1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. VOD

Nie wydawajcie pieniędzy bez sensu. Nowe serwisy VOD takie jak Quibi i Apple TV+ nie są na razie warte waszego czasu

Każdy nowy gracz na rynku VOD ma jedną, nadrzędną ambicję – pobić Netfliksa. Niedawne premiery nowy platform do streamingu wideo pokazały jednak jak bardzo błędne jest takie myślenie. Disney+, HBO Max i Quibi to drogie i w dużej mierze puste serwisy, których przynajmniej na razie zupełnie nie opłaca się mieć.

Nowe serwisy VOD to strata czasu. Oferta HBO Max i Disney+ jest słaba

Netflix to absolutny hegemon w świecie streamingu i całej amerykańskiej branży rozrywkowej. Można mieć różne opinie na temat jakości produkowanych przez niego filmów i seriali, a także doszukiwać się pewnych słabości w metodach dystrybucji i designie aplikacji, ale koniec końców i tak wiadomo, kto jest królem VOD. Firma doskonale zdaje sobie sprawę z gustów swojego przeciętnego odbiorcy, świetnie orientuje się w świecie marketingu (ostatnio dała temu dowód wsparciem polskiego przemysłu filmowego na okres pandemii) i systematycznie zwiększa swój prestiż w hollywoodzkim świecie.

W takiej sytuacji trudno jednak nie odczuć potrzeby większej konkurencyjności między poszczególnymi serwisami VOD. Monopol jednej korporacji najzwyczajniej w świecie nie opłaca się użytkownikom. Dlatego wielu widzów, ekspertów czy dziennikarzy od samego początku bardzo mocno kibicowało pomysłom na Disney+, Apple TV+, HBO Max czy Quibi. Większa konkurencja miała przynieść lepsze produkcje, zażartą rywalizację cenową i świeżość, jakiej rynek VOD bardzo potrzebował.

Disney+, Quibi i Apple TV+ zadebiutowały już w wielu krajach świata. I nie spełniły pokładanych w nich nadziei.

Spośród czterech wymienionych wcześniej platform tylko dwie są na ten moment oficjalnie dostępne w Polsce – Apple TV+ i Quibi. W dzisiejszych czasach założenia konta na zagranicznym serwisie VOD za pomocą dobrego programu do VPN nie jest jednak niczym wybitnie skomplikowanym. I nie brakuje widzów z Polski, którzy w taki sposób sprawdzili ofertę Disney+. HBO Max dołączy do klubu za nieco ponad dwa tygodnie, ale tu zainteresowanie będzie zapewne dużo mniejsze, gdyż serwis nie będzie na początku różnić się bardzo od naszego HBO GO. Plus nie może liczyć na podobną rozpoznawalność, co projekt Disneya.

Wgląd w biblioteki i cenniki wszystkich tych platform dosyć szybko stawia jednak potencjalnego użytkownika przed pytaniem: „Po co kupować tam dostęp?”. I jest ono absolutnie niezbędne, bo w każdym z wymienionych przypadków zestawienie z Netfliksem wypada niezwykle blado. Dlaczego nowe serwisy VOD są tak nieopłacalne? Można znaleźć kilka powodów takiego stanu rzeczy.

WarnerMedia, Disney i Apple rzuciły wyzwanie firmie Netflix i teraz płacą za to frycowe. Bo powinny mieć ambicje znacznie bliższe początkom tego serwisu.

Netflix bynajmniej nie miał tak mocnego statusu, gdy rozpoczynał swoją międzynarodową działalność. Osoby zakładające konto tuż po jego wejściu do Polski pamiętają na pewno stosunkowo skromną bibliotekę, brak polskich napisów i lektora, a nawet niedobór największego hitu. Bo przecież firma sprzedała prawa do pokazywania „House of Cards” stacji Ale Kino i nie mogła z początku pokazywać produkcji z Kevinem Spaceyem na swojej własnej platformie.

Te skromne początki z czasem zamieniły się jednak w globalną dominację. Udało się to dzięki inteligentnej strategii i dużej cierpliwość. A tej ostatniej cechy zdecydowanie brakuje konkurentom Netfliksa, którzy chcą zdobyć olbrzymi kawałek tortu już na starcie. Nie zrozumcie mnie źle, nie dziwię się wcale ambicjom takich korporacji jak Disney czy WarnerMedia. Problem w tym, że w pewnym sensie zatrzasnęły się one w pułapce.

Do rywalizacji z Netfliksem potrzebna jest olbrzymia biblioteka istniejących i nowych produkcji, głośne nazwiska twórców oraz aplikację zdolna to wszystko pomieścić. Osiągnięcie takiego poziomu wymaga jednak olbrzymich inwestycji na długo przed tym, zanim ujrzy się zwrot w postaci zysków. Żadna firma nie może sobie pozwolić na wyrzucanie pieniędzy w błoto, więc musi znacząco ograniczyć pierwszą transzę nowości i jednocześnie przerzucić część kosztów na odbiorców. Końcowy efekt jest łatwy do przewidzenia, choć równie bolesny.

Widzowie dostali serwisy VOD, które są za drogie, mają mało oryginalnych treści i problemy techniczne.

Disney+ po jakimś czasie poradził sobie z wczesnymi problemami technicznymi, ale korzystanie z Apple TV+ bez któregoś z urządzeń firmy wciąż jest prawdziwą męczarnią. Trochę śmieszne, a trochę straszne są też tłumaczenia założycieli Quibi. Jeffrey Katzenberg w niedawnym wywiadzie dla New York Timesa zrzucił całą winę na niezadowalający start aplikacji na pandemię koronawirusa. Quibi ze swoimi krótkimi odcinkami miało według pierwotnego planu stanowić idealne źródło rozrywki dla osób podróżujących metrem czy komunikacją miejską.  O ile jednak przewidzenie zasięgu koronawirusa było trudne do przewidzenia, o tyle brak jakiegokolwiek planu B czy podstawowych udogodnień w postaci wersji na Smart TV lub przeglądarkę to kompromitacja nowego serwisu.

Quibi cierpi też oczywiście z powodu bardzo ubogiej listy nowości na starcie. To choroba łącząca wszystkie nowe serwisy VOD. Nie chodzi nawet o to, że HBO Max, Disney+ czy Apple TV+ nie zapowiedziały żadnych ciekawych projektów. Ale znaczna większość spośród nich nie była/będzie dostępna w momencie premiery. Widzowie będą musieli czekać jeszcze długi miesiącami zanim na Quibi trafi dokument braci Russo o rywalizacji Marvela i DC, HBO Max dostanie odcinek specjalny „Przyjaciół”, a na Disney+ pojawią się seriale MCU.

Powyższe problemy w połączeniu z wygórowaną ceną sprawiają, że zakup subskrypcji na tych serwisach zaczyna się opłacać najwcześniej po roku.

Najlepszym przykładem jest tu właśnie platforma wytwórni Disney. Właśnie minęło pół roku od jej startu na terenie USA, a mimo to nadal boleśnie odczuwany jest tam brak nowości. Jeżeli nie jest się fanem klasycznych animacji tej firmy (lub nie ma się dzieci lubiących produkcje Disney Channel i Disney XD), to tak naprawdę nadal jedyną zachętą do założenia konta na Disney+ jest „The Mandalorian”. Oczywiście, pojawiło się tam też kilka innych nowości, ale nic zdolnego uchwycić wyobraźnię masowego odbiorcy. A Netflix (cokolwiek by o nim myśleć) absolutnie to potrafi. Dlatego przynajmniej na ten moment nikt nie może mu zagrozić.