1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Odmłodzenie i wskrzeszenie aktora na ekranie to drobiazg. Hollywood idzie jeszcze dalej

odmładzanie i wskrzeszanie aktorów

Nowe technologie oferują moc możliwości, z których skrzętnie korzystają twórcy. Ma to jednak oczywiście zarówno dobre, jak i złe strony.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Jeszcze w tym roku na ekrany wejdzie „Terminator: Mroczne przeznaczenie” mające być bezpośrednią kontynuacją słynnego „Terminatora 2: Dnia sądu”. W sieci pojawił się już zwiastun widowiska, w którym jednak próżno było szukać postaci Johna Connora, a jego obecność na ekranie zapowiedział James Cameron. Producent dzieła, a jednocześnie reżyser odsłony z 1991 roku, nie wycofuje się zresztą z tych słów.

Edward Furlong, czyli odtwórca roli Connora z „Dnia sądu”, nie został jednak zaangażowany do tego projektu. W postać młodego Johna wcieli się Jude Collie. Bohater pojawi się w retrospekcjach i będzie miał twarz… Furlonga. Wszystko dzięki efektom specjalnym, które zostaną wykorzystane do tego zabiegu.

Dziś, w dobie digitalizacji, można zaobserwować swoiste znikanie fizycznej postaci aktora.

Paradoksalnie pozwala to jednak spojrzeć z nowej perspektywy na tradycyjne pojmowanie tego, czym jest rola. Zrozumieć jej wieloaspektowość oraz miejsce w procesie produkcji filmowej. Bo technologiczny rozwój, zwłaszcza w przypadku wielkobudżetowych produkcji, na trwałe zmienił zawód aktora. Jednocześnie dochodzi do pewnej manipulacji widza, który nie jest w pełni miarodajnie i kompetentnie ocenić czyjejś roli. Trudno oddzielić to, co należy do sfery rzeczywistych działań aktora, a co jest tworzone w postprodukcji bez jego udziału.

Z pewnością wiele osób było zachwyconych występem Natalie Portman w „Czarnym łabędziu”. To poświęcenie, ten wymagający trening, aby opanować baletowe kroki. Prawda jest jednak inna. W najistotniejszych scenach postać Portman została zastąpiona profesjonalną tancerką. Dopiero na kolejnych etapach pracy nad obrazem i dzięki zastosowaniu technik komputerowych wkomponowano w sylwetkę tancerki twarz gwiazdy.

Podobnie sprawa ma się z „Grą o tron” i pokutnym przemarszem Cersei Lannister. Owszem, na ekranie widzimy twarz Leny Headey, ale ciało należało do dublerki, którą była Rebecca Van Cleave. Headey w tamtym czasie była w zaawansowanej ciąży, a dodatkowo twierdziła, że chciała się skupić na wyrażeniu emocji mimiką. Podobnych przykładów jest zresztą bardzo dużo, a wszystko to przysłużyło się kinu i telewizji. Aktorki z autentyzmem zagrały ból, choć dotyczył on nie ich ciała. Mogły się skupić na swojej pracy, a my możemy mówić o udanych kreacjach.

Nowym trendem wydaje się odmładzanie aktorów.

Technologia z pewnością imponująca i stwarzająca zupełnie nowe możliwości. Tylko w ostatnich latach mogliśmy oglądać ten zabieg w „Kapitan Marvel”, „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”, „Strażnikach Galaktyki 2” czy w „Westworld”. Wszystko super, ale niekiedy Hollywood posuwa się w tym za daleko.

Taki lifting potrafi zakłócić odbiór film, przyprawić o wrażenie, że nie ogląda się na ekranie prawdziwej osoby, a cyfrowy podmiot naśladujący osobę. Jednym z ostatnich przykładów jest tegoroczny „Bliźniak” z Willem Smithem. Widzimy zarówno prawdziwego aktora, jak i jego wersję o jakieś 30 lat młodszą. Problem w tym, że wiemy, jak wtedy wyglądał aktor, bo miał już swoje pierwsze role na koncie. Wizja przedstawiona w filmie Anga Lee nie pokrywa się do końca z tym, jaki Smith był w rzeczywistości te kilka dekad temu.

Nowe technologie idą jeszcze o krok dalej, bo wskrzeszenie aktora nie jest już wyzwaniem.

Temat rozgorzał przy okazji premiery „Łotra 1”, bo na ekran powrócił Peter Cushing, choć przecież aktor nie żył już od ponad 20 lat. Zagrał go Guy Henry, dzięki możliwościom motion capture. Rodzi się pytanie czy etyczne jest wykorzystywanie oblicza aktora, który być może nie życzyłby sobie tego, aby w ten sposób traktować jego osobę.

Oczywiście można mówić o formie złożenia hołdu dorobkowi i talentowi aktora, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że ma to ściśle komercyjny wydźwięk, a wzniosłe idee są tylko zasłoną dymną. Z pewnością wcześniej udało się dopiąć wszystkie umowy z rodzinami zmarłych, których wskrzeszono na ekranie, zatem teoretycznie wątpliwości natury etycznej powinny być rozwiane. A jednak część fanów nie była pocieszona takim potraktowaniem Cushinga. Sprawa dotyczy także innych aktorów, którzy wrócili na ekran zza grobu - tak było z Marlonem Brando, Oliverem Reedem czy Paulem Walkerem.

Z pewnością jednak wciąż mamy do czynienia z aktorstwem, w wykonaniu kogoś zupełnie innego, ale jednak. Z jednej strony mamy do czynienia z pozbawieniem aktora reprezentacji ciała, ale wciąż operuje on gestem, ruchem, a niekiedy i głosem. To tak jak z Andym Serkisem, który w dużej mierze jest aktorem pozbawionym twarzy, ale jednocześnie jego kreacje w pełni zasługują na status pełnoprawnej sztuki.

Przykro ci, że nie było ci dane zobaczyć Nirvany na żywo? To tylko kwestia czasu.

Trend na formę hologramowych koncertów rozwinął się w 2012 roku, podczas festiwalu Coachella, gdzie wyświetlono występ amerykańskiego rapera 2paca. Drugim znaczącym wydarzeniem była projekcja postaci Michaela Jacksona podczas Billboard Awards w 2014 roku. W hologramową trasę wyruszył także Dio oraz Roy Orbison.

Tu już raczej nie ma wątpliwości co do tego, w jakim celu zorganizowane zostały takie koncerty. Zamach na portfele fanów wydaje się oczywisty. Nie do końca wierzę w to, aby takie występy były w stanie oddać prawdziwość danego artysty. Jawi się to jako obcowanie z czymś obcym, a więcej emocji może chyba przynieść odtworzenie zarejestrowanego przed laty koncertu na domowym nośniku.

Nowe technologie z pewnością sprzyjają rozwojowi filmu, choć nie zawsze udaje się wykorzystać ich potencjał. Moim zdaniem ekranowe 3D stwarza możliwości mogące być dodatkowym środkiem ekspresji w dziele, a ze świecą szukać przykładów takiego wykorzystania tej techniki. Wskrzeszanie i odmładzanie aktorów jest imponujące, choć należy zachować w tym umiar, aby nie doszło do monstrualnych efektów, a z takimi niestety się spotykamy. Pozostaje jeszcze kwestia etyki, ale ta zawsze będzie rozstrzygana indywidualnie przez każdego z osobna.

Pewnym jest, że dane twórcom możliwości technologiczne wciąż będą się rozwijać w ich rękach. Przed nami jeszcze ot choćby „Irlandczyk” Martina Scorsese, gdzie zobaczymy odmłodzone oblicze m.in. Roberta De Niro. Piękno i uroda ponoć przemijają, ale Hollywood mówi temu stanowcze „nie".