1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

„Wiedźmin” wam się nie podoba? Przez błędy showrunnerki jest nierówny i chaotyczny, ale z kroplą geniuszu

Wiedźmin: Nierówny i chaotyczny serial z dużym potencjałem - recenzja
119 interakcji
dołącz do dyskusji

Bardzo prawdopodobne, że „Wiedźmin” okaże się najbardziej skrajnie ocenianym serialem 2019 roku. Pierwsze reakcje na produkcje są albo pełne zachwytów, albo brutalnej krytyki. A prawda leży gdzieś pośrodku. Serial serwisu Netflix jest po prostu okropnie nierówny, chaotyczny i pełen błędów. Ale i tak czuć w nim magię geniuszu Andrzeja Sapkowskiego.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Materiał zawiera spoilery z 1. sezonu serialu „Wiedźmin”. Recenzję pierwszych pięciu odcinków, która nie analizuje szczegółów fabularnych znajdziecie TUTAJ.

„Gra o tron” czy „Korona królów”? To pytanie przez długie miesiące zadawali sobie fani Geralta z Rivii, gdy myśleli z obawą o poziomie zapowiedzianego serialu Netfliksa. Obie odpowiedzi były ekstremalne i w dużej mierze ignorowały możliwości (czy raczej chęci) platformy streamingowej. Netflix nie wydaje nigdy tak olbrzymich pieniędzy jak HBO na nowe produkcje, szefostwo firmy słynie też z bardzo ograniczonego zaufania do długoterminowych możliwości swoich seriali.

Z drugiej strony zestawianie międzynarodowego hitu, z taką gwiazdą w obsadzie jak Henry Cavill, z polską telenowelą również nie miało większego sensu. Liczne problematyczne elementy w 1. odcinku „Wiedźmina” sprawiły jednak, że Piotr Grabiec z Rozrywka.Blog gorąco bronił swojego stanowiska porównującego serial do „Korony królów”. Przy czym z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej poprawiała się jego opinia o produkcji (więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ). Ten przykład dobrze obrazuje najbardziej problematyczny element premierowego sezonu „Wiedźmina” - to serial zdolny wzbudzić w pojedynczej osobie skrajnie różne emocje podczas emisji jednego odcinka.

Wiedźmin” jest jednym z najbardziej nierównych seriali zrobionych w ostatnich latach przez platformę Netflix.

Fantastyczne sceny i udane kreacje mieszają się tu z drewnianymi dialogami, problematycznym montażem i chaotycznym tempem akcji właściwie na porządku dziennym. Niektóre odcinki sprawiają wrażenie, jakby były kręcone przez dwie zupełnie inne ekipy, tak bardzo różnią się poziomem. Największy wpływ ma na to decyzja, żeby w 1. sezonie adaptacji prozy Andrzeja Sapkowskigo zaprezentować widzom trzy mniej więcej równe wątki. Wiążą się one oczywiście z postaciami Geralta, Yennefer i Ciri. Każda z nich początkowo rozgrywa się na innej linii czasowej i na starcie niemal nie są ze sobą powiązane. Oczywiście tu i ówdzie przewijają się ci sami drugoplanowi bohaterowie, ale do prawdziwego zetknięcia się dwóch osobnych historii dochodzi dopiero w 5. odcinku wraz ze spotkaniem Geralta z Yen.

Nie bez powodu właśnie ten epizod jest dosyć powszechnie uznawany za należący do absolutniej czołówki 1. sezonu. Obserwowanie wspólnych interakcji wiedźmina i czarodziejki jest prawdziwą przyjemnością. Również dlatego, że między grającymi ich Henrym Cavillem i Anyą Chalotrą widać chemię. Aktorka opowiedziała w wywiadzie dla Rozrywka.Blog o komfortowych warunkach nagrywania intymnych scen z Cavillem i na ekranie faktycznie widać, że nie ma tu mowy o spięciu. Zresztą, o ile Yennefer od początku kradnie show, o tyle ta wersja Geralta najlepiej wypada w kontaktach z innymi postaciami, głównie Jaskrem i Yen. Nie jest to jednak winą aktora, a takich, a nie innych decyzji fabularnych showrunnerki.

Lauren S. Hissrich trzeba nazwać największą przeszkodą jej własnego serialu. Trzy równorzędne wątki okazały się błędem.

Na papierze intencje showrunnerki były słuszne. Postacie Yennefer i Ciri są kluczowe dla całej sagi. Nie da się jej opowiedzieć w wizualnym medium bez pokazania życia obu bohaterek w oderwaniu od postaci Geralta z Rivii. Część widzów przyznaje, że wolała, gdy Yennefer w „Ostatnim życzeniu” stanowiła swego rodzaju tajemnicę do odkrycia przez czytelnika. Niestety, tego typu prezentacja bohatera pasuje znacznie bardziej do książek niż serialu, gdzie możliwość wchodzenia w głowę bohaterów jest dużo bardziej ograniczona. Pozostaje przy tym kwestia, co na temat życia danej postaci pokazywać i kiedy to robić.

Lauren S. Hissrich tak mocno trzymała się swojej wizji równego podziału, że nie zauważyła nawarstwiających się problemów. Akcja w dwóch odcinkach „Wiedźmina” skacze z miejsca na miejsce, a jednocześnie okropnie się wlecze, bo tak naprawdę nikt nie robi niczego znaczącego. A już najmniej Ciri. Przy całej sympatii do grającej ją poprawnie Freyi Allan i samej postaci Lwiątka z Cintry, powinna ona dostać w 1. sezonie rolę co najwyżej drugoplanową.

Wątek Ciri może doprowadzić tylko do szczęśliwego spotkania z Geraltem. Nawet osoba niezaznajomiona z opowiadaniami szybko to wychwyci.

Z tego powodu nawet te nieliczne momenty ekscytacji w scenach z księżniczką Cirillą są pozbawione jakiejkolwiek stawki. To oczywiste, że Nilfgaard na razie jej nie pochwyci, a misja Cahira skończy się niepowodzeniem. Obserwowanie poruszającej się z lokacji do lokacji bohaterki jest więc, mówiąc wprost nudne i nijakie. A ten wątek zabiera przecież niezbędny czas antenowy, który można by wykorzystać na podbudowanie postaci Geralta, pokazanie większych fragmentów jego wspólnego życia z Yennefer (rozpad ich związku już po jednym odcinku nie poruszy jakiegokolwiek widza, który nie zna całej późniejszej historii) czy sprytniejsze rozbudowanie świata.

Minimalizm wypowiedzi wiedźmina nazbyt często zostaje w serialu zestawiony z drugoplanowymi postaciami, z których ekspozycja wręcz się wylewa. Siłą rzeczy rodzą się z tego grupki mało interesujących monologów, które na siłę próbują opowiedzieć nam wszystko to, czego nie można pokazać z powodu ograniczonego budżetu. Przy całym (olbrzymim) szacunku do twórczości Andrzeja Sapkowskiego, nie wszystkiego jego dialogi nadają się do przeniesienia na ekran. „Wiedźmin” niczym powietrza potrzebuje lepszych, żywszych i bardziej dwustronnych rozmów między postaciami.

Ostateczny odbiór „Wiedźmina” zależeć będzie od tego, czy oczekujecie dobrej adaptacji, czy świetnego serialu.

W 1. sezonie zdecydowanie lepiej udało się to pierwsze. Nie obyło się oczywiście bez większych wpadek (najbardziej boli fatalna kreacja Triss Merigold) i drobnych zgrzytów (Ciri witająca Geralta desperackim uściskiem w finałowym odcinku to scena przeniesiona z opowiadania, ale niemająca sensu w zgodzie z fabułą serialu). Miłość do twórczości Andrzeja Sapkowskiego czuć tu jednak na każdym kroku - podobnie jak niedawno w fanowskim „Pół Wieku Poezji Później” - a elementy geniuszu polskiego pisarza są w stanie przebić się nawet w słabszych scenariuszowo momentach.

  • Czytaj także: Jakie opowiadania i fragmenty powieści wykorzystano w premierowym sezonie produkcji Netfliksa? I co zmieniono w stosunku do oryginalnego tekstu Sapkowskiego?Odpowiedzi na te pytania znajdziecie TUTAJ.

Większym problemem jest odpowiedź na pytanie, czy „Wiedźmin” jest dobrym serialem. Pierwszy plan pod względem aktorskim radzi sobie bardzo dobrze (oprócz Chalotry pochwały należą się też Joey'owi Batey'owi), ale już na drugim nie brakuje zawstydzających zgrzytów. Choreografia walk stoi na wysokim poziomie, a zdjęcia momentami robią wrażenie, lecz z charakteryzacji Geralta naśmiewają się wszyscy zagraniczni recenzenci.

Niewiele tu też prawdziwych zaskoczeń. Największą niespodzianką 1. sezonu okazało się pokazanie bitwy o Wzgórze Sodden w finałowym epizodzie. Ale starcie w nowej wersji mocno narusza ramy tego wydarzenia zarysowane w wiedźmińskiej sadze, więc kuleje w temacie dobrej adaptacji. Można by to potraktować wręcz jako symbol całego serialu, bo nawet w udanych momentach „Wiedźmin” i tak kończy nierówno. Większość fanów zapewne machnie na to ręką, bo produkcja Netfliksa została pod każdym względem skierowana właśnie do nich. Osoba niezaznajomiona z uniwersum „Wiedźmina” po pierwszych ośmiu odcinkach nie dowie się prawie niczego o Geralcie i Ciri oraz łączącym ich przeznaczeniu. Zostają więc tak naprawdę z niczym. I być może uczucie pustki, które będzie towarzyszyć oglądaniu 8. epizodu przez te osoby, jest bliższe prawdy, niż wszystkie argumenty dyktowane fanom przez miłość do „Wiedźmina”.