1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Nowa szkoła, aż nazbyt miły ojczym oraz superbohaterska laska — oto „Stargirl” w pigułce

stargirl dc universe cw hbo go serial recenzja

Najnowszy serial na podstawie komiksów wydawnictwa DC nie skradł mojego serducha. „Stargirl” to festiwal odgrzewanych kotletów oraz ogranych klisz.

Oferta amerykańskiej stacji CW oraz współpracującej z nią blisko platformy DC Universe, a zarazem należącego do tej samej grupy medialnej HBO, poszerzyła się o nowy serial o superbohaterach. „Stargirl”, bo taki tytuł nosi ta produkcja, zadebiutowała w poniedziałek w Stanach Zjednoczonych, a wczoraj w naszym HBO GO.

Świeżutki jeszcze serial powstał jako wspólny projekt CW i DC Universe i to widać. Jest czymś pośrednim pomiędzy campową już serią „Arrowverse”, a nieco świeższymi i bardziej wymuskanymi serialami dystrybuowanymi głównie na multimedialnej platformie DC takimi jak „Titans”, „Doom Patrol” i „Swamp Thing”.

Do kogo kierowany jest serial „Stargirl”?

Nawet biorąc poprawkę na to, że tym razem jako ponad 30-letni facet nie trafiłem do grupy docelowej superbohateskiego serialu — bliżej do niej jest o połowę młodszym ode mnie dziewczynkom — dobrze nie jest. „Stargirl” to taka generyczna opowieść o dorastaniu po przeprowadzce do nowego miasta.

Główna bohaterka, Courtney Whitmore, to z kolei taka typowa 15-latka. Wraz z matką i wyrozumiałym aż do przesady ojczymem przeprowadza się do nowego miasta, gdzie trafia do nowej szkoły. Dziewczyna fascynuje się gimnastyką i jest outsiderką, ale ma dobre serce — instynktownie staje w obronie słabszych.

To pewnie dlatego pewna świecąca laska wybiera Courtney na spadkobierczynię dziedzictwa całego Justice Society.

Z pomocą tego artefaktu, który bardziej od kosmicznej broni przypomina skrzyżowanie zwierzątka domowego z McGuffinem wszelkich McGuffinów, młoda dziewczyna już w pilocie gra na nosie miejscowym chuliganom. Ściąga tym samym na siebie uwagę złoczyńców, którzy ukrywali się w tej okolicy od dekady.

Członków tej złowrogiej grupy, czyli Injustice Society, trudno jednak traktować poważnie. Złoczyńcy rodem z komiksów z początków ubiegłego wieku są jeszcze bardziej przerysowani niż wariatka Alice walcząca z Kate Kane oraz gadający Goryl Grodd będący przeciwnikiem Barry’ego Allena.

Na szczęście na potrzeby „Stargirl” powołano do życia zupełnie nowe serialowe uniwersum.

W crossoverze seriali z serii „Arrowverse” o nazwie „Crisis on Infinite Earths” multiwersum z perspektywy bohaterów takich seriali jak „Arrow”, „The Flash”, Supergirl”, „Legends of Tomorrow”, „Black Lightning” i „Batwoman” przestało istnieć, ale wiemy, że to nie prawda. „Stargirl” jest zaś tego dowodem.

Czytaj też:

Akcja nowego serialu rozgrywa się w kolejnej alternatywnej rzeczywistości i to nie bez powodu. Pozwoliło stacji CW wprowadzić nową wersję zarówno Stargirl, którą pierwotnie w „Arrowverse” w ramach „Legends of Tomorrow” zagrała Sarah Grey, jak i całej organizacji Justice Society of America.

Ta grupa w komiksach broniła obywateli Stanów Zjednoczonych przed złem i występkiem na długo przed Ligą Sprawiedliwości.

Niestety nie spędziliśmy z członkami Justice Society z Earth-2 zbyt dużo czasu. Twórcy serialu „Stargirl” pozbyli się już ich w prologu, a cała produkcja opiera się na założeniu, że ta pierwsza grupa ziemskich superbohaterów została 10 lat temu. Nie oznacza to jednak, że akcja serialu osadzona jest w przeszłości.

W tej inkarnacji Justice Society działało zaraz po drugiej wojnie światowej, a na początku obecnego tysiąclecia. Mimo to „Stargirl” stara się mieszać styl retro z nowoczesnością i całkiem nieźle to twórcom wychodzi. Niestety cała ta otoczka to za mało, gdy w scenariuszu klisze poganiają banały:

  • serdeczny, cierpliwy i niedoceniony przyjaciel domniemanego ojca głównej bohaterki wiąże się jej z matką;
  • osierocona przez ojca dziewczyna pyskuje temuż bardzo wyrozumiałemu ojczymowi;
  • samochód należący do nowego ojca rodziny z brakiem poczuciem własnej wartości to robot;
  • karykaturalny przyrodni brat głównej bohaterki jest jej optymistycznym przeciwieństwem;
  • do stolika wyrzutków na stołówce szkolnej zasiadają dzieciaki, którzy się (jeszcze) nie znają;
  • wredna przewodnicząca cheerleaderek nagabuje nową uczennicę, by zaraz potem z niej drwić;
  • bohaterki wdaje się w spór z synem wpływowego biznesmena, który jest przerażającym złoczyńcą.

Nie brzmi to niestety ani przesadnie odkrywczo, ani angażująco i… bynajmniej takie nie jest. W dodatku ta kosmiczno-magiczna laska głównej bohaterki, która żyje własnym życiem, to już taka typowa do bólu deus ex machina. Z tego powodu naprawdę trudno jest wykrzesać z siebie tu jakiekolwiek emocje.