1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

„Przeklęta” jest lepszym serialem fantasy niż „Wiedźmin”? Odpowiedzi szukamy w tym, co łączy Króla Artura i twórczość Sapkowskiego

przeklęta wiedźmin netflix
101 interakcji
dołącz do dyskusji

Serial „Przeklęta” w ostatnich dniach zdominował ranking najpopularniejszych nowości na Netflix Polska jak żaden inny serial fantasy od czasów „Wiedźmina”. O obu produkcjach w momencie premiery krążyły jednak bardzo sprzeczne opinie. Odpowiedzi na to, która jest lepsza należy szukać w książkach Andrzeja Sapkowskiego.

W Polsce i na świecie w ostatnim tygodniu wiele mówi się o nowym serialu platformy Netflix zaadaptowanym z ilustrowanej powieści Franka Millera i Toma Wheelera. „Przeklęta” stała się dostępna do oglądania dla wszystkich widzów w miniony piątek i od tego czasu panuje w publikowanym codziennie TOP 10 najchętniej oglądanych tytułów w naszym kraju. Premierze nowej wersji arturiańskiego mitu towarzyszą jednak bardzo sprzeczne emocje i oceny. W internecie można było przeczytać zarówno teksty pochwalne, jak i bardzo negatywne recenzje stawiające tezę, że „Przeklęta” to najgorszy tegoroczny serial serwisu.

Konrad Chwast z naszej redakcji w swojej recenzji podkreślał mieszane odczucia wobec historii Nimue i osobiście mam podobne zdanie na ten temat. Nie mogłem jednak nie zauważyć wyraźnych podobieństw w reakcjach na „Przeklętą”. Identycznie świat zareagował bowiem na zeszłorocznego „Wiedźmina”. A to tylko jeden z wielu różnych powód, dlaczego obie produkcje fantasy warto zestawić i porównać. Związki między legendami o Królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu a sagą wiedźmińską sięgają bowiem początków twórczości Andrzeja Sapkowskiego. I sam pisarz dostarcza na to niemało dowód w swoim eseju „Świat Króla Artura”.

Przeklęta” i „Wiedźmin” mierzyły się z podobnymi wzywaniami, ale mają zupełnie inne mocne i słabe strony.

W obu przypadkach mówimy o produkcjach, które stanęły przed olbrzymim wyzwaniem adaptowania uwielbionych na całym świecie historii. O znaczeniu sagi wiedźmińskiej dla Polaków nie trzeba mówić zbyt wiele, bo to rzecz oczywista. Ale legendy arturiańskie również cieszą się w naszym kraju wieloletnią popularnością (choć trafiły nad Wisłę stosunkowo późno i początkowo zapewne w zmodyfikowanej, niemieckiej wersji). Doskonałe zobrazował to właśnie Andrzej Sapkowski w pierwszych akapitach „Świata Króla Artura”:

Są ludzie, którzy nie pamiętają, jak nazywał się ojciec Zeusa — mało znajdzie się jednak takich, którzy nie wiedzą, kim dla
Artura był Uter Pendragon. Są ludzie, którzy pojęcia nie mają, kim byli Jozue, Gedeon, Eliasz czy Jeremiasz — ale każdy wie, kto to był Merlin. Są tacy, którzy nie bardzo wiedzą, jak to było z tym Łazarzem z Betanii czy co dokładnie wydarzyło się podczas przyjęcia weselnego w Kanie — ale każdy wiernie powtórzy historię o wyciągnięciu miecza utkwionego w głazie lub kowadle. Są tacy, którzy nie wiedzą, co łączyło Eneasza i królową Kartaginy, a fakt, że owa królowa nosiła imię Dydona, dla wielu będzie nowością. Niewielu natomiast nie skojarzy Ginewry z Lancelotem, a sadzę, że absolutnie nikt nie zawaha się, gdy przyjdzie mu podać imię ukochanej Tristana.

Krótko mówiąc, potęga tego mitu wynika z jego magicznej atmosfery, mnogości wersji i uniwersalnego przesłania. To opowieść należąca obecnie do całej Europy (a może i świata), a jednocześnie typowo celtycka i bardzo mocno oparta na tamtejszych wierzeniach i podaniach. Coś podobnego można powiedzieć o „Wiedźminie”, który ma silne ugruntowanie w polskiej literaturze i szeroko rozumianej słowiańskości, ale jest przy tym opowieścią o bardzo szerokich inspiracjach.

Wiedźmin” i „Przeklęta” zupełnie inaczej podchodzą jednak do swoich obowiązków jako adaptacji.

Wszyscy zapewne pamiętamy gniew prawicowej części polskiego internetu na widok trzecioplanowych aktorów czarnoskórych w jednej ze scen premierowego odcinka. Miało to być rzekomo zapowiedzią niszczenia słowiańskiej historii przez poprawność polityczną serwowaną przez Netfliksa. Z perspektywy czasu należy jednak powiedzieć, że tamte głosy były nie tylko rasistowskie (to akurat było oczywiste od początku), ale też absolutnie niezgodne z prawdą. Bo „Wiedźmin” był adaptacją na tyle wierną środkowoeuropejskiej estetyce, na ile amerykańskie serial w ogóle może być.

Zupełnie inaczej jest z „Przeklętą”. Nowa produkcja Netfliksa poczyna sobie ekstremalnie swobodnie z kulturową bazą mitu o Królu Arturze. To dzieło jakby wyrwane z czasu i swoich korzeni. Staroceltyckie wierzenia, historyczny Rzym, współczesna polityka tożsamościowa, estetyka teen drama i autorskie fantasy od duetu Miller/Wheeler mieszają się tutaj w ciężkostrawnym miksie. Poszczególne elementy tego serialu pasują do siebie niekiedy jak pięść do nosa.

Z „Wiedźminem” nie było tego problemu również dlatego, że to historia głęboko polityczna.

Takie tematy jak rasizm, emancypacja kobiet, odpowiedzialne rodzicielstwo czy przemoc stanowią podstawę tekstów Andrzeja Sapkowskiego, więc pokazanie ich na ekranie nawet w nieco zmodyfikowanej wersji nie czyni problemu. W „Przeklętej” mówi się o nich ze zdecydowanie mniejszą gracją poprzez wprowadzenie sztucznego i obcego dla pierwotnej historii wątku Czerwonych Paladynów.

Rzecz w tym, że w przeszłości powstawały wersje mitu arturiańskiego zarówno stricte chrześcijańskie, jak i patrzące z sympatią w stronę wierzeń pogańskich. Obie strony tworząc je rozumiały jednak, na czym polegała rywalizacja między starszymi wierzeniami i nową religią. „Przeklęta” ogranicza się zaś do współczesnego religijnego fundamentalizmu. W krótkim opowiadaniu Sapkowskiego zatytułowanym „Maladie” jest więcej zrozumienia tego kluczowego dla legendy Króla Artura wątku niż we wszystkich odcinkach „Przeklętej”. I to razem wziętych.

„Przeklęta” ma jednak też pewne przewagi nad opowieścią o Geralcie z Rivii. I też stoi za nimi Netflix.

Wyraźnie widać, że na poziomie realizacyjnym „Wiedźmin” pozwolił się wiele nauczyć platformie streamingowej. Serial Lauren S. Hissrich wielu osobom wydał się nieco pusty. W większości odcinków trudno było uwierzyć, że ten świat funkcjonuje, gdy na ekranie nie ma głównych bohaterów. Poszczególne postaci pierwszoplanowe i drugoplanowe miały swoje momenty, ale sam Kontynent był niemalże sterylny. Oczywiście, wynikało to do pewnego stopnia z ograniczeń budżetowych, ale też nastawienia scenarzystów, którzy nie podjęli odpowiednich prób. A przecież proza Andrzeja Sapkowskiego pod tym względem jest absolutnie mistrzowska.

Świat „Przeklętej” jest w wielu punktach wewnętrznie sprzeczny, ale jako epickie fantasy sprawdza się lepiej niż 1. sezon „Wiedźmina”. Mnogość lokacji, większa chęć w pokazywaniu szerokich planów, odniesienia do historii i zwrócenie uwagi na zwykłe życie bohaterów epizodycznych – wszystko to pozwala zbudować bardziej wiarygodne otoczenia dla wydarzeń oglądanych na ekranie. Oczywiście, „Wiedźmin” miał nieco utrudnione zadanie, bo opierał się w większości na oderwanych od siebie opowiadaniach, ale tak czy inaczej w kolejnej odsłonie produkcji należałoby zwrócić na to zdecydowanie większą uwagę.

Obie produkcje kryją w sobie duży potencjał, ale nie brak w nich elementów wymagających koniecznej naprawy. Natomiast mimo wszystko nie sposób ukrywać, że to „Wiedźmin” ma większy potencjał do wzrostu. Zwyczajnie dlatego, że trzyma się mimo wszystko bliżej oryginalnej opowieści. „Przeklęta” odrzuca zbyt wiele istotnych fundamentów arturiańskich legend i zastępuje je zdecydowanie gorszymi odpowiednikami, żeby faktycznie móc zapanować nad wyobraźnią milionów ludzi. Nawet jeśli w wielu momentach ogląda jej wizualną stronę się z większą przyjemnością niż w przypadku adaptacji sagi o Geralcie z Rivii.