Filmy  /  Felieton

Nostalgiczne sequele zalewają kina i ten trend zawitał również do Polski. Twórcy tych filmów nie rozumieją jednej ważnej rzeczy

Picture of the author

Hollywood osiągnęło mistrzostwo w wykorzystywaniu nostalgii, aby sięgać do naszych portfeli. Co chwilę swoją premierę mają wariacje na temat hitów sprzed lat, ich rebooty, remaki czy spin-offy. Najsilniejszym ciosem poniżej pasa są jednak suquele ukazujące się co najmniej dekadę po premierze poprzedniej części. I ten trend pojawił się również w Polsce.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Jesteśmy już przyzwyczajeni, że na ekranach naszych kin goszczą znani i lubiani przed laty bohaterowie. Z plakatów nagabują nas twarze postaci, które wielbiliśmy dekadę temu, a od tamtej pory nie mieliśmy z nimi do czynienia. Wskrzeszanie dawnych idoli w XXI zdaje się domeną Hollywood. Amerykańscy twórcy co rusz próbują zmonetyzować naszą tęsknotę za „starymi, dobrymi filmami”. Oczywiście wychodzi to z różnym skutkiem. Na każdy udany powrót do jakiegoś pomysłu, przypada kilka gniotów. Bo kierowani niewłaściwymi pobudkami reżyserzy zza oceanu często mylą się w ocenie potrzeb publiczności. Zapominają, że ta, tak jak gatunki, ewoluowała i oczekuje już czegoś innego.

Nostalgiczne Hollywood

Jak już przekonywaliśmy na naszych łamach, nostalgia w Hollywood wcale nie jest nowym zjawiskiem, a wiele z cenionych dziś dzieł w rzeczywistości jest remiksem starych pomysłów. Weźmy chociażby, będące podwalinami współczesnego blockbustera, nazwane tak przez prof. Jerzego Płażewskiego, Kino Nowej Przygody. Co w latach 70. zrobili Steven Spielberg i George Lucas? Zaczęli realizować filmy, które sami oglądali w młodości. Oczywiście, mieli lepszy sprzęt od swoich poprzedników, większe budżety i nieraz kompetencje artystyczne. Jednakże przerabiali oni motywy, historie i gatunki popularne w telewizji oraz kinie jakieś dwie dekady wcześniej.

Takie podejście wciąż wydaje się dominujące w amerykańskiej kinematografii. Pod tym względem Hollywood sprawia wrażenie samonakręcającej się spirali powracających pomysłów. Problem polega na tym, że nieraz zjada przez to własny ogon. Naprawdę, nie mam nic przeciwko, kiedy reżyserów popycha twórcza nostalgia i próbują przetłumaczyć niemal zapomniane zabiegi czy motywy ze swojej młodości na współczesny język kina. Od lat przecież świetnie robi to Quentin Tarantino. On przerabia gatunkowe klisze, napełniając je świeżym powietrzem. Doprowadza ramy konwencji do absurdu, wykorzystując w tym celu każde możliwe narzędzie podwójnego kodowania łącznie z wyborami castingowymi.

Nie jest to więc do końca tak, jak wzorem Rona Howarda uważaliśmy w zeszłym roku, że może nastąpił przesyt nostalgią i po prostu mamy dość odgrzebywania starych pomysłów. Powiedziałbym raczej, że mamy dość złego odgrzebywania starych pomysłów i bazowania na nostalgii bez artystycznego pazura. Taki „Król Lew” Jona Favreau chociaż przypadł do gustu publiczności, recenzje zbierał raczej średnie. Nic dziwnego. Przecież tam nie ma nic nowego. To nawet nie jest aktorska wersja animacji, tylko bezczelny remake zrobiony przy wykorzystaniu nowoczesnej technologii. Nie miał prawa się udać.

Jeden aktor, dwa nostalgiczne sequele

Jak wskazują eksperci od ludzkiej pamięci, nostalgia ma to do siebie, że zniekształca przeszłość. Żeby się o tym przekonać, wspomnijcie swój ukochany film z dzieciństwa, którego dawno nie oglądaliście. Jest wspaniały, nie? A teraz go obejrzyjcie i oceńcie wykorzystując kompetencje krytyczne zdobyte od czasów ostatniego seansu. Nie jest już tak dobry, prawda?

Chcę przez to powiedzieć, że nie można robić czegoś w ten sam sposób co kiedyś i liczyć na identyczny efekt. Świat jest w nieustannym ruchu i twórcy muszą zwracać uwagę na zachodzące w nim zmiany. A co za tym idzie, przerabiać stare pomysły, a nie je naśladować. Wyciągać esencję gatunków, a nie same klisze i fabuły. Niestety, nie wszyscy podążają tą ścieżką. Powielają te same schematy, które się już skończyły i wyczerpały, serwując nam jedynie odgrzewane kotlety. Jakże rozczarował mnie Sylvester Stallone pożegnaniem z Johnem Rambo, każąc swojemu bohaterowi w „Ostatniej krwi” być jedynie bezmyślną maszynką do zabijania. Z drugiej jednak strony dwie części „Creeda” były pięknym epilogiem losów Rocky’ego Balboy.

Obie produkcje są przykładami nazwanymi tak przez Patricka Wilsona nostalgicznych sequeli, bo trafiły na ekrany co najmniej dekadę po premierze poprzedniej części serii. Tylko w przypadku „Rambo. Ostatnia krew” twórcy stwierdzili, że clou zabawy jest pokazywanie mięśniaka kopiącego przeciwnikom tyłki. Zapomnieli tym samym o wszystkich niuansach psychologicznych, jakie uczyniły z „Pierwszej krwi” klasyka kina akcji. Natomiast osoby odpowiedzialne za „Creeda” wiedziały, że nie ma sensu kazać Rocky’emu ponownie stawać na ringu. Dlatego dali mu ucznia. Stało się to przyczynkiem do stworzenia nowej franczyzy i współczesnej reinterpretacji podjętych w oryginałach tematów.

Głupi i głupszy, ale nostalgiczny

Niestety twórcy nostalgicznych sequeli okazują się leniwi i wybierają ścieżkę „Ostatniej krwi”. Polega ona na podkręcaniu wybranych przez siebie elementów z poprzednich części do ekstremum. W ten sposób 20 lat po premierze „jedynki” bracia Farrelly zaserwowali nam kontynuację „Głupiego i głupszego”. Żarty w „Głupim i głupszym bardziej” są o wiele bardziej nonsensowne niż w oryginale. I niby tego należało się spodziewać. Ale reżyserzy przesadzili. W każdej scenie z ekranu krzyczeli: śmiej się, patrz jakie to głupie! Po poprzednich porażkach artystycznych i komercyjnych ci niegdysiejsi „geniusze komedii” na siłę chcieli odzyskać dawną pozycję. A takie rzeczy w kinie się czuje i nie wychodzą one najlepiej.

A przecież do tematu można podejść bardziej twórczo. Tak jak zrobił to Denis Villeneuve z „Łowcą androidów”. Reżyser wchodzi w polemikę z oryginałem i fanowskimi teoriami dotyczącymi postaci Ricka Deckarda. Wraca do stworzonego przez Ridleya Scotta 35 lat wcześniej świata, ale nie powtarza fabuły. Tworzy sequel osadzony w danym uniwersum, próbując je poszerzyć i uzupełnić o nowe konteksty, przy okazji korzystając z najnowocześniejszej technologii. Niestety „Blade Runner 2049” okazał się sukcesem artystycznym, ale nie kasowym.

Nostalgiczne wojny

To samo co Villeneuve dwa lata wcześniej zrobił J.J. Abrams. I chociaż dla wielu fanów gwiezdnej sagi „Przebudzenie mocy” było porażką na miarę prequeli George’a Lucasa, to reżyser udźwignął temat na swych barkach. W VII epizodzie miesza stare zabiegi i motywy z oryginalnym, artystycznym podejściem. Nie boi się nawet uśmiercić jednego z uwielbianych bohaterów. Jest to odważne posunięcie i próba stworzenia czegoś nowego. Niestety nie udało się powtórzyć tego w „Skywalker. Przebudzenie”. W tym przypadku otrzymaliśmy bowiem słabą trawestację poprzednich części, z błagającymi o łezkę w oku scenami.

Oczywiście przykłady dobrych i złych nostalgicznych sequeli można mnożyć. Nie istnieje jedna uniwersalna formuła. Każda kontynuacja kultowego przed laty filmu zasługuje na indywidualne podejście. Twórcy muszą się zastanowić, co działało dekadę wcześniej, a może niezbyt dobrze wypaść dzisiaj. Powinni pomyśleć nad tym, jak życie bohaterów się zmieniło od czasów premiery ostatniej odsłony serii i dobrze to pokazać. Aktualnie możemy przekonać się jak sobie z tym poradzili Adil El Arbi i Bilall Fallah w „Bad Boys for Life”. Ciekawszym jednak wydaje się sprawdzenie jak wygląda nostalgiczny sequel po polsku, czyli „Psy 3. W imię zasad”.

Nostalgiczne sequele pojawiają się na ekranach kin coraz częściej.

Natężenie powrotów uwielbianych dekadę lub więcej lat temu bohaterów pozwala wysnuć wniosek, że jest to kierunek, w jakim będzie podążało Hollywood, a za nim inne kinematografie. Nie mam nic przeciwko. Chciałbym tylko, aby robiono to dobrze – oryginalnie i z pomysłem. Jakie są na to szanse? Nie wiem, ale na pewno szybko się przekonam.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst