zobaczyć te kilometrowe posty, które co jakiś czas mam potrzebę tam wrzucić. Gdy pierwszy raz to zrobiłam, to byłam zaskoczona jak niesamowite może być to uczucie. W dobie bardzo szybkiego komunikowania się przez zdjęcia i tweety napisanie czegoś dłuższego do fanów jest czymś niezwykłym. Mój styl pisania po prostu wyklucza taką krótką formę kontaktu. Nie potrafię tworzyć nowej książki i jednocześnie na bieżąco tweetować o sytuacji politycznej. A informacje o tym, że akurat odśnieżyłam podjazd naprawdę wolę zachować dla swoich najbliższych. A mój wydawca ciągle mi powtarzał: „Pani Kasiu, pani musi się zmienić i pisać właśnie o tym odśnieżaniu. Albo dać znać, że zjadła loda i zrobić konkurs na ulubiony smak czytelników”.

Jaka była pani reakcja na takie rady?

Nie zgodziłam się, ale uznałam, że słowo jest moim narzędziem i chcę się nim od czasu do czasu dzielić. I wyszło na to, że moi fani dokładnie tego chcieli. Oczekiwali właśnie tych kilometrowych wiadomości na różne tematy. Natomiast trzeba mieć świadomość, że świat się zmienia i rynek wydawniczy też. Zamierzam dalej iść swoją drogą, choć też zdaję sobie sprawę, że być może czas największej popularność mam za sobą.

Często ma pani podobne myśli?

Teraz nie, bo pandemia mi w jakimś sensie pomogła. Zaczęłam zupełnie inaczej pracować. Koronawirus uniemożliwił mi dokumentację, na której zawsze opierałam swoje książki. Co sprawiło, że teraz szybciej pracuję. Wcześniej mocno nasycałam powieści elementami zebranymi w trakcie researchu, a bez tego czuję jakbym zaczynała coś nowego. I jest w tym uczuciu coś niezwykłego.

Na koniec chciałbym zapytać, czy wiadomo już coś pani o 2. sezonie „Żywiołów Saszy”?

Z tego co wiem, filmowcy już pracują nad kontynuacją. Trzymam za nich kciuki.

A czy w pani jest jakakolwiek potrzeba powrotu do Saszy jako bohaterki książek?

Myślę, że na razie chcę skończyć obecnie pisaną książkę. Szykuję dla czytelników coś zupełnie nowego. Ale powiem panu, że waham się z powrotem do Saszy. Nie wiem, jak będę na nią patrzeć po serialu. Czy ona nadal będzie mieć taką twarz, jaką dla niej pierwotnie wymyślałam, czy może przybierze w mojej głowie wygląd Magdy Boczarskiej? Każda ekranizacja powieści jest czymś tak sugestywnym, że bardzo mocno rzutuje na wyobraźnię. I sama nie wiem, czy będę potrafiła te sprawy oddzielić.

Drugi odcinek serialu „Żywioły Saszy – Ogień” obejrzycie 13 kwietnia o 21:30 na antenie TVN.

* Autorką zdjęcia głównego jest Marta Machej.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst