1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Królowa Bounce'u królową imprezy. Byliśmy na OFF Festivalu 2018

Skoro już wszyscy spokojnie wrócili do domów, mimo wczorajszej awarii na kolei, spowodowanej zerwaniem trakcji na warszawskich Włochach, i skoro już wszyscy odnotowali obecność Pawlikowskiego i kilku innych celebrytów, czas na moją relację z OFF Festivalu.

off festival 2018

Swoją drogą, katowicki festiwal już od jakiegoś czasu jest przyjazny fanom muzyki środka, a co za tym idzie - jest coraz bardziej popularny nie tylko wśród fanów wysublimowanych muzycznych doznań. Z jednej strony staje się mniej elitarny, z drugiej zaś bez obaw - nigdy nie stanie się drugim Opener'em. Ze względu choćby na teren, którego nie da się rozszerzyć, zatem nie ma szans, by OFF stał się większym festiwalem. Trzydniowa impreza, której dyrektorem arystycznym niezmiennie pozostaje Artur Rojek, odbyła się w tym roku po raz trzynasty, zaś po raz dziewiąty w Katowicach, na terenie Doliny Trzech Stawów, tuż obok lotniska Muchowiec.

Dla niewtajemniczonych: w założeniu OFF Festival miał promować szeroko rozumianą muzykę alternatywną. Określenie to jednak przez lata stało się tak szerokie, że nie wiadomo, co teraz tak naprawdę oznacza. O muzykę graną na OFFie zapytał mnie katowicki taksówkarz. Stwierdził, że nikt tak naprawdę nie potrafi mu powiedzieć, jaka muzyka dominuje na imprezie. Opowiedziałam mu, czego można spodziewać się po OFFie, jakie zespoły tam przyjeżdżają. Taksówkarz skwitował mnie krótkim: aha, czyli każdy znajdzie coś dla siebie. Jakże banalne, a jakie prawdziwe.

Organizatorzy OFF Festivalu, obok znanych szerszej publiczności nazwisk, przemycają zawsze te mniej popularne.

Nieformalnym i nieoficjalnym zadaniem ekipy było uwrażliwianie słuchaczy na niecodzienne dźwięki i nieoczywistą muzykę. I tak, w tym roku obok headlinerów, jak co roku zresztą wystąpili artyści z niemalże wszystkich kontynetów, reprezentujących rozmaite muzyczne kultury.

OFF Festival 2018 - jak poradzili sobie headlinerzy?

Zostanę jednak jeszcze przez chwilę przy healdinerach. Na pierwszy rzut M.I.A. Jej mocno krytykowany występ przyniósł mi sporo radości i mnóstwo zabawy, jednak trudno nie zauważyć, że sama artystyka nie bawiła się tego wieczoru najlepiej. Głośno artykułowane problemy techniczne, braki wokalne i kilka innych kwestii zrujnowałoby doszczętnie ten koncert, gdyby nie DJ-ka i reszta ekipy M.I.A., którzy uchronili ją przed ostatecznym blamażem.

Na szczęście kolejni, wyczekiwani przeze mnie headlinerzy, poradzili sobie tak, jak sobie wymarzyłam. Po pierwsze Charlotte Gainsbourg, która w sobotni wieczór wraz ze świetnie przygotowanym zespołem zaprezentowała na głównej scenie festiwalu materiał ze swojej najnowszej płyty. Znalazły się na niej piosenki śpiewane po francusku i angielsku, jednak to te pierwsze zrobiły szczególne wrażenie na żywo. Zaś na pierwszym miejscu niespodziewany cover utworu Runaway z repertuaru Kanye Westa.

Po drugie - Grizzly Bear i ich niedzielny koncert. Jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie występów był z jednej strony nastrojowy i spokojny, z drugiej zaś przypomniał, że brooklyński kwartet potrafi mocniej uderzyć w gary i zaserwować gęste gitarowe riffy.

Innym występem na moim osobistym podium tegorocznego OFFa jest live Jona Hopkinsa. Brytyjski producent zagrał na najpiękniej ulokowanej scenie festiwalu, czyli Scenie Leśnej. Przygotowany przez niego show pełen był głębokich basów, elektryzujących ambientów i pięknych melodii. OFF już nie od dziś słynie ze świetnych elektronicznych koncertów, które odbywają się nocą na tej właśnie scenie. Ale nie tylko muzyka elektroniczna tam gra.

Królowa, jak wszędzie, może być tylko jedna.

I nie była nią ani Charlotte Gainsbourg, ani urocza, eteryczna Aurora z jej pięknym głosem, ani też hipnotyzująca i nieco mroczna Zola Jesus. Królowa OFF Festivalu 2018 pochodzi z Nowego Orleanu i nazywa się Big Freedia. Freedia od lat promuje podgatunek kultury hip-hopowej, określany jako bounce. Przy okazji pokazuje ludziom, jak twerkować, każe im robić przysiady, śpiewać razem z nią niegrzecznie linijki, a wszystko to daje niesamowitą radość. Tak jak pisałam wcześniej, OFF uczy wrażliwości na inne dźwięki i nieoczywistą naszym kręgom kulturowym muzykę. Uczy nas także wrażliwości na odmienne racje, światopoglądy, akceptacji różnic rasowych czy płciowych. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o artystce, obejrzyjcie serial Big Freedia: Queen of Bounce, dostępny na Netfliksie.

Śliczna lokalizacja, świetna zabawa i wzruszające muzyczne doznania - jeśli zapytacie statystycznego offowicza o powody, dla których co roku przyjeżdża na festiwal, pewnie usłyszycie większość tych odpowiedzi. Ja do tego dodałabym jeszcze zaskoczenia. W tym roku był nim na przykład przedziwny DJ set Ariela Pinka, amerykańskiego muzyka, który kilka godzin wcześniej zagrał z zespołem koncert na Scenie Miasta Muzyki. DJ set wydawał się być pozbawiony ładu, składu i myśli przewodniej. Jednak, jeśli uznać to za koncepcję, można było się wyszaleć i wyskakać.

Wzruszający Moses Sumney czy kradnący niewieście serca Marlon Williams zapewnili z kolei intymne muzyczne doznania. Pierwszy operując niesamowitym wokalem i charyzmą, drugi ujmująco szczery, sięgający w twórczości do tradycji folkowych.

Derya Yıldırım & Grup Şimşek zabrali publiczność zgromadzoną pod Sceną Eksperymentalną w egzotyczną podróż, dzięki sięganiu po turecką klasykę. Rolling Blackouts Coastal Fever na australijskie wybrzeże, pełne surferów i melodyjnych gitar. Unsane zaś na wycieczkę pełną hałaśliwych gitar. Im dalej w line up festiwalu, tym więcej kontrastów.

"Najważniejsze są plecy" - głosi napis na billboardzie ustawionym w strategicznym miejscu festiwali, tuż przy Scenie Miasta Muzyki. Od kilku lat za identyfikację wizualną imprezy współodpowiedzialny jest malarz Marcin Maciejowski. Jego tegoroczna propozycja, jak zawsze świetna, w tym roku dodatkowo bardzo przewrotna. Każdy odczytuje to hasło jak chce. Zupełnie jak OFF Festival - każdy odczuwa go po swojemu.