Filmy  /  Felieton

Disney nie radzi sobie z Gwiezdnymi wojnami. Solo przypomniał, co mnie najbardziej wkurza w Star Wars

Picture of the author
282 interakcji
dołącz do dyskusji

Premiera filmu Solo skłoniła mnie do refleksji nad tym, jak Disney zarządza prawami do Gwiezdnych wojen. I tak jak nowe filmy oceniam bardzo pozytywnie, tak jest nawet więcej niż kilka rzeczy, których, jako wieloletni fan, po prostu nie mogę przeboleć. Kolejny spin-off tylko unaocznił problemy trapiące uniwersum.

Uwaga, spoilery.

Już po premierze Avengers: Infinity War pisałem, że obecnie uniwersum kreowane przez Disneya w ramach Gwiezdnych wojen nie jest tak bogate i różnorodne, jakbym tego oczekiwał. Jeśli chodzi o rozbudowę świata przedstawionego, znacznie lepiej sobie radzi z tym Marvel ze swoimi superbohaterami.

To jednak tylko jeden z aspektów, które mi przeszkadzają w Gwiezdnych wojnach po tym, jak Disney pożegnał Expanded Universe. Nie chodzi tutaj nawet o samą konstrukcję filmów i grę aktorską, a raczej o rozwiązania fabularne, uproszczenia i zmienianie ustalonych zasad w trakcie gry.

Gwiezdne wojny w XXI wieku.

Oryginalna trylogia porywała tym, że była (przy odpowiednim zawieszeniu niewiary) taka… realistyczna. Serio! Jeśli zaakceptowaliśmy tylko kilka abstrakcyjnych założeń: istnienie Mocy, inne gatunki rozumne, myślące droidy, miecze świetlne, planety mające jedną strefę klimatyczną (a w dodatku na każdej grawitacja działa tak samo) i dźwięk w próżni - to odległa galaktyka zachowuje się zupełnie tak, jak nasza.

Zmienianie zasad ad hoc, którego dopuszcza się Lucasfilm, bywa głupie i naiwne. W rezultacie nie pozwala się zatopić w ten świat w pełni. Znacznie trudniej jest zapomnieć podczas kolejnych seansów, że to tylko fikcja. Dotyczy to przede wszystkim luźnego traktowania praw fizyki (z wyłączeniem może tego nieszczęsnego dźwięku, bez którego bitwy w kosmosie po prostu straciłyby mnóstwo uroku).

Star Wars to nie science-fiction, ale nie róbmy kurtyzany z logiki.

Już mój polonista w liceum wyjaśniał, że Gwiezdne wojny wbrew pozorom to nie fantastyka naukowa, tylko… baśń. I miał rację! Już samo wprowadzenie („Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce”) na to wskazuje. Mamy tutaj szlachetnych rycerzy, mistyczną siłę, walkę dobra ze złem i postaci będące de facto archetypami.

Nie oznacza to jednak, że George Lucas całkowicie pominął zręby realizmu w budowaniu swojego świata, nawet jeśli zdarzało mu się uznać parseki za jednostkę czasu, co potem na różne sposoby odkręcano i retconowano. Dzięki temu, że do tej pory  - z pominięciem tych kilku wyróżniających je aspektów - fikcyjne uniwersum zachowywało się jak nasze, fanom łatwiej było w ten świat wsiąknąć.

Gwiezdne wojny do tej pory nawet w Expanded Universe unikały oklepanych motywów, które spłycały te najważniejsze wydarzenia.

Nigdy nie było w tym fikcyjnym uniwersum podróży w czasie, które pozwalałyby zmienić bieg historii. Jeśli bohater zginał, to był to definitywny koniec jego drogi - nie było już odwrotu. To nie jest zwariowany Star Trek albo adaptacja komiksu, w których podróże w czasie albo powroty zza grobu są na porządku dziennym.

Oczywiście w Expanded Universe pojawiały się głupotki narracyjne - zwłaszcza w latach 90. Przywoływano istoty z innego wymiaru (Waru), przenoszono świadomość ludzi do komputerów oraz między ciałami (Callista) itp.. Jednak u schyłku życia Expanded Universe zadbano, by uniwersum było spójne i wiarygodne.

Unikano też Deus Ex Machiny, która ratowałaby bohaterów z opresji, by później o danym triku zapomnieć. W erze Disneya bohaterowie jednak coraz częściej korzystają z takich jednorazowych kart wyjścia z więzienia. Nie ominęło to niestety filmu o przygodach młodego Hana Solo.

Takie wyskoki nie pasują do współdzielonego kinowego uniwersum.

Jeśli bohaterowie skorzystali ze sztuczki w spin-offie będącym prequelem, potrzeba bardzo wiarygodnego wytłumaczenia, czemu nie skorzystali z niej ani wcześniej, ani później. No bo inaczej pojawiają się niewygodne pytania, czy przypadkiem nie dotyka herosów zbiorowa amnezja lub… czy może po prostu winny jest leniwy scenarzysta.

Jest jeden problem: to nie Deadpool, w którym główny bohater sam może to wytknąć. Niestety, pod władzą Disneya, chociaż wykasowano Expanded Universe razem z jego pozytywnym i negatywnym bagażem, zaczęło dziać się coś bardzo niedobrego, zwłaszcza w kanonicznych animacjach. Gwiezdne wojny wprowadziły nawet podróże w czasie. Niestety.

Winny tej herezji jest serial Star Wars Rebels.

W końcówce animacji, która jest - w przeciwieństwie do Expanded Universe - równie kanoniczna co filmy, główny bohater dociera do specjalnego „świata pomiędzy światami”. W tym dziwnym wymiarze trafił na portale, przez które mógł dotrzeć do wybranych punktów w przestrzeni oraz w… czasie.

Cholera, jak ja takich zabiegów nie lubię! Dlaczego tylko Ezra, chłopak znikąd, mógł tam się dostać? Dlaczego chciał go wykorzystać - by zdobyć dostęp do tego wymiaru - Palpatine? Skąd się wziął? Oczywiście, że nie poznaliśmy na te pytanie żadnych sensownych odpowiedzi.

Chodziło tylko o to, by młody bohater stanął przed trudnym wyborem moralnym.

Ezra musiał zdecydować się na to, by nie ratować swojego mistrza, który chwilę wcześniej poświecił swoje życie. Było to w dodatku działanie pragmatyczne, bo inaczej zginąłby on sam i jego przyjaciele. Uratował za to uczennicę Anakina z Wojen klonów przed śmiercią - oczywiście w przeszłości. No ale nagle rodzi się problem: czemu np. nie udusił Palpatine’a w kołysce?

Oczywiście pod koniec serialu świątynia dająca dostęp do tego wymiaru zostaje zniszczona, ale to cheap move. Od bajki dla dzieci nie wymagam, by zagłębiała się w to, jakie to ma reperkusje dla świata przedstawionego, ale gdy animacja jest częścią większej historii, zaczyna się robić problem.

Inne grzechy Rebeliantów.

Jak przypomniał nam Solo, Darth Maul przeżył pojedynek z Obi-wanem. To coś, czego nie mogę wybaczyć, bo spłyca zwycięstwo Kenobiego z Mrocznego widma. Jasne, to świetna postać, ale jego śmierć była ważnym punktem fabuły prequeli, a przyszły Imperator mógł wziąć nowego ucznia, nie łamiąc zasady dwóch. Najpierw serial The Clone Wars jeszcze za czasów Expanded Universe, a potem Rebels, tę postać wykorzystały.

Przywrócenie w animacji ucznia Dartha Sidiousa - dzięki Mocy utrzymał się przy życiu i dorobił sobie mechaniczne nogi - to nic innego, jak sposób na to, by zrobić wokół marki nieco szumu. Postać będzie można wykorzystać w kolejnych projektach, a to przełoży się na zyski. Szkoda tylko, że ze szkodą dla opowiadanej przez George’a Lucasa historii. No ale po prawdzie to odpowiedzialna jest za to… jego córka.

Ostatni Jedi? Tylko z pewnego punktu widzenia.

Na taki krok jak przywrócenie Maula nie zdecydowali się nawet twórcy Expanded Universe - poza opowieściami z cyklu „co by było, gdyby” i tym nieszczęsnym serialem animowanym, który jako pierwszy powinien trafić do tzw. legend. Spłycono w poprzednim kanonie też samo zakończenie sagi, bo okazało się, że Luke nie był jedynym Jedi, który przeżył Imperatora. Disney miał szansę to naprawić, tak jak wątek Maula. Ale nic z tego!

„Nie ostatni ze starych, pierwszy z nowych [Jedi]” - czyż nie tak mówiono o Skywalkerze? Do tej pory interpretacja była jasna: chodziło o to, że Jedi wymarli, a Luke tworzy nowy Zakon. W kontekście zakończenia Rebels to nie do końca prawda. Ezra gdzieś się chowa na obrzeżach galaktyki, a też szkolił go Kanan, Padawan starej szkoły. No i przeżyła Ahsoka, uczennica samego Dartha Vadera (!). Ależ mi się to gryzie ze słowami mistrza Luke’a!

Scenarzyści kolejnych opowieści muszą odpowiedzieć teraz na kilka trudnych pytań.

Dlaczego Ahsoka nie ujawniła się Luke’owi wcześniej? Czemu nie wspierała go w walce? Dlaczego Luke był w Rebelii niemal bogiem, bo umiał odbić strzał z blastera mieczem, skoro rok wcześniej z Rebeliantami prowadzali się Ezra i Kanan o znacznie większych umiejętnościach?

Odpowiedzi na te pytania nie mają szans być satysfakcjonujące. Nawet jeśli twórcy zdecydują się jakoś to wytłumaczyć, to i tak będzie to naciągane. Zakładając, że w ogóle będą się tymi kwestiami, które potrafią frapować oddanych fanów, przejmować. Na to się nie zanosi.

Lucasfilm nie jest bez winy.

Osoby sprawujące pieczę nad Star Wars zgodziły się na dyskusyjne zabiegi fabularne w animacjach, ale również w filmach. To boli tym bardziej, że animacje fani mogą od biedy i na siłę uznać za niebyłe, ale z filmem wchodzącym w skład większej serii się tak nie da.

Boli, że w epizodach i spin-offach też pojawiają się motywy, które trudno objąć rozumem. Najgorsze jest to, że sprawiają, iż można kwestionować sensowność fabuły poprzednich filmów. Albo mówiąc kolokwialnie: nie trzymają się kupy i to nawet pomimo wysokiego zawieszenia niewiary, bo łamią prawa fizyki, które od 40 lat w tym uniwersum działały.

Przebudzenie Mocy i sposób działania bazy Starkiller.

Twórcy filmy chcieli mieć Gwiazdę Śmierci, która nie byłaby Gwiazdą Śmierci. Zamiast zaadoptować na potrzeby nowego filmu Pogromcę Słońc z Expanded Universe, przerobili na superbroń całą planetę - no niech będzie. Strzela wiązką energii przez pół galaktyki - naciągane, ale przymknijmy na to oko. Ale to, że na Tokadanie widać w czasie rzeczywistym (!) laser lecący lata świetlne dalej, to już idiotyzm, którego nie dopuściłby się dzieciak z klasy 4–6 po paru lekcjach fizyki.

Co ciekawe, zupełnie inaczej to było rozwiązane w oficjalnej nowelizacji. Co prawda też było to jakieś mumbo jumbo na temat czarnej materii, ale i tak robiło dużo więcej sensu niż pomysł Abramsa. Wygląda na to, że zmieniono ten motyw w ostatniej chwili, a autor książki Przebudzenie Mocy nie zdążył przepisać tego fragmentu. To boli tym bardziej, że mamy dowód na to, iż miało to być rozwiązane lepiej.

Przebudzenie Mocy: wskoczenie za pole siłowe bazy Starkiller.

W filmie podstarzały Han Solo robi coś niebywałego i jako pierwszy w historii przeskakuje pole siłowe. Serio? Skoro tak się da, to czy nie mógł tak zrobić podczas bitwy o Endor w Powrocie Jedi i wygrać wojnę? Czy członkowie Rogue One nie mogli w ten sposób dostać się na Scarif? Albo żołnierze Imperium na Hoth?

Tłumaczenie, że dopiero teraz na to ktoś wpadł, jest więcej niż naciągane. Republika w uniwersum Star Wars istniała od tysiąca lat. Podróże międzygwiezdne możliwe były dużo wcześniej. Technologia pola siłowego też nie była niczym nowym. To jest zbyt nieprawdopodobne, by uwierzyć, że Han wpadł na ten pomysł pierwszy.

Ostatni Jedi - ucieczka floty.

Ruch Oporu przez cały film uciekał w rzeczywistej przestrzeni. Najwyższy Porządek za nimi goni i czeka na koniec paliwa buntowników. Tylko dlaczego część floty nie skoczy w nadświetlną i nie zatrzyma się zaraz przy uciekinierach? W końcu Finn i Rose byli w stanie zrobić sobie krótką wycieczkę na Canto Bight.

W dodatku flotę mogły zniszczyć myśliwce, które poruszają się szybciej od krążowników. Czemu po ataku Kylo Rena nie został podobny atak powtórzony z dziesiątkami myśliwców TIE? Nawet próba wytłumaczenia tego niekompetencją Generała Huksa to za mało.

Ostatni Jedi: manewr admirał Holdo.

Tutaj widzę podobny problem, co ze skokiem Hana za pole siłowe bazy Starkiller. Bohaterka poświęciła się i na koniec filmu samobójczym skokiem w nadprzestrzeń zniszczyła statek Snoke’a. I ponownie zadaję pytanie: czemu nikt wcześniej tego nie zrobił? Czy ktoś kiedykolwiek zbadał, jaki będzie miało to efekt? To przecież spore zagrożenie dla krążowników dowolnej floty, nawet praworządnej władzy ze strony np. terrorystów.

Rebelianci podczas Galaktycznej Wojny Domowej byli naprawdę zdesperowani. Nikt nawet nie pomyślał, by w ten sposób, niczym ziemscy kamikadze, uszkodzić Gwiazdę Śmierci lub… poświecić w tym celu droida? Oczywiście wiemy, dlaczego tak się stało - bo dopiero przy ósmym epizodzie zatrudniony do niego reżyser uznał, że byłaby to naprawdę śliczna artystycznie scena. I była! Tylko trudno się nią w pełni cieszyć, gdy wiem, że nie ma ona sensu.

Solo: wiemy, co napędza statki kosmiczne.

Przez ostatnie 40 lat aspekty techniczne były przez Gwiezdne wojny pomijane. W końcu, jak ustaliliśmy, to nie jest fantastyka naukowa, tylko baśń i nie ma co zagłębiać się w szczegóły. To byłoby jak zaglądanie iluzjoniście w kapelusz (lub coś takiego jak wprowadzenie nieszczęsnych midichlorianów w trylogii prequeli).

Już w Ostatnim Jedi problem braku paliwa był jednym z motywów przewodnich, ale Solo robi z konkretnej substancji coś pokroju McGuffina. Okazuje się, że materiał, o którym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, jest pożądanym przez całą galaktykę dobrem, a jedna skrzynka zaważyła o być albo nie być przyszłej Rebelii. Serio?

Solo: tryb turbo.

Paliwo, które dopiero jako widzowie odkryliśmy, uratowało bohaterów. Wpadli na pomysł, by dolać kropelkę do reaktora, a to wystarczy, by nagle statek leciał kilka razy szybciej niż normalnie. W zwykłym filmie byłoby to do przyjęcia, ale w uniwersum Star Wars gryzie się z innymi filmami.

Skoro to paliwo jest tak super potężne, że kropelka dolana bezpośrednio do silnika daje statkowi turbo-burbo kopa, to czemu nikt w takim razie nie zbudował automatycznego dozownika dającego taką kropelkę? Czemu nikt nigdy wcześniej ani później nie wykorzystał tego triku? Nie ma na to pytanie satysfakcjonującej odpowiedzi.

Twórcy filmów Star Wars nie umieją bawić się w piaskownicy.

Okazuje się, że kręcenie filmów we współdzielonym uniwersum, to nie jest prosta sprawa. Marvel opanował tę sztukę do perfekcji, a DC Comics boleśnie się przekonało, że to nie jest takie proste. Ale to nic, skoro nawet Lucasfilm nie wyciąga wniosków z pracy swoich kolegów z Marvel Studios, chociaż oba zespoły są częścią jednej firmy.

Boli, że książkowe Expanded Universe radziło sobie z tym znacznie lepiej. Ustalonych zasad przestrzegano. Disney traktuje je zbyt… luźno. Jasne, niedzielni widzowie przejdą z tym do porządku dziennego, ale fanów takich jak ja takie detale uwierają. Jak również i zmiany, które nie wnoszą do uniwersum nic konkretnego, poza skłonieniem widza do zadawania niewygodnych pytań.

Po co zmieniać zasady podróży międzygwiezdnych?

W poprzednim kanonie była opisana zasada działania podróży międzygwiezdnych, która może z naukowego punktu widzenia była naciągana, ale zawieszenie niewiary wystarczyło, by ją zaakceptować włącznie z jej limitami. Twórcy zaczęli jednak kombinować.

W poprzednim kanonie zostało ustalone, że nadprzestrzeń pozwalała przenieść się z punktu A do B, ale nie dało się wykonać skoku w tzw. studni grawitacyjnej. No ale teraz w nowym kanonie okazuje się, że da się wykonać skok z atmosfery planety. Jeśli tak, to czemu Królowa Amidala musiał najpierw przebić się przez blokadę Federacji?

Takich zmian dokonano więcej.

W nadprzestrzeni nie dało się też prowadzić rozmów, niczym w kosmicznym Pendolino. Dzięki temu bohaterowie mogli lecieć na swoją misję, a nikt z fanów nie mógł zadać pytania, czemu np. sojusznicy nie ostrzegli ich o zasadzce, wykonując proste holopołączenie na żywo. Ułatwiało to narrację. Po prostu nie mogli i już. No ale i tutaj postanowiono to zmienić, bo komuś tak pasowało w scenariuszu. I znów zaczynają się pytania: czemu wcześniej nikt z tej opcji nie korzystał?

Do tego dochodzą kryształy Kyber, które umieszczano w mieczach świetlnych. W poprzednim kanonie można było je wydobywać lub tworzyć syntetycznie, a kolor ostrza można było sobie dopasować. W nowym kanonie kryształy to żywe istoty wrażliwe na Moc, a czerwony kolor miecza jest oznaką tego, że ktoś zły nagina wolę kryształu do swojej woli. Nie wspominając już o tym, że ktoś wpadł na pomysł, że właśnie te kryształy są sercem superbroni na Gwieździe Śmierci…

To nadal Gwiezdne wojny czy już Władca Pierścieni?

Moc nigdy nie była znaną z filmów fantasy typową magią. Była co prawda siłą spajającą wszystkie żywe istoty we wszechświecie i dającą zdolność manipulowania materią i umysłami, nadludzką zręczność i wywołującą wizje przyszłości. Zawsze było to jednak tylko tło, echo. That’s nit how the Force works!. Jej interpretacja przez twórców animacji w ogóle do mnie nie trafia, a kryształy wybierające Jedi są niebezpiecznie blisko różdżek wybierających czarodziejów w Harry’m Potterze. Pasuje ten motyw do Star Wars jak pieść do nosa.

Na drugim biegunie jest zaś technologia, która w Star Wars do tej pory była przedstawiania wiarygodnie. W moich oczach kolejne pokolenia mieszkańców odległej galaktyki żyły w takiej „stałej teraźniejszości”. Zmieniały się ustroje polityczne, ale rozwój cywilizacji, po wynalezieniu skoków w nadprzestrzeń i ustanowieniu Republiki, wyhamował. Nie widzę tu miejsca na to, by to bohaterowie bez wykształcenia technicznego odkrywali coś przełomowego, co nie udało się nawet imperialnym naukowcom przez 20 lat.

Czasem po prostu lepiej zbyt wiele nie myśleć i dać się prowadzić Mocy.

Twórcy filmowi nie powinni unikać niedopowiedzeń, jeśli tylko nie przegną w drugą stronę. Jeśli coś wymaga zawieszenia niewiary i po przymknięciu oka można przejść z tym do porządku dziennego (nadprzestrzeń, Moc, miecze świetlne itp.) to rozbieranie tego na czynniki pierwsze obnaża wszystkie niedociągnięcia albo paradoksy. I zabija magię.

To prawda, że w kinowym uniwersum Marvela wiele rzeczy nie sprawia mi problemów, które w przypadku Star Wars irytują. Chodzi o to, że traktuję to uniwersum poważnie. Adaptacje komiksów rządzą się swoimi prawami i myślę, że to dlatego Lucasfilm nie zgodził się, by z Solo zrobić Guardians of the Galaxy. Na szczęście.

Problemy jednak widzę. I tak jak rozumiem, że seriale dla dzieci nie mogły pewnych rzeczy zrobić - jak na przykład uśmiercić Ezrę, bohatera sześciolatków? - bo byłaby to trauma dla najmłodszych odbiorców, to gdy o tym wszystkim myślę, jestem ciut rozczarowany. Szkoda, że nikt nie myśli o uczuciach tych podstarzałych 30-letnich dzieciaków, takich jak ja.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst