1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Elegia o świecie, który się rozpada. Moby i jego płyta Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt – recenzja

moby Everything Was Beautiful and Nothing

Moby powraca ze swoim nowym albumem, który pełny jest melancholii i smutku. Wszystko to brzmi jak epitafium za umierającym światem.

Moby ewidentnie nie jest optymistą. Dotkliwy realizm świata sprawia, że - jego zdaniem - los naszej planety jest już przesądzony. Ziemia umiera toczona przez złośliwy nowotwór. Ratunku już nie ma. I nie jest to nadmierny pesymizm, a trzeźwe spojrzenie na to, co się dzieje.

Moby nagrał płytę przepełnioną smutkiem, żalem, melancholią.

"Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt" jest niczym muzyczny płacz na pożegnanie, jak ścieżka dźwiękowa przeżywanej żałoby.

Już same tytuły utworów właściwie mówią wszystko. Waste of Suns, Last Goodbyes, Welcome to Hard Times, Sorrow Tree, A Black Cloud is Coming. Tytuł krążka też wskazuje na emocjonalną tęsknotą za lepszymi czasami, kiedy Ziemia była zdrowa. Jednocześnie dobitnie oznajmia, że to już nie wróci.

Oczywiście "Evetything Was Beautiful and Nothing Hurt" jest smutne, ale nie ponure. Elektroniczne i dość jednostajne dźwięki łączące trip-hop z dubem - czasem w towarzystwie pięknych partii na fortepianie i śpiewu - wprowadzają słuchacza w wyjątkowy stan zadumy i udowadniają, że smutek może być piękny. Przeżywanie żałoby z kolei jest potrzebne. Szczególnie jeśli odnosi się ona do otaczającego nas świata.

Początek jest niemalże depresyjny, choć nie sposób odmówić tym utworom unikalnej atmosfery muzycznej mszy.

W Like a Motherless Child przywita nas trochę więcej dynamiki i pulsująca linia basu. Ceremony of Innocence ma podniosły, wręcz dramatyczny motyw orkiestrowy z towarzyszącym w tle fortepianem, który brzmi, jakby był żywcem wzięty ze stylowego horroru kostiumowego.

Najpiękniejszym kawałkiem z całej płyty jest bez wątpienia Welcome to Hard Times, jeśli miałbym wskazać jeden utwór z tego krążka, który zawita pośród the best of Moby’ego, to byłby to mój typ. Przepiękna, spokojna atmosfera, wspaniała linia melodyczna zakorzeniona w gospel i kapitalny, rozdzierający serce, wokal.

Falling Rain and Light z kolei brzmi, jak zmysłowa podróż kosmiczna, a towarzyszącego temu kawałkowi motywu na fortepian można słuchać w nieskończoność. Zamykający album A Dark Cloud is Coming łączy trip-hop z nastrojowym bluesem.

A wady nowej płyty Moby’ego? Na dłuższą metę "Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt" jest monotonne. Nawet pomimo faktu, że autor starał się być otwarty na inne gatunki, wplatając je dyskretnie w DNA niektórych utworów.

Słuchając poszczególnych kawałków, dajemy się przykryć zasłoną smutku muzyka, ale mierząc się naraz z całością, wystawiacie swoją cierpliwość na nie lada próbę. No chyba, że szukacie nastrojowych dźwięków, które mają unosić się w przestrzeni jako tło.

Tym bardziej, że prawie każdy utwór na płycie wydaje się, jakby był zbudowany na tym samym szablonie. Kawałki mają schematyczną konstrukcję, która jest powielana w każdym następnym. Taki sam wstęp, następnie rozwinięcie z ciekawymi aranżami i wokalami, a na koniec powolne wyciszenie.

Jestem więc w stanie docenić kunszt Moby’ego i piękną atmosferę jego nowego krążka, ale też daleki jestem od wychwalania go pod niebiosa.

Jeśli czujecie, że potrzeba wam melancholijnych dźwięków i szukacie katharsis w smutku i zadumie, to "Everything Was Beautiful, and Nothing Hurt" mogę spokojnie polecić. To najlepszy i najbardziej dojrzały krążek Moby’ego od lat, choć do doskonałości nieco mu brakuje.