1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. VOD

Oscary i Netflix to jeszcze długo nie będzie udany związek. Serwis VOD na 24 nominacje zdobył tylko 2 statuetki

netflix oscary 2020 wygrane

Nie jest tajemnicą, że najbardziej konserwatywni przedstawiciele amerykańskiego środowiska filmowego nie są wielkimi fanami streamingu. Netflix zdołał jednak przebić się do hollywoodzkiej śmietanki i systematycznie zdobywa coraz więcej nominacji do Oscarów dla swoich produkcji. A mimo to tegorocznej ceremonii szefowie firmy nie uznają za udaną.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Siła przebicia największej platformy streamingowej na świecie jest zdecydowanie godna podziwu. Od 2014 roku Netflix zdobywa coraz większe poparcie dla swoich projektów i skuteczniej lobbuje za nominacjami dla nich. Początkowo firma działała przede wszystkim w zakresie produkcji dokumentalnych (do dzisiaj jest zresztą uznawana za dobry dom dla dzieł non-fiction), ale dwa lata temu doszło też do przełomu w kontekście produkcji fabularnych. „Mudbound” doczekał się pierwszych nominacji w kategoriach scenariuszowych i aktorskich.

Rok później było jeszcze lepiej dzięki „Romie”, a podczas 92. ceremonii rozdania Oscarów szansę na zdobycie statuetek miały: „Irlandczyk” (10 nominacji), „Historia małżeńska” (6), „Dwóch papieży” (3) oraz „Klaus”, „Zgubiłam swoje ciało”, „Amerykańska fabryka”, „Krawędź demokracji” i „Pokonani przez życie” po jednej. Łącznie te 24 nominacje – Netflix zdobył ich więcej niż jakakolwiek klasyczna wytwórnia filmowa – przełożyły się na zaledwie dwa triumfy.

Oscary zdobyli twórcy dokumentu „Amerykańska fabryka” oraz Laura Dern za drugoplanową rolę kobiecą w „Historii małżeńskiej”.

Trudno tego nie rozpatrywać w kategorii jeśli nie porażki, to olbrzymiego rozczarowania. Serwis przygotował naprawdę długą listę godnych uwagi produkcji, zaangażował największe nazwiska w branży, znalazł nowe sposoby promocji i wydał setki milionów dolarów na marketing swoich filmów. A mimo to nie liczył się w żadnej z najważniejszych kategorii.

Szczególnie bolesne, choć od kilku tygodni łatwe do przewidzenia była całkowite zignorowanie „Irlandczyka” Martina Scorsese. To właśnie przy tym projekcie Netflix podjął olbrzymie ryzyko, nie tylko finansowe, żeby magia „Marty'ego” oraz wybranej przez niego obsady przyniosła im w końcu najcenniejszego Oscara dla najlepszego filmu w danym roku.

Innowacyjność to obecnie zdecydowanie nie jest słowo-klucz, którym kierują się akademicy.

Platforma VOD nie była w stanie ani w poprzednim, ani w tym roku przebić się przez mur standardowych i schematycznych do bólu wyborów Amerykańskiej Akademii Filmowej (udało się tylko koreańskiemu „Parasite”). Dlatego najlepszą aktorką pierwszoplanową wybrano Renee Zellweger za biograficzną „Judy” zamiast Scarlett Johansson, a pozostali członkowie obsady rodzinnego dramatu również musieli obejść się smakiem.

Nie ma sensu też ukrywać, że jakkolwiek „Toy Story 4” jest najlepszym filmem Pixara od lat i stanowi udane zwieńczenie serii, to właśnie „Klaus” i „Zgubiłam moje ciało” znacznie bardziej posuwają sztukę animacji do przodu. Więc taki a nie inny wybór w tej kategorii również trąci myszką. I jakkolwiek „Irlandczyk” wydaje się filmem, którego widzowie albo kochają, albo nienawidzą, to trudno całkowicie pominąć technologiczne nowinki wykorzystane w tej produkcji. Nawet jeśli często efekt finalny ocierał się o uncanny valley.

Niechęć do streamingu wciąż jest duża, o czym świadczą choćby żarty z serwisów Netflix i Amazon.

W teorii to drobnostka, bo podczas gali rozdania Oscarów co roku pada całe mnóstwo ciętych (i przeważnie kompletnie nieśmiesznych) dowcipów. Podobnie było i tym razem. Nie ma więc sensu się jakoś szczególnie obrażać na uczestników tego wydarzenia. Problem w tym, że uszczypliwości w stronę Netfliksa często sprawiają wrażenie ostatniej deski ratunku starej gwardii Hollywood.

To strategia w myśl zasady: „Jeśli nie możesz ich pobić, to zacznij się z nich śmiać lub ich ignorować”. Obie metody były w ostatnich latach wykorzystywane przeciwko platformie VOD i przynajmniej na razie nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się poprawić. A dzisiejsze wydarzenie pokazało jasno i wyraźnie, że dopóki konflikt między Netfliksem a wpływową częścią środowiska filmowego nie zostanie zażegnany, to o wielkich triumfach serwisu nie może być mowy.