1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Sytuacja pandemiczna otworzy nam oczy na wartość lokalnej sceny – mówi Avtomat, queerowy muzyk i producent

Niewielkie, lokalne działania są niezwykle ważne – przekonuje Avtomat. Warszawski muzyk i producent stworzył niedawno EP-kę „Gusła (Human Rites)”, która jest manifestem wkurzonej i bezradnej społeczności LGBTQ+ w naszym kraju.

avtomat wywiad

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Avtomat był jedną z osób aresztowanych 7 sierpnia 2020 r. na Krakowskim Przedmieściu w czasie protestów w obronie Margot Szutowicz. Muzyk, producent i DJ był wtedy w trakcie artystycznej rezydencji w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie. Gdy dzień później został zwolniony, niemalże prosto z aresztu pognał do CSW na zaplanowany tego wieczoru performens wieńczący rezydencję. Podsycane w tamtym czasie przez partię rządzącą złowrogie nastroje w stosunku do społeczności LGBTQ+ i aresztowanie 48 osób stały się dla queerowego producenta niemalże punktem zwrotnym – Avtomat postanowił przekuć swoją złość i bezradność w muzykę. Tak powstała EP-ka „Gusła (Human Rites)”.

Premiera EP-ki miała miejsce 6 listopada tego roku. Oprócz działalności solowej, Avtomat jest także członkiem kolektywu Oramics. Jego działania muzyczne od dawna są mocno związane ze sceną queerową. Jeden z utworów na nowej EP-ce dedykowany jest kolektywowi Stop Bzdurom. W innym twórca wykorzystuje fragment niesławnego przemówienia Przemysława Czarnka o „obronie przed ideologią LGBT”.

EP-ka to pierwsze wydawnictwo nowego labelu Tańce, założonego przez Łukasza Warnę-Wiesławskiego. Tańce promować będą rodzimą muzykę elektroniczną. Avtomat opowiedział mi o okolicznościach powstawania nowej EP-ki i o ważnej roli, jaką w zamierzeniu ma pełnić nowy label.

Avtomat – wywiad dla Rozrywka.Blog

Anna Nicz: Wspominałeś mi wcześniej, że materiał na EP-kę „Gusła (Human Rites)” powstał całkiem szybko.

Avtomat: Jedyny kawałek na tej EP-ce, który powstał wcześniej to „Nieludzie” z fragmentem wypowiedzi posła Czarnka. Numer stworzyłem w zeszłym roku w odpowiedzi na to, co działo się na Paradzie Równości w Białymstoku. Cała reszta muzyki powstała dosłownie w miesiąc. To było przełamanie blokady artystycznej. Nagle nagromadziło się we mnie tyle emocji, że nie musiałem już planować, analizować tego, co zrobię – po prostu się ze mnie wylało.

Długo trwała ta blokada?

Miałem bardzo duży problem z nadmiernym analizowaniem tego, co chcę zrobić, co będzie dobre i tak dalej. To mnie paraliżowało i powstrzymywało od dalszej pracy. Mam wrażenie, że paradoksalnie ta cała sytuacja w kraju, ten wkurw pomógł mi się przełamać, po prostu usiąść i zrobić, nie martwić się tym, jak to zostanie odebrane.

Blokada minęła po sierpniowym zatrzymaniu na Krakowskim Przedmieściu?

Pracę nad pierwszym, tytułowym numerem zacząłem podczas rezydencji w warszawskim CSW. Kawałek nie został skończony na czas przez mój areszt, więc nie mogłem wykorzystać go w perfomensie, który był zaplanowany na finisaż rezydencji w CSW. Przez aresztowanie zaczęło mi się kotłować w głowie dużo rzeczy. Pozwoliłem sobie też na przebodźcowanie wiadomościami. Spływało do mnie tak dużo złych informacji na temat przemocy przeciwko ludziom LGBT, że dostałem trzęsionki emocjonalnej i w pewnym momencie po prostu odciąłem to wszystko i zdecydowałem, że przekieruję to właśnie w muzykę.

Przebodźcowanie, nadmiar złych informacji to teraz częsty, dla wielu osób poważny problem. Jak teraz sobie z tym radzisz?

Staram się ograniczać sobie dostęp do internetu i to jest dobre wyjście, żeby zachować równowagę psychiczną w tych czasach. Drugim sposobem jest po prostu działanie, daje mi to poczucie jakiejś sprawczości, gdy jestem w stanie jakkolwiek pomóc, dodaje mi to otuchy i sprawia, że rozchwianie związane z natłokiem informacji nieco opada.

To zawsze działało u ciebie, czy ta metoda pojawiła się dopiero po sierpniowych wydarzeniach?

Zawsze, wydaje mi się, że to w ogóle uniwersalny sposób radzenia sobie. Jeżeli czujesz się bezsilna, karmisz się wiadomościami, które w dużej mierze są złe, bo złe wiadomości się klikają i dają zyski, tak jest skonstruowany internet, to tej bezsilności jedynie w ten sposób można zaradzić. Zrobić coś swojego, małego, by w jakikolwiek sposób zmienić sytuację na lepsze.

Powiedziałeś o robieniu czegoś małego. Mam wrażenie, że w ostatnich miesiącach coraz bardziej doceniamy inicjatywy lokalne.

Zgadzam się. Szczególnie, że nie na darmo mówi się, że ziarnko do ziarnka. Jest dużo takich małych inicjatyw, które ciągną tym samym wektorem, w tę samą dobrą stronę i wszystkie razem tworzą olbrzymią zmianę.

Jak w sierpniu odebrałeś zagraniczne wsparcie, które popłynęło w twoją stronę i w stronę innych osób zatrzymanych w Warszawie? Informację o twoim zatrzymaniu przekazywały zagraniczne media, m.in. portal Resident Advisor.

To było przede wszystkim bardzo zaskakujące, bo zagraniczne media zwykle nie interesują się problemami, z którymi borykamy się w Polsce. Widać to było ostatnio przy Strajku Kobiet - musiał minąć tydzień, by sytuacja została zauważona. Dopiero po tygodniu rozmawiamy porządnie z dziennikarzami, dziennikarkami na ten temat. Wiadomo, że na zachodzie mają aktualnie swoje problemy, ale wsparcie, które zostało mi okazane w sierpniu zza granicy, to było coś niesamowitego. W takich momentach, gdy ludzie zauważają, że dzieje się coś niesprawiedliwego, czujesz, że nie jesteś sama. Nie otacza cię wrogi świat, tylko są ludzie, którzy reagują. Natomiast taka realna pomoc spotkała mnie głównie ze strony naszego lokalnego środowiska. To kolejny dowód na to, że warto podtrzymywać te małe społeczności.

Powstała grupa, która próbowała ustalić, gdzie jestem, czy jestem cały, czy nic mi nie jest, żeby przekazać to mojej rodzinie, która przeżywała to przez całą koszmarną noc, właściwie koszmarną dobę – to było coś niesamowitego, nie byłem nawet w stanie tego wszystkiego przeczytać.

Twoja EP-ka to pierwsze wydawnictwo w katalogu labelu Tańce. To też świeży pomysł, czy projekt, który zaczął rodzić się już wcześniej?

Label to pomysł Łukasza Warny-Wiesławskiego, nad którym on pracował już od jakiegoś czasu. To, że będę wydawał w Tańcach, było wiadomo już w czerwcu. Już wtedy zaczęliśmy rozmowy, Łukasz już wtedy też zaczynał rozmawiać z innymi producentami. Ale gdy później usłyszał, że leje się ze mnie muzyka, powiedział: dobra, idziesz na pierwszy ogień. Łukasz jest niesamowicie interesująca osobą, a jego inicjatywy awangardą na polskiej scenie klubowej. Stawia twarde warunki, bierze tylko polską muzykę. Trzeba w końcu ten olbrzymi potencjał polskiej muzyki pokazać na szerszych wodach. Oprócz tego, że jest kuratorem całego wydawnictwa, to cały czas prowadziliśmy różne dyskusje na temat tego materiału. Namówił mnie na przykład na to, żebym nadał kawałkom polskie tytuły, z czego jestem bardzo zadowolony, bo to wprowadza polski kapitał do zagranicznej świadomości.

Myślisz, że taka inicjatywa i label były akurat teraz potrzebne na rynku? Nowy świeży twór, żeby nadać polskiej muzyce rozgłosu?

Myślę, że zdecydowanie jest potrzebny i że w ślady Łukasza pójdzie więcej osób. Artyści tworzący w Polsce muzykę elektroniczną nie mają jakiegoś wielkiego hajpu za granicą. Oczywiście można policzyć na palcach jednej ręki tych, którzy wybili się za granicą, to jest świetne. Natomiast Łukasz ma też na celu zmianę trendu, który mówi, że jeśli chcesz być docenionym muzykiem, musisz wydawać w zagranicznej wytwórni. I musisz koniecznie jeździć po zagranicznych festiwalach. Wydaje mi się, że wracamy trochę do tematu działania lokalnego, lokalnego doceniania tego, co się robi na scenie.

Przyznam szczerze, że dla mnie największą przyjemnością, jeżeli chodzi o granie na żywo jest granie w bardzo małych miejscowościach. Tam są ludzie, którzy na te imprezy naprawdę czekają. Gdy przez dwa tygodnie czy miesiąc nie mają możliwości pójścia na elektroniczną imprezę, paradoksalnie sprawia to, że są o wiele bardziej otwarci na nowości, nietypowe brzmienia. W Warszawie możesz wybrać naprawdę bardzo wąską specjalizację muzyczną, na którą masz ochotę w danym dniu. Jeżeli chcesz posłuchać ambient techno, idziesz tu, jeżeli masz ochotę posłuchać house'u, idziesz do Miłości. Mam wrażenie, że nastąpiła taka specjalizacja, która sprawia, że ludzie mają węższe horyzonty.

Pandemia, ograniczenia w kulturze, odwoływanie festiwali, brak szans na to, żeby pokazać się za granicą uzmysławia ludziom, że jednak warto inwestować w lokalność? Dzięki temu znowu docenimy małe społeczności i lokalny rynek?

Zdecydowanie tak. Mam wrażenie, że wiele osób, szczególnie DJ-ek, DJ-ów zauważa, że z powodu pandemii obudzili się z ręką w nocniku, bo nie mają swojej publiki w Polsce. To są często ludzie, którzy w jakiś sposób rozpoznawani są za granicą, ale tak mocno postawili na to zagraniczne granie i promowanie się tam, że w pewnym momencie, gdy dzieje się coś takiego jak COVID, nie bardzo nawet mają, dla kogo w Polsce grać. Bo wcześniej nie zadbali o tę publikę.

Czyli niektórzy muszą zrewidować plany na promocję i zagraniczną ekspansję?

Tak, szczególnie, że rynek muzyki elektronicznej w Polsce jest teraz olbrzymi i to jest moment, w którym ta muzyka przeżywa wielki boom i wszyscy nagle stają się DJ-ami, producentami, bo możliwości są teraz olbrzymie. Sam często produkowałem w moim pokoju. Akurat przy tym materiale tak nie jest, bo miałem kilka odważniejszych pomysłów aranżacyjnych, ale wracając do tematu - myślę, że to jest trochę szczęście w nieszczęściu. Sytuacja pandemiczna otworzy nam oczy na wartość lokalnej sceny.

Zdjęcie główne: Karolina Jackowska

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.