REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Zapiski chorego umysłu. Kanye West i jego nowy album Ye – recenzja

Parafrazując samego rapera, słuchanie Kanye Westa to wybór. Nie zawsze dobry, choć zawsze interesujący. Niestety czasem wcale nie od strony muzycznej. I trochę tak to wygląda na "Ye", czyli najnowszej płycie chyba najbardziej znanego rapera na Ziemi.

kanye west ye recenzja
REKLAMA
REKLAMA

Biorąc pod uwagę to, jak wiele szumu generuje Kanye West w mediach i całej branży muzycznej, jego nowy album "Ye" wydaje się być bardzo zachowawczy. Jest skromny brzmieniowo, chwilami wręcz ascetyczny i bardzo krótki (niecałe 25 minut trwania).

Jego okładkę zdobi fotografia, którą sam Kanye "strzelił "31 maja, podczas wyprawy w góry Wyoming, gdzie w otoczeniu dziennikarzy i celebrytów odbyła się uroczysta premiera płyty. Widnieje na niej napis: "Nie cierpię być dwubiegunowy. To zajebiste."

Brzmi to trochę jak spowiedź artysty zmagającego sie z chorobą, jednak równie dobrze może być wołaniem o pomoc. Albo pełnym dystansu do siebe żartem. W przypadku Westa nigdy do końca nie wiadomo, choć zakładałbym, że wszystkie te trzy opcje są prawdziwe.

Czy nam się to podoba, czy nie, Kanye West jest głosem obecnego pokolenia. Jak w soczewce skupia się w nim całe to szaleństwo, chaos i schizofrenia drugiej dekady XXI wieku.

Świata, w którym ludzie uciekają od rzeczywistości, stają się omamieni technologiami i wszelkiej maści on-line’owymi aplikacjami, sterowani są przez przedziwne polityczne mutacje à la Donald Trump i borykają się z zamachami terrorystycznymi. Strach przeplata się z rozbuchanym materializmem i kultem piękna oraz wyglądu.

Któż lepiej uosabia to wszystko niż Kanye West, geniusz-szaleniec, owładnięty obsesją na swoim własnym punkcie, ucieleśnienie boskiego kompleksu wymieszanego z twórczym ADHD?

"Ye" zaczyna się od dość niepokojących słów. W otwierającym płytę I Thought About Killing You West oznamia nam:

Myślałem dziś o zabicu siebie. A kocham siebie bardziej niż ciebie. Wiedz więc, że myślałem dziś o zabiciu ciebie.

Prosty i jednocześnie złożony komunikat potrafi szczerze przerazić, bo jest to robiąca potężne wrażenie próba wiwisekcji myśli, jakie kołaczą się w głowie Westa. Mroczne, "popieprzone", mieszające ze sobą chory narcyzm z nienawiścią.

Yikes dopełnia obrazu niespokojnej psychiki muzyka, który mówi wprost:

Czasem boję się sam siebie.

West zestawia swoje życie, szukając paraleli z ruchem #MeToo czy relacją Ameryki z Koreą Północną. Wspomina Prince’a, rapując o tym, że próbował go ostrzec przed narkotykami, tym samym odnosząc się do swojej walki z nałogiem oraz nieudanych batalii innych muzyków.

"Ye" stanowi więc nie tylko próbę przekazania światu stanu umysłu Kanye Westa, ale pokazuje też poziom niepokoju i niestabilności, który pożera całą branżę rozrywkową.

Promyki nadziei pojawiają się dopiero pod koniec, w dwóch ostatnich kawałkach. Ghost Town, w którym Kanye oddał głos takim muzykom jak John Legend, Kid Cudi i 070 Shake, to historia zwycięskich walk z rozczarowaniem i złamanym sercem.

W zamykającym album Violent Crimes, spowitym pięknym, acz oszczędnym syntezatorowym tłem, przywodzącym na myśl skojarzenia z płytami Stevie’ego Wondera, raper rozlicza się z samym sobą. Wskazuje na błędy w swoim traktowaniu kobiet z poprzednich związków, ale jednocześnie pokazuje, że po urodzeniu córki, zmieniło się jego nastawienie i zaczął widzieć w sobie potencjał do zmiany.

"Ye" to dość ciekawe zjawisko popkulturowe i społeczne, natomiast w kategoriach czysto artystycznych niestety plasuje się on pośród najsłabszych dokonań Kanye Westa.

REKLAMA

Nie jest to zła płyta, ale zdecydowanie za mało w niej "mięcha". Gdy zaczynamy się w nią wkręcać i wchodzić w ten szalony świat to całość dobiega końca. Brzmi trochę jak demo, przygotowujące nas na ciekawszy materiał. Aranże są znikome, teksty i samo rapowanie solidne, ale nie wychodzące poza średnią.

Jeśli nie jesteście fanami Westa, ani tym bardziej szeroko pojętego hip-hopu, to spokojnie możecie sobie darować "Ye". To album, który generuje więcej szumu, niż rzeczywiście nań zasługuje. Porównując go z wcześniejszymi dokonaniami muzyka, wypada blado, bez pomysłu. Liczę na to, że - podobnie jak w przypadku "The Life of Pablo" -jest to tylko zapowiedź czegoś większego.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA