Filmy  /  Recenzja

Lucas ze „Stranger Things” uczy się życia pod okiem Idrisa Elby. Recenzujemy film „Kowboj na betonowej prerii”

Picture of the author

„Kowboj na betonowej prerii” to trochę historii o dojrzewaniu i trochę westernu w wersji współczesnej. Znany z serialu „Stranger Things” Caleb McLaughlin debiutuje w swojej pierwszej głównej roli filmowej.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

15-letni Cole (w tej roli Caleb McLaughlin) w wyniku chuligańskich wybryków zostaje wydalony ze szkoły. W skutek tych wydarzeń jego matka postanawia przekazać go pod opiekę ojca, z którym praktycznie nie utrzymuje kontaktu. Ojciec Cole’a, Harp (Idris Elba) mieszka w Filadelfii i należy do całkiem specyficznej subkultury miejskich kowbojów.

Nowość Netfliksa na szczęście nie przynależy do dość pokaźnej grupy kiepskich filmów w bibliotece streamingowego giganta. Ale też nie szukajcie w filmie „Kowboj na betonowej prerii” czegokolwiek wyrastającego ponad przeciętną produkcję o dojrzewaniu i potrzebie znalezienia swojego miejsca i zajęcia w życiu, które uchronią nas przed zboczeniem na złą drogę. Twórcom zabrakło oryginalnych pomysłów, choć to oczywiście wina materiału źródłowego, czyli książki „Ghetto Cowboy”, na której oparty jest film. Grzech pierworodny przeszedł więc i na adaptację.

Co więcej, scenariusz nie tylko jest wtórny, ale i przewidywalny. Widać to zarówno w małych jak i większych motywach przewijających się przez cały obraz.

Niepokorny Cole zachowuje się jak klasyczny zbuntowany nastolatek – robi wszystko po swojemu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, by tego nie robić. Gdy dostaje nowiutkie i święcące bielą Jordany to zakłada je, wiedząc, że będzie pracować w stajni pełnej końskiego łajna. Wszyscy wokół mówią mu, by nie zadawał się z prowadzącym szemrane interesy Smushem, ale on wie swoje i potem oczywiście czeka go bolesna nauka na błędach. Z łatwością przewidzicie, jak to wszystko się skończy.

Sama idea filmu „Kowboj na betonowej prerii” jest niezłym punktem wyjścia na docelowo udany dramat, ale nie w przypadku, gdy główny bohater podejmuje decyzje ewidentnie głupie i złe. Byleby tylko spełnić podstawowe i pozbawione kreatywności kryteria dramaturgiczne.

Jedyną oryginalną rzeczą, jaką prezentuje „Kowboj na betonowej prerii”, jest pokazanie praktycznie nieznanej szerzej subkultury czarnoskórych miejskich kowbojów w Filadelfii.

Przyznaję, że to ciekawe zjawisko społeczne. W jednej z dzielnic dużego miasta, grupka Afroamerykanów urządziła sobie tytułową betonową prerię, wraz ze stadniną koni, tuż obok normalnych budynków mieszkalnych. Szkoda tylko, że twórcy głębiej nie wchodzą w tę subkulturę, która na dobrą sprawę jest jedynie specyficznym tłem dla generycznej opowieści o dojrzewaniu i niełatwych relacjach ojciec-syn.

To, że Caleb McLaughlin potrafi grać i dobrze czuje się przed kamerą raczej wszyscy, którzy oglądali serial „Stranger Things” wiedzą. Natomiast w filmie „Kowboj na betonowej prerii” młody aktor udowadnia, że ma ponadprzeciętne możliwości i niemałe ambicje. Tym samym rola Cole’a jest świetnym startem jego filmowej kariery. McLaughlin pokazuje, że interesują go pełnokrwiste postaci, jak i również projekty skupione na ludziach, a nie wydarzeniach, w których ci ludzie są jedynie uczestnikami. To dobrze wróży jego przyszłości. To on dźwiga cały ciężar filmu na swoich barkach i, jak na 19-latka, wychodzi mu to znakomicie.

Niestety, jeśli spodziewaliście się po tym filmie większego udziału Idrisa Elby i jego interakcji z McLaughlinem, to trochę się rozczarujecie.

Elba gra tu postać drugoplanową i nie ma zbyt wiele do grania. Harp był nieobecny przez większość czasu w życiu Cole’a i nawet gdy chłopak jest już pod jego jurysdykcją, ten nadal nie poświęca mu zbyt wiele czasu.

Koniec końców „Kowboj na betonowej prerii” nie rozczarowuje na całej linii, bo dobra rola McLaughlina, solidna reżyseria i zdjęcia, oraz mimo wszystko angażująca, na dość płytkim, ale wystarczającym poziomie, fabuła dają nam lekkostrawny seans w sam raz na jeden z luźniejszych wieczorów. Jednak, jak niestety większość originalsów na Netfliksie, nie zapisze się wam w ten film w pamięci, a jedynie przeleci nie zostawiając po sobie nic wyraźnego. Może nastoletni widzowie, którzy nie widzieli dotąd zbyt wielu historii tego typu, znajdą w nim coś więcej dla siebie.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst