1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Filmy, których nie znasz i nie musisz, czyli jak przestałem wstydzić się swoich zaległości

Zaległości filmowe. Nie ma się czego wstydzić, będzie ich więcej

„Stalker”, „Pani zemsta”, „Opętanie”, „39 kroków”, „Amadeusz” i „Avatar” – to tylko wierzchołek góry lodowej nieobejrzanych przeze mnie filmów. Od jakich tytułów zaczęlibyście swoją listę wstydu?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Czytając dużo tekstów na temat kina, łatwo popaść w kompleksy. W dobrych recenzjach krytycy potrafią przenieść nas do świata filmu, umieszczając go w kontekście najpierw kilku innych produkcji należących do tego samego gatunku, potem paru podejmujących podobny temat, a na koniec jeszcze ocierać się o teorie autorskości, odnosząc dany tytuł do poprzednich pozycji sygnowanych nazwiskiem jego reżysera. Wymaga to nie lada sprawności w pisaniu i ogromnej wiedzy, którą zapewne każdy z nas chciałby posiadać.

Zamiast tego z każdym przeczytanym tekstem, nasze listy wstydu rosną.

Kiedyś patrzyłem na swoją, czując do siebie odrazę. W końcu nie widziałem mnóstwa filmów, które znać powinienem. Chociaż zarywałem noce, aby je nadrabiać, zaległości zamiast ubywać, mnożyły się. Teraz czuję, że się z nimi zaprzyjaźniłem. Pogodziłem się z tym, że nieważne jakbym się nie starał, nigdy ich nie nadrobię. Życia by mi zabrakło.

Wpływ na moje podejście do zaległości miały dwa wydarzenia. Zacznę od końca, bo ostatnie z nich było bezpośrednią inspiracją do tego tekstu. Rozmawiając z jednym znajomym jak zwykle przerzucaliśmy się tytułami obejrzanych filmów i nazwiskami tyle co odkrytych reżyserów. Ja podałem mu kilka pozycji, które powinien zobaczyć, a on mi parę innych. I tak toczyła się dyskusja. Jak zawsze obyło się bez wstydu, że któryś z nas czegoś nie widział, bo zaraz okazywało się, że drugi nie widział czegoś innego.

Ta rozmowa skłoniła mnie jednak do zastanowienia się nad istotą zaległości.

Skąd wynikał ten brak wstydu? Jak wspomniałem, jeszcze parę lat temu moje kompleksy pewnie nie zmieściłyby się ze mną w pokoju. Teraz podszedłem do nieobejrzanych filmów całkowicie na luzie. Czy wynikało to z nabytej podczas oglądania kolejnych tytułów pewności siebie? Nie, na pewno nie. I wtedy przypomniał mi się pewien felieton Michała Oleszczyka, w którym podejmuje on właśnie temat zaległości filmowych.

Czytałem ten tekst, kiedy został opublikowany, a było to w czasach, kiedy wciąż próbowałem obejrzeć wszystkie filmy świata. To on pomógł mi w dużej mierze wyzbyć się kompleksów z powodu zaległości. Jak pisze Oleszczyk, sama wiedza o ich istnieniu stanowi „kapitał i legitymizację naszej pasji”. Trudno o lepsze ujęcie istoty rzeczy.

po co czytamy recenzje

O wiele łatwiej by nam było, gdybyśmy nie zdawali sobie sprawy z oceanu nieobejrzanych filmów. A ten przecież powiększa się z każdym dniem, z każdą chwilą. Dzisiaj pewnie jeszcze szybciej, niż w momencie publikacji przywołanego tekstu. Nie wystarczy śledzić kinowych nowości. Trzeba mieć na względzie produkcje sygnowane znaczkami mnożących się serwisów VOD. Nie ma szans na oglądanie wszystkiego, a o nadrabianiu klasyki w międzyczasie można już w ogóle zapomnieć.

Chyba nikt nie zaprzeczy, że liczba filmów, które chcielibyśmy obejrzeć jest odwrotnie proporcjonalna do tych, które już widzieliśmy. Z klasyką jest o tyle łatwiej, że należące do niej tytuły są bardzo dobrze opisane. Możemy o nich czytać i perorować ze znawstwem godnym uniwersyteckiego wykładowcy. Z dwóch powodów warto jednak je nadrabiać. Po pierwsze w przeciwnym razie w małym stopniu przyczynialibyśmy się do rozrostu kultury „nie znam się, to się wypowiem”, a po drugie, ich obejrzenie zajmie mniej czasu niż dobre ich poznanie z książek i tekstów w internecie.

Wiedza o zaległościach świadczy przede wszystkim o naszej kinofilii.

Wiedza o zaległościach, ich pośrednia znajomość tak jak oceanem wstydu, jest też morzem możliwości. Kino okazuje się tak bogatym i fascynującym medium, że powinniśmy cieszyć się z każdej szansy na poznanie jego nieodkrytych do tej pory zakamarków. Dlatego niech lista zaległości rośnie sobie z prędkością krótkodystansowca, a my nadrabiajmy kolejne tytuły, jakbyśmy brali udział w maratonie.