1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Przestarzałe żarty, bluzgi jako dowcipy i coraz bardziej żałosne scenariusze. Polskie kino się odrodziło, ale polska komedia już nie

polskie komedie

Trzecia w ostatnich kilku latach nominacja polskiego filmu do Oscara dla „Bożego ciała” doskonale świadczy o rosnącej pozycji rodzimego kina na arenie światowej. Po zapaści z początku XXI wieku nie ma już prawie śladu. Trudno nie oprzeć się jednak wrażeniu, że najlepszy wówczas gatunek filmowy - komedia - przeżywa obecnie olbrzymi kryzys.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Kler”, „Boże ciało”, „Zimna wojna”, „Fuga”, „Oficer i szpieg”, „Pokot” to tylko niektóre ze współczesnych polskich filmów, które zdobywały pochwały, a nawet nagrody na najważniejszych europejskich i światowych festiwalach. Rodzime kino weszło na wyższy poziom i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Nawet przez lata zapomniane (a czasem również wyszydzane) kino gatunkowe podniosło się z ruin, oferując widzom kilka ciekawych produkcji, które nie miały przyciągać do kin jedynie wysokoartystycznymi ambicjami.

To wszystko są pozytywne wieści. Dlaczego więc można odnieść wrażenie, że jeden kinowy front pozostał zdecydowanie w tyle za resztą branży? Polskie komedie w ostatnich latach w przeważającej większości były wstydliwym wyrzutem rodzimej kinematografii. A przecież nie zawsze tak było.

Polskie komedie 20 lat temu stanowiły najważniejszy i często najlepszą grupę polskich filmów. Ale od tego czasu świat się zmienił, a one nie.

Lata 1997-2004 można nazwać złotym czasem Juliusza Machulskiego. Do kin trafiły wówczas takie produkcje jak „Kiler”, „Kiler-ów 2-óch”, „Pieniądze to nie wszystko” i „Vinci”. Razem z innymi kultowymi komediami weszły na stałe do kanonu rodzimej popkultury, ich postacie zyskały sławę, aktorzy rozgłos, a wiele dialogów do dzisiaj stanowi część języka użytkowego. Powstające wówczas komedie miały wiele mocnych stron, ale w każdej opowiadana historia zawsze miała nadrzędne znaczenie, nawet nad żartami.

Istotni byli również bohaterowie. Różnorodni, operujący na kilku odmiennych poziomach humoru, posługujący się innym językiem i manieryzmami. Przypomnijcie sobie Jurka Kilera, jego narzeczoną, Siarę, Wąskiego, Lipskiego i komisarza Rybę. To były na tyle różnorodne postaci, że widzowie zapamiętywali ich na długo po obejrzeniu filmu. Spróbujcie w identyczny sposób przypomnieć sobie postaci z kina Patryka Vegi. Sytuacja będzie znacznie trudniejsza.

Filmy komediowe w naszym kraju dzielą się obecnie na trzy grupy: produkcje w starym stylu, gangsterskie parodie w stylu Vegi oraz komedie romantyczne dla widzów TVN.

Wszystkie cierpią na podobne problemy, ale nie warto wrzucać ich z góry do jednego worka. Powroty popularnych przed laty produkcji (by wspomnieć tylko „Miszmasz, czyli Kogel Mogel 3”) i kolejne dzieła dawnych mistrzów komedii takich jak Juliusz Machulski od ponad dwudziestu lat próbują zdobyć tą samą grupę widzów. Osoby, które śmiały się podczas „Kilera” i „Chłopaki nie płaczą”, mają obecnie robić to samo podczas kolejnych filmów mających w teorii naśladować ten sam sposób komedii. Kopiowanie swoich własnych pomysłów nie jest jednak wcale lepsze od ściągania od innych. „Ambassada” i „Volta” nijak nie były w stanie powtórzyć ani komercyjnego, ani popkulturowego sukcesu wcześniejszych produkcji Machulskiego.

Dlaczego? Głównie dlatego, że wciąż oferują widzom to samo, co przed laty. A jednocześnie wydają się mieć o nich znacznie gorsze zdanie niż dawniej. Każdy dowcip jest powtarzany do znudzenia, każda postaci musi być przerysowana do granic możliwości, obelżywa i jednowymiarowa. A jednocześnie mentalność pozostaje na tym samym poziomie. Kobiety odkrywają konkretne, często nijakie role, bohaterowie przeważnie są zamieszani w intrygę kryminalną (dotyczy do choćby niedawnego „Futra z misia”), a Polska pozostaje taka sama jak w latach 90. Nikt nie próbuje w żaden sposób przemówić do młodszej widowni.

Współczesne polskie kino komediowe jest przepełnione po brzegi Stefanami Siarzewskimi. „K***a” stała się synonimem dowcipu.

Duża w tym „zasługa” drugiej grupy dowodzonej przez Patryka Vegę. Polski reżyser wyszedł od kina policyjnego, ale wkrótce potem zaczął działać w parodiach, choć wcale ich tak nie przedstawiał. Wszystkie kolejne filmy z serii „Pitbull”, „Kobiety mafii”, „Botoks” i „Polityka” w rzeczywistości nie mają nic wspólnego z opisywanymi w nich tematami. Nie chodzi o pokazanie rzeczywistej twarzy policji, służby zdrowia czy partii politycznych. Chodzi o ich totalne wyśmianie, poprzez pokazanie, że ludzie należący do tych zawodów są dokładanie takimi degeneratami, jakimi ich opisujemy przy pijackim stole.

To komedia rynsztokowa, pełna bluzgów i postaci zachowujących się zawstydzająco przy każdej możliwej sytuacji. Poszczególnych bohaterów nic od siebie nie odróżnia - w przeciwieństwie do słynnych produkcji sprzed lat. Polskie komedie portretują w ostatnich latach tylko okropnych ludzi, których spotykają jeszcze gorsze rzeczy. Nie można ich jednak nazwać czarnymi komediami, bo nie odkrywają przed widzem żadnych prawd. Jedynie utwierdzają ich w miałkich przekonaniach, że ludzi nieszczególnie warto lubić.

Wbrew pozorom ludzie chodzą na komedie romantyczne nie dlatego, że lubią ich bohaterów. Wręcz przeciwnie.

Wszystkie te filmy: „Planeta Singli 3”, „Porady na zdrady”, „Listy do M.”, „Pech to nie grzech”, „Podatek od miłości” przypominają się jak dwie krople wody w każdy możliwy sposób. Ich tytuły, plakaty, obsady, a także fabuły są swoją kalką jeden do jednego. W ich przypadku nie mówimy bowiem o dziełach sztuki a marketingowych zagrywkach, które mają sprowadzić widzów do kin. I zwykle się im to udaje, bo podobnie jak filmy Vegi oferują możliwość obejrzenia na scenie ludzi, których nikt z nas nie polubiłby w prawdziwym życiu i obserwowania ich kłopotów.

Bohaterowie współczesnych polskich komedii zawsze pozwalają sobie na więcej niż my sami możemy w prawdziwym życiu. Rzecz w tym, że wszystkie wymienione produkcje wywołują co najwyżej pusty śmiech. Nie znajdziemy w nich inteligentnych dialogów, pasjonujących historii i pociągających bohaterów, których losy będą nas obchodzić również wiele miesięcy po wyjściu z kina. Filmy komediowe robione w naszym kraju zatrzymały się w miejscu, a od tego czasu tylko coraz bardziej podkręcają najbardziej uderzające elementy z dawnych lat. Jak szybko się to wszystkim znudzi? Trudno powiedzieć, ale obecnie nie ma już wątpliwości, że ktokolwiek uzna jakąś polską komedię za dzieło wybitne. A to co już zostało utracone, nie jest łatwo odzyskać.