Film

NIEPOPULARNA OPINIA: Filmy Marvela i DC są słabe, ale oglądam je, by być na czasie

Picture of the author

Mam superbohaterskie FOMO. Nie chcę być w tyle z popkulturą, z newsami i memami, od których w social mediach i rozmowach znajomych aż huczy, więc zmuszam się do oglądania kolejnych filmów z kinowych uniwersów Marvela i DC. A nuż któryś mnie zaskoczy na plus? Większości fabuł już nawet nie pamiętam, a jedyne co pozostało w mojej głowie, to poczucie straty czasu. To błędne koło, z którego nie da się wydostać.

Podchodząc drugi raz do wersji reżyserskiej „Ligi sprawiedliwości” (za pierwszym razem było mi tak błogo, że przysnąłem), zastawiałem się: czemu to sobie robię? Film Zacka Snydera nie ma nic nowego do przekazania, przeinfantylizowana postać Flasha - jednego z moich ulubionych superbohaterów, z którym dzielę dodatkowo trzecie imię - jest irytująca, a powtarzająca się za każdym razem melodyjka po wkroczeniu Wonder Woman w kadr jest tak żenująca, że aż wywołuje nerwowy śmiech.

filmy mcu dceu
Kadr z filmu „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”

Nie oczekuję, że każda produkcja zmieni moje życie. Mogę dostać niezobowiązującą, ale przynajmniej intrygującą rozrywkę. Nie pogniewałbym się też na fajne guilty pleasure.

W przypadku „Snyder Cut” dostałem wielkie rozczarowanie, zakwasy na mięśniach żuchwy od ziewania i zmarnowany wieczór.

Nie tak dawno przełączałem kanały i natrafiłem na trzecią część „Spider-Mana” Sama Raimiego. Film został w 2007 roku zmiażdżony przez krytykę i fanów, ale teraz sprawił mi wiele radości. Szalony styl pracy kamery charakterystyczny dla Raimiego, przechodzący fazę emo Tobey Maguire oraz ogólny kicz sprawiły, że poczułem przypływ nostalgii za młodzieńczymi latami, kiedy w czasie ferii zimowych kupowałem kolejne zeszyty wydawane przez TM-Semic za kieszonkowe od babci.

Oglądałem wszystkie filmy z superbohaterami Marvela i DC. Kiedy patrzę sobie na listę produkcji podpadających pod kinowe uniwersa obu wydawnictw, nie mogę sobie przypomnieć fabuł większości tytułów. Były najwyraźniej tak miałkie, że ulotniły się z mojej głowy niczym za pstryknięciem Rękawicy Nieskończoności. „Incredible Hulk” tak się zatarł w moich zwojach mózgowych, że gdybym go teraz odpalił, to czułbym się, jakbym oglądał go po raz pierwszy. Kim był Ultron? Poproszę koło ratunkowe!

filmy mcu dceu hulk
Kadr z filmu „Incredible Hulk”

W przypadku późniejszych filmów z MCU, w których rzekomo podniósł się poziom, mam podobne odczucia. Ba! Jeżeli miałbym wskazywać te, które w miarę mi podpasowały, to byłyby to te, które cieszą najmniejszym poważaniem. Podobała mi się „Czarna Pantera”, bo miała trochę inny schemat scenariusza niż superbohaterska klasyka (za to powielała wątki z „Króla Lwa”, a ten z kolei z „Hamleta” - witajcie w kulturze remake'ów). Thanos jako boss był również wyjątkowy i świetnie skonstruowany, bo zupełnie wyłamywał się schematom szwarccharakterów i śmiało można go stawiać na równi z Darthem Vaderem. Jednak już same filmy z nim były do bólu przewidywalne.

Z kolei „Thor: Ragnarok” uważany przez fanów za niemal arcydzieło - do tego ponoć prześmieszne - wprowadził mnie w zakłopotanie: uwielbiam humor Taiki Waititi i cenię go ogromnie za jego wampirze uniwersum, ale tym razem kompletnie do mnie nie przemówił, a z kina wyszedłem wręcz smutny. Na takich „Strażnikach Galaktyki” bawiłem się przednio, aczkolwiek daleko im do mojego TOP 100 ulubionych filmów. Czy coś ze mną jest nie tak?

filmy mcu dceu
Kadr z filmu „Thor: Ragnarok”

Wniosek mam jeden: albo zostałem zgorzkniałym boomerem i wyrosłem z komiksów, albo filmy z superbohaterami stały się tak turbo-poważne, że stały się swoistą autoparodią.

Nigdy nie zrozumiem podjarki Iron Manem lub Kapitanem Ameryką. Obaj superbohaterowie stali się wręcz wzorami do naśladowania – wcale nie dla nastolatków, lecz dorosłych mężczyzn po 30-stce. Wielu z nich uważa, że są tak mężni jak lalusiowaty Steve Rogers lub tak sarkastyczni jak bezbek Tony Stark. Noszą koszulki z ich podobiznami (jak można się w ogóle chwalić takimi bohaterami nieironicznie?) i sami próbują się do nich upodobnić. Zwykle efekt jest zupełnie odwrotny. I to nie dotyczy tylko filmów Marvela. Nie wiem, skąd u facetów tak bezrefleksyjna potrzeba bycia jak Hank Moody, Rick Sanchez czy dr House.

filmy mcu i dceu
Kadr z filmu „Kapitan Ameryka”

Myślę, że filmy z MCU podobałyby mi się bardziej, gdyby nie ta cała otoczka wyjątkowości i wznoszenie ich na piedestał przez fanów.

Kolejne części przygód Avengersów i spółki nie są przecież „tylko” wytworem wyobraźni i kinematografii.  Nie podoba ci się? Nie znasz się lub masz po prostu za mały rozumek, by to ogarnąć, idź sobie pooglądaj jakieś głupie bajeczki. Tymczasem filmy z MCU są banalne, pseudointelektualne, pełne komicznego patosu, a bohaterowie sztampowi jak stąd do Asgardu.

Powyżywałem się na środowisku marvelowskim. Co z kinowym uniwersum konkurencji? Tutaj komentarz jest zupełnie zbędny i nie będę kopał leżącego. Nawet fani komiksów DC zgodnie przyznają, że praktycznie każdy film DCEU to kaszana, a „Wonder Woman 1984” była kolejnym gwoździem do trumny. I jak na ironię najlepsze opinie zebrał „Aquaman”, który przecież wcale nie pasował do kojarzonego z mrokiem świata DC.

To jest dopiero tragedia: masz ikonicznych superbohaterów walczących z własnymi demonami i arcyłotrami, ale do tej pory nie wydałeś ani jednego filmu, przy którym widzowie zachowaliby powagę niewynikającą z rozpaczy nad zbrukaniem świętości. I ciemniejsza paleta kolorów wcale w tym nie pomoże.

filmy mcu i dceu
Kadr z film „Aquaman”

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ogólnie lubię filmy i seriale superbohaterskie. Zauważyłem, że te, które najbardziej mi się podobają, muszą być paradoksalnie jak najdalej od schematów gatunkowych.

Im superbohaterskie produkcje są mniej w stylu MCU i DCEU, tym lepiej i tym większą dają mi frajdę. Jestem wielkim fanem netfliksowego „Daredevila” (szczególnie drugiego sezonu z Punisherem), trylogii Nolana o „Mrocznym Rycerzu” czy „Jokera” z Joaquinem Phoenixem. Z wypiekami na twarzy oglądałem też „Spider-Man Uniwersum”.

Kręcą mnie też produkcje bawiące się formą i nieco wywracające ją do góry nogami jak „The Boys” i „Watchmeni” (ale jako film nieodżałowanego Snydera) czy pastiszowy „Deadpool” lub „Kick-Ass” (dlatego też z niecierpliwością czekam na „Dziedzictwo Jowisza”). Dodatkowym atutem wszystkich wymienionych tytułów jest brutalność i brawura w kreowaniu swojej wizji, mająca „gdzieś” dotarcie do jak najszczerszego grona widzów. Takich obrazów mi potrzeba, bo klasycznych, stereotypowych fabuł dla całych rodzin mamy aż nadto.

filmy mcu dceu
Kadr z filmu „Deadpool 2”

A więc? Jestem w potrzasku. Z jednej strony łaknę kina superbohaterskiego. Z drugiej - już wiele razy się na nim przejechałem. Cokolwiek by mówić, to jednak ekstremalnie dochodowy biznes, więc spodziewam się, że podobnych produkcji będzie powstawać wciąż niepotrzebnie dużo. Niestety - najwięcej tych z popularnej, pełnej sprzeczności estetyki MCU i DCEU (wzniosłe treści vs. ludzie w śmiesznych strojach), która aż pęka od klisz i ani myśli o wyjściu poza utarte ramy. Można by rzec, że skoro mi to nie pasuje, to przecież nikt nie zmusza mnie do oglądania. To jednak bardziej skomplikowane.

Żyjemy w społeczeństwie, więc jeśli interesuję się popkulturą, to nie mogę od tego uciec, bo musiałbym się zamknąć w piwnicy.

Nie cierpię też nie wiedzieć, skąd się wziął easter egg, co to za postać na otaczających mnie plakatach lub co się wydarzyło we wcześniejszych częściach blockbustera, którego oglądam z ziomkami. Taki jest smutny los geeka, który chce od kina rozrywkowego czegoś więcej, ale w czasach dominacji filmów superbohaterskich nie ma wyjścia, musi zacisnąć zęby, włożyć trykot i płynąć z rażącym go prądem.

filmy mcu dceu
Kadr z filmu „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst