1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

Obejrzałem pierwszy odcinek 11. sezonu Z Archiwum X. I jest mi przykro

Z Archiwum X My Struggle III

Gdybym na gorąco miał podsumować jednym zdaniem odcinek otwierający 11. serię Z Archiwum X, byłoby to „o jeden sezon za daleko”. 

Byłem, a w zasadzie nadal jestem, wielkim fanbojem serialu Z Archiwum X. Mam wszystkie sezony na płytach w domu, byłem zafascynowany wspaniałą opowieścią i genialnym uniwersum, jakie stworzył Chris Carter ze współpracownikami. W tym serialu po prostu wszystko działało.

Intryga, która była ciekawa, fascynująca i nieprzewidywalna. Klimat budowany przez muzykę, odpowiednią pracę kamery i montaż. Charyzmatyczni, świetnie zagrani główni bohaterowie. Bardzo dobre drugoplanowe postacie. I złożona fabuła, która mniej więcej trzymała się kupy.

Fani, mający lepszą pamięć, zapewne wytkną mi pewne fabularne niekonsekwencje. Te zaczęły się pojawiać, gdy pełnometrażowy odcinek łączący piąty i szósty sezon serialu trafił do kin. Twórcy Z Archiwum X zapewne chcieli uniknąć tłumaczenia całej zawiłości fabuły nowym fanom, zyskanym przez obecność w kinie i ciut zmienili całą koncepcję tak zwanej mitologii Z Archiwum X.

W większości były to jednak dobre pomysły, a ewentualne głupotki wybaczalne dzięki pozostałym zaletom serialu. Z Archiwum X to jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzyła telewizja. A potem, po wielu, wielu latach, serial wrócił. Z marnym, grającym na nostalgii 10. sezonem.

Wybaczyłem 10. sezon Chrisowi Carterowi. Odcinek My Struggle III otwierający 11. sezon Z Archiwum X jasno pokazuje, że twórcy serialu nie traktują widzów jako osoby inteligentne.

Bardzo chciałem, by to się udało. Bardzo chciałem, by ten serial był dobry. Recenzja Piotrka Grabca obejmująca kolejne odcinki daje mi na to nadzieję. Jednak to, co widziałem w pierwszym… rzadko się zdarza, bym wypowiadał jakiekolwiek słowa na głos do siebie. Natomiast gdy ujrzałem napisy końcowe, siarczyście zakląłem w sposób uniemożliwiający mi tu cytowanie. Pan Carter już nie umie w seriale. Co gorsza, nie tylko on.

Zacznijmy od pary głównych bohaterów. Ci chyba sami nie wierzą w sens ciągnięcia tego dalej. Scully i Mulder to postacie grane leniwie, niedbale, czasem wręcz miałem wrażenie, że z trudem powstrzymują się od śmiechu. Dużo lepiej wypadają postacie Skinnera i Palacza (jakim cudem on żyje?! absurd!). Reszta momentami wygląda jak z taniej polskiej telenoweli, a przecież mówimy tu o wysokobudżetowym wskrzeszeniu popkulturowego fenomenu.

A sama fabuła? Pan Carter wyraźnie nie może się zdecydować, w którym kierunku ją poprowadzić. Delikatnie zdradzę, że wydarzenia z 10. sezonu… nie miały miejsca. Nawet jest wyjaśnione czemu. Ja rozumiem, poprzedni mini-sezon nie zebrał pozytywnych recenzji, czas więc po sobie posprzątać. Ale nie w ten sposób. Na dodatek Carter tak miesza wątki – wyraźne nie mając pomysłu – że przypomina mi to inny telewizyjny fenomen: Modę na sukces. Pomieszajmy wszystko na nowo, z tych samych klocków, tylko inaczej. Wychodzi głupota? Oj tam, oj tam.

Szanowałem Chrisa Cartera za to, że przed laty wiedział, kiedy należy skończyć.

Ostatnie odcinki starego Z Archiwum X były kręcone bardzo świadomie. Twórcy zaczynali rozumieć, że przez setki odcinków nie mogą w nieskończoność odwlekać poznania Prawdy przez Muldera i resztę świata. Serial cały czas polegał na metaforycznym ściganiu króliczka, który zawsze w ostatniej chwili gdzieś umykał. Tym króliczkiem była oczywiście Prawda. Ale przecież nie można gonić jej w nieskończoność.

Dlatego też końcowe odcinki były pisane w sposób bardzo świadomy (jeden nawet nosił tytuł Jump the Shark – to określenie zwrotu akcji, po którym opary absurdu idą już za wysoko). Ostatni był napisany tak, by za bardzo nie było sensu kontynuować tej opowieści. Zostawił kilka otwartych furtek, był jednak perfekcyjnym zwieńczeniem wieloletniej przygody z agentami z działu akt X. Serial umiał się kiedyś z siebie śmiać, niektóre epizody były wręcz autoironiczne i kręcone jako pastisz serialu. W ramach mrugnięcia okiem do fanów. 10. sezon i początek 11. to niesmaczna i niezamierzona parodia.

To może nie powinno być żadnego wznowienia, skoro stare Z Archiwum X miało dobre zakończenie?

Bzdura. Oczywiście, że można było to zrobić dobrze. Mam nawet pewien pomysł. Który zadowoliłby zarówno wytwórnię Fox – która zapewne nie chciała, by po tylu latach przypominać tak zawiłą fabułę – i który spodobałby się również i nam. Stare Z Archiwum X realizowane było z wysokim budżetem, podobnie jak i nowe. Jednak kiedyś – gdy cyfrowe efekty specjalne były bardzo kosztowne – nawet ten wysoki budżet uniemożliwiał kręcenie szczególnie epickich scen. Przecież teraz ten problem już nie istnieje.

Przez tyle lat Mulder i Scully polowali na Prawdę. Z czasem ją w dużej części poznali. Tak, istnieje życie pozaziemskie. Tak, mieliśmy już kontakt z obcą cywilizacją. Nie, nie przybywa w pokoju. Tak, istnieje spisek gwarantujący przetrwanie członkom rządowego syndykatu w zamian za przygotowanie Ziemi do kolonizacji przez obcych. Czemu nie zagrać tym dalej?

Z Archiwum X My Struggle III

Jednym z lepszych pomysłów 10. sezonu – i byłem przekonany, że będzie on kontynuowany w aktualnym – jest zwrócenie uwagi, że koniec świata już za pasem. Inwazja zacznie się lada moment. To może by tak… ją pokazać? Chciałbym zobaczyć na własne oczy podły plan syndykatu w działaniu. Chcę widzieć, jak setki milionów cywili jest zarażanych obcym wirusem rozprowadzanym przez pszczoły. Chcę zobaczyć, jak przygotowania do kolonizacji są sabotowane przez kosmitów-rebeliantów. Jak klon Palacza („klona” dopisuje sobie już sam…) nadzoruje przygotowania z jakiegoś bunkra.

A to przecież tylko jeden z pomysłów. Od amatora, który nie ma żadnego doświadczenia w pisaniu opowieści. A i tak śmiem twierdzić, że ja – amator, któremu nikt nie da za scenariusz złamanego grosza – ma lepszy pomysł na wskrzeszenie marki, niż mistrz Chris Carter.

10. sezon wybaczyłem. To był eksperyment, próba przekonania Foksa, że w The X-Files nadal są pieniądze, które można zarobić. Przy 11. skończyła się taryfa ulgowa. I rozumiem w pełni czemu Gillian Anderson nie chce mieć z tym chłamem nic wspólnego.