1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Komiksy

„The Falcon and The Winter Soldier”, czyli „mamy Kapitana Amerykę w domu”

The Falcon and The Winter Soldier: mamy Kapitana Amerykę w domu

„The Falcon and Winter Soldier” trafił dzisiaj do serwisu Disney+. Oceniamy, jak wypadł serial o dwóch przyjaciołach Kapitana Ameryki i zarazem druga produkcja z cyklu Marvel Cinematic Universe, która zawitała do serwisu Disney+.

Myszka Miki nie mogła wybrać sobie lepszego momentu na debiut serwisu Disney+. Usługa co prawda nadal nie jest dostępna (oficjalnie) w naszym kraju, ale na zachodnich rynkach to właśnie ku niej zwrócili się w dobie koronawirusa fani takich franczyz jak „Star Wars” oraz MCU. To niesamowity zbieg okoliczności, że odpowiedzialne za te marki osoby zdecydowały się zaatakować małe ekrany na chwilę przed wybuchem globalnej pandemii, która doprowadziła do zamknięcia kin.

Takim pierwszym głośnym serialem na Disney+ był „The Mandalorian”, który przywrócił wiarę fanom „Gwiezdnych wojen”. W przypadku Marvela na pierwszy ogień poszedł z kolei zwariowany „WandaVision”, czyli pierwszy serial w ramach Marvel Cinematic Universe przygotowany bezpośrednio przez Marvel Studios. Ta produkcja, która była jak „Miodowe lata” z superbohaterami w tle, przez kilka tygodni elektryzowała wyobraźnię fanów, którzy snuli najróżniejsze hipotezy.

The Falcon and The Winter Soldier”, czyli „mamy Kapitana Amerykę w domu”

Po finale „WandaVision”, który na łamach Rozrywka.blog na gorąco omawiałem, dostaliśmy chwilę na złapanie oddechu. Po dwóch tygodniach przerwy dzisiaj zadebiutował jednak pierwszy odcinek kolejnej produkcji, w której pojawią się członkowie formacji Avengers znani z ekranów kin. „The Falcon and The Winter Soldier” to opowieść o dwóch tytułowych przyjaciołach Kapitana Ameryki. Śledzimy ich losy po dramatycznych wydarzeniach z filmu „Avengers: Koniec gry”.

Falcona, czyli Sama Wilsona, zagrał ponownie Anthony Mackie (którego poznaliśmy w 2014 r. w filmie „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”), podczas gdy Zimowego Żołnierza portretuje niezmiennie Sebastian Stan (aktor po raz pierwszy wcielił się w Jamesa Buchanana „Bucky’ego” Barnesa w filmie „Kapitan Ameryka” blisko 10 lat temu). Obaj mężczyźni próbują sobie poradzić z faktem, iż Steve Rogers udał się na zasłużoną emeryturę i wracają na łono świata, który pomogli uratować.

O co właściwie chodzi w serialu „The Falcon and The Winter Soldier”?

Do tej pory z premedytacją omijałem wszelkie zwiastuny, dzięki czemu spotkało mnie kilka miłych zaskoczeń. Najbardziej cieszy fakt, iż mamy tutaj do czynienia z produkcją, która nie ma się czego wstydzić na tle kinowych filmów. Tak jak „WandaVision” to był taki typowy serial (oraz hołd dla amerykańskich sitcomów!), tak „Falcon i Zimowy Żołnierz” jest rasowym kinem akcji z wysokiej półki jeśli chodzi o scenografie, efekty itp., ale… wzbogaconym o coś więcej.

Uwaga na spoilery z „The Falcon and The Winter Soldier”.

Nowy serial Marvela, który mógłby spokojnie nosić tytuł „Kapitan Ameryka 3”, zaczyna się, a jakże, na Bliskim Wschodzie. Początkowa sekwencja pokazuje Falcona, który po pokonaniu Thanosa nadal pomaga amerykańskiej armii. Przez chwilę, oglądając jego podniebne harce na domowym telewizorze czułem się, jakbym wrócił do kina, bo Disney nie skąpił budżetu na efekty specjalne i plany zdjęciowe. Ma się wręcz wrażenie, że ta produkcja to taki podzielony na odcinki film.

Po krótkim wstępie trafiamy do Waszyngtonu, gdzie Sam Wilson wspomina Steve’a Rogersa i oddaje jego tarczę do muzeum.

Chociaż w filmie „Avengers: Koniec gry” pierwszy Kapitan Ameryka przekonywał swojego przyjaciela, że ten w pełni zasłużył, aby przejąć jego pseudonim, Sam się na to mimo wszystko nie zdecydował. Zamiast tego woli od czasu do czasu uczestniczyć w misjach dla wojska jako Falcon, a przy okazji powrócił w rodzinne strony, gdzie… stara się o kredyt. Dowiadujemy się dzięki temu więcej na temat jego siostry i siostrzeńców oraz problemów, jakie trapią Wilsonów w Delacroix.

Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że tak jak Sam Wilson musi zmierzyć się z bankierem, który nie chce udzielić mu kredytu, tak drugi z dotychczasowych pretendentów do miana nowego Kapitana Ameryki ma się jeszcze gorzej. Bucky mieszka na Manhattanie, dręczą koszmary i uczęszcza na terapię. W wolnych chwilach próbuje zadośćuczynić krzywdom, jakie wyrządził innym. Oglądanie jego przyjaźni ze starszym mężczyzną, którego syna zabił jako Zimowy Żołnierz, boli.

Po mocnym starcie „The Falcon and The Winter Soldier” wyhamowuje, ale pierwszy odcinek wystarczył, żeby zarysować zręby fabuły.

Tak naprawdę nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, a także ciągle nie wiemy, co właściwie skłoni dwóch tytułowych bohaterów do ponownego spotkania, ale najpewniej będzie to miało związek z pewnym tajemniczym meta-człowiekiem. Już na samym początku, podczas gdy Falcon w przestworzach walczył z organizacją LAF, jego pomocnik Torres próbował w cyberprzestrzeni (oraz na Ziemi) zinfiltrować ruch społeczny Flag Smashers. Na ich trop wpadł w Szwajcarii.

W chwili, gdy Bucky uciekał z randki z powodu wyrzutów sumienia, a Sam spierał się z siostrą o to, jak dysponować majątkiem zmarłych rodziców, Torres dotarł do Flag Smashersów. Podczas rabunku zorganizowanego przez tych miłośników globalizacji, którzy uważają, iż świat po Blipie był lepszym miejscem, trafia na wspomnianego meta-człowieka obdarzonego nadludzką siłą. Kim on jest? Jakie ma cele i co chce osiągnąć? Tego dowiemy się pewnie w kolejnych tygodniach.

Marvel przy tym ponownie wziął nasze oczekiwania i sobie z nich zadrwił, jak to już wielokrotnie robił w przeszłości.

Tak jak przez lata fani typowali na zastępstwo Steve’a Rogersa po wygaśnięciu kontraktu Chrisa Evansa albo Sama Wilsona, albo Bucky’ego Barnesa, bo obaj charakterystyczny kostium z flagą nosili w komiksach, tak Kevin Feige i spółka uznali, że w takim razie nie zostanie nim żaden z nich. Jakby tego było mało, serial o ich przygodach to nie jest wesoła i niezobowiązująca kolorowa bajeczka, jak niektórzy oczekiwali, a poruszane są tutaj ważkie tematy.

Serialowa forma — twórcy przygotowali sześć blisko godzinnych odcinków — pozwoliła scenarzystom skupić się nie tylko na sekwencjach akcji popychających do przodu wątek przewodni, ale również na tym, czego zwykle w kinie superbohaterskim brakuje. Udało się im pokazać, bez nadmiernego pośpiechu, jak właściwie wygląda codzienność naszych ulubionych herosów. Ta nie jest oczywiście usłana różami, a życie, a jakże, stale rzuca im pod nogi kłody.

Pierwszy odcinek nowego serialu Marvela kończy się (tak jak można było się spodziewać, od kiedy tylko Falcon oddał tarczę) na prezentacji… zupełnie nowego Kapitana Ameryki. Nie znamy jego tożsamości, ale widać pod maską, że to kolejny biały mężczyzna, tyle że z nieco odstającymi uszami. Coś czuję, że tytułowi bohaterowie będą próbowali odkryć, kim on jest, bo nie będą przesadnie zadowoleni, iż politycy próbowali dziedzictwo Steve’a Rogersa zawłaszczyć…

PS Nowy serial nie daje przy tym definitywnej odpowiedzi na pytanie, co się właściwie stało ze Steve’em, który w filmie „Avengers: Koniec gry” nie zginął, a jedynie się zestarzał, gdyż odwlekł moment powrotu do teraźniejszości z przeszłości. Dowiedzieliśmy się jedynie, iż Torres śledzi teorie spiskowe, jakoby Steve Rogers udał się z pomocą Falcona na… księżyc. Sam Wilson co prawda zaprzeczył, iż to miało miejsce, ale ja tam bym mu w pełni nie ufał!