1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale
  4. VOD

„Miłość i anarchia” to niepozorny szwedzki kabaret z love story w tle

Szwedzki serial „Miłość i anarchia” zrywa z łatką „typowych skandynawskich produkcji”. Na próżno szukać tu mrocznych obrazków surowej przyrody, czy mrożącej krew w żyłach historii. I ten eksperyment z lekką, niepozbawioną dowcipu i pewnej dozy absurdu formą bardzo się Netfliksowi udał.

milosc i anarchia netflix recenzja

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Uwaga na spoilery!

Zarówno w literaturze, jak i od jakiegoś czasu także w filmach i serialach coraz mocniej i wyraźniej słychać pukanie twórców ze Skandynawii. Czasem jest to skupienie się na surowych klimatach tamtejszej natury, innym razem opowiadane w specyficznym stylu historie kryminalne, a niekiedy próba naszkicowania czegoś na kształt skandynawskiej duszy (vide znakomite„Miasto niedźwiedzia" HBO). Z kolei „Miłość i anarchia" — serial, który kilka dni temu pojawił się na Netfliksie, to próba wyjścia poza dotychczasowe schematy twórczości łatwo szufladkowanej jako właśnie „skandynawska". Próba udana.

„Miłość i anarchia”: dlaczego masturbacja w miejscu pracy to nie jest najlepszy pomysł?

Choć akcja toczy się w Sztokholmie, a w tle mamy również zarys szwedzkiej prowincji, to produkcja w reżyserii Lisy Langseth wychodzi dalej i w na pozór humorystycznym, a momentami wręcz kabaretowym stylu opowiada o czymś poważnym. Historię Sofie (niezła rola Idy Engvoll) poznajemy w momencie, w którym ma za zadanie odświeżyć oblicze powoli obumierającego wydawnictwa, które najlepsze czasy w podbijaniu rynku księgarni ma już za sobą. Równolegle ta ambitna kobieta prowadzi — na pierwszy rzut oka — całkiem udane życie rodzinne, wraz z mężem i dwójką dzieci.

Momentem resetu w tej, wydawać by się mogło dość błahej historii, jest zderzenie w nowej pracy z młodym informatykiem Maksem (w tej roli Björn Mosten), który przyłapuje Sofie po godzinach pracy na... masturbacji. Od tej pory oboje w dość osobliwej grze rzucają sobie kolejne zaskakujące wyzwania, w których przełamują środowiskowe konwenanse, łamią tabu, a przy okazji dodają kolorytu do sztokholmskiej codzienności między wydaniem jednej i drugiej książki. Jak można się domyślić, kontrola nad grą w pewnym momencie przestaje być sprawowana i przynosi sporo zamieszania.

Prawda czy wyzwanie? Oczywiście, że wyzwanie

Zarazem nie jest to wyłącznie zwykła dykteryjka o znudzonej życiem mężatce i nieopierzonym młokosie, który znajduje wspólny język (i nie tylko język...) z przedstawicielką starszego pokolenia. W tej zabawnej grze na wyzwania otrzymujemy zaskakująco trafne dotknięcie zjawisk, z jakimi mierzą się ci, którzy wyruszają dziś na podbój takich miast jak Sztokholm czy takich rynków pracy jak kultura. Relacja Sofie z Maksem rykoszetem zahacza o takie problemy jak powszechność tzw. umów śmieciowych, prawa kobiet, granice kompromisów przy okazji współpracy autorów książek i mainstreamowych serwisów nastawionych na zysk, wreszcie — o nieuporządkowane relacje na poziomie małżeństw, rodzin i całych pokoleń.

Rzecz jasna, nie są to wielkie i pogłębione analizy socjologiczne. Te osiem odcinków, które zaserwował nam Netflix ma w sobie i trochę kiczu, i humoru różnej jakości, a tematy poważne ledwie przemykają jako poszczególne wątki, potraktowane zresztą z przymrużeniem oka. Nie ma tu ani pochwały zakonserwowania świata sprzed lat, ani wielkiego entuzjazmu do każdej nowinki, jaką przynoszą dzisiejsze trendy.

Karykaturalni są tu zarówno nieznoszący nowości wieloletni wydawca książek, jak i ekstrawagancka lesbijka, która domaga się na wszystkich konieczności zmiany „opresyjnego” języka w najdrobniejszych szczegółach. Równie nieporadny jest młody informatyk bez mieszkania, jak i dziadek-anarchista czy mąż bohaterki, przekonany do pełnienia w stu dwudziestu procentach nakreślonych ról społecznych.

W tych karykaturach twórcy nie poszli jednak w łatwe obśmianie; drogę na skróty zastąpiła jakaś forma ciepła, z którą bohaterowie są potraktowani. Moment rytuału ayahuaski, któremu poddaje się jeden z bohaterów próbujący nacisnąć swój mały życiowy „reset" jest dobrym przykładem — w pozornie groteskowej historii widzimy jednak próbę szarpnięcia się i pewnej formy przemiany.

Nie obraziłabym się, gdyby Netflix zdecydował się na 2. sezon

Ale może właśnie ten sposób opowieści i taka nieoczywista mieszanka tematów i konwencji sprawiają, że „Miłość i anarchię" ogląda się naprawdę dobrze. Nie zdziwi mnie, jeśli prędko powstanie myśl o drugim sezonie tego miniserialu, bo zwyczajnie broni się on na tylu polach, że w zalewie kolejnych produkcji jest czymś, nad czym warto chwilę przystanąć.

Szwedzki serial jest zarówno wesołą opowiastką, w której przejrzeć mogą się (choć w krzywym zwierciadle) poszczególne grupy społeczne, jak również produkcją sygnalizującą konieczność refleksji nad sprawami poważniejszymi. I choć nie każdy musi odnaleźć się w sposobie, jaki prowadzony jest serial, to ta produkcja Netfliksa wyszła twórcom naprawdę nieźle.

Serial „Miłość i anarchia” od 4 listopada dostępny jest na platformie Netflix.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.